|
|
||
|
|
część III |
|
|
|
||
|
|
||
|
Lwów, który ma być oparciem dla cofających się naszych wojsk, śledzi z wielkim zainteresowaniem działanie grupy gen. Sosnkowskiego. Z entuzjazmem przyjmuje wiadomość o rozbiciu na północ od Sądowej Wiszni pancernej dywizji i wiąże z tym zwycięstwem przesadne nadzieje
Grupa walczy w lasach Janowskich, bije się tam z trzykrotną przewagą dnia 16 i 17. W nocy odchodzi na wschód. Dnia 19 rano osiąga Lasy Brzuchowickie, gdzie ją Niemcy zamykają. Próbuje przebić się do Lwowa, ale nie jest w stanie przełamać zapory niemieckiej. W tej sytuacji gen. Langner daje rozkaz -dnia i9.IX. koło południa przeprowadzić natarcie w kierunku Lasów Brzuchowickich, celem otwarcia drogi gen. Sosnkowskiemu do Lwowa. Organizuje je dca 35 d. p. rez., który postanawia: — dwoma baonami w pierwszym rzucie
uderzyć wzdłuż
szosy na Brzuchowice; Natarcie ruszyło późno, około godziny 16. Wykonanie głównego zadania na drodze do Brzuchowic powierzył dca 35 d. p. rez. grupie ppłk. Grefnera, która ani przygotowaniem, ani uzbrojeniem nie nadawała się do poważnej akcji. Z chwilą wyruszenia artyleria nasza otworzyła ogień na Zamarstynów. Od jej pocisków zapaliło się kilka zabudowań. Poprzez kłęby dymów przedzierają się krwawe promienie zachodzącego słońca i mieszają się z czerwonymi językami płonących budynków. Oddziały nacierające przechodzą przez baon kpt. Mandisa, który przybył tu z Grodna i naprzeciw Zamarstynowa trzyma linię Pełtwi. Żołnierze jego nie wiadomo dlaczego, zaczęli w tej chwili śpiewać: "Czy przyjdzie nam umrzeć na polu, czy w tajgach Sybiru nam zgnić". Natarcie posuwa się powoli, opanowuje Zamarstynów i Hołosko Małe, z trudem wdziera się do południowej części Hołoska Wielkiego. Nieprzyjaciel wyprowadził czołgi. Oddziały nasze utknęły w Hołosku Wielkim. Na prawym skrzydle baon 207 p. p. idzie ulicą Źółkiew-ską na podstawę wyjściową pod obserwacją lotniczą nieprzyjaciela. Szykuje się w trzy rzuty; 9. kompania na czele. Już ma ruszyć naprzód, gdy wali s-ię na nią gwałtowna koncentracja ognią artyleryjskiego i powoduje bardzo ciężkie straty. \ Powstaje duże zamieszanie, ludzie uciekają z rejonu bitego przez pociski. Dca baonu wysyła następną kompanię, która przeskakuje łąkę i dociera do grupy domów przed Zboiskami. Baon rozwija się i posuwa się wolno na Zboiska. Na lewo od niego naciera prawe skrzydło i p. p. rez. wprost na wzgórze 324. Walka jest ciężka. Trwa do zmierzchu, przez całą noc i przez dzień następny. Postępy są nie wielkie, opór nieprzyjaciela wszędzie bardzo twardy. Natarcie nie przebiło pierścienia niemieckiego i nie o-tworzyło drogi grupie gen. Sosnkowskiego, która naciskana przewagą, wyczerpawszy całą amunicję, konara w Lasach Brzuchowickich. Dnia 20.IX. zameldował się w Dowództwie Obrony Lwowa mjr. Lityński Eugeniusz, dca baonu 49. p. p., który przerwał się do Lwowa z 17 ludźmi i przyniósł wiadomość, że grupa gen. Sosnkowskiego skończyła swe działania. Lwów jest bombardowany od pierwszego dnia wojny. Codziennie rano zjawia się na-d miastem samolot rozpoznawczy i krąży nad nim na dużej wysokości. Jest on zwiastunem nowego nalotu. Po pewnym czasie już słychać huk motorów i bombowce zrzucają swój ładunek. Przylatują ze Słowacji przynajmniej dwa razy dziennie. Obrona przeciwlotnicza robi co może, ale jest niewystarczająca. Mamy karabiny przeciwlotnicze, są i baterie dział p-lot, ale muszą odejść w pewnym momencie do dyspozycji Naczelnego Dowództwa. Używamy do tego celu również dział 75 mm. Wszystko to nie wystarcza jednak, by obronić miasto przed zniszczeniem, choć zestrzelono pewną ilość samolotów. Wzięto przy tym do niewoli kilku lotników, którzy ratowali się na spadochronach. Niektórzy pochodzili z miejscowych Niemców — prowadzeni przez miasto szli dumni, pewni siebie, bezczelni. We wszystkich częściach miasta od krańca po kraniec dymią rumowiska zawalonych domów. Całe miasto, wszystkie jego części są bombardowane, a niektóre punkty ze szczególną pasją. Cmentarz Łyczakowski zasypują bombami i biją po grobach dawnych obrońców Lwowa. Z uporem atakują rejon szpitali, wyszukują dworce, zakłady przemysłowe, koszary i urzędy. Nie zawsze jednak trafiają w zamierzony cel. Bomby wyrzucane na Dworzec Główny, często padają na ul. Gródecką, gdzie niszczą kościół św. Elżbiety i wiele domów mieszkalnych; przeznaczone dla Cytadeli rozbijają cerkiewkę przy ul. Kopernika i liczne domy przy ul. Supińskiego i Długosza; wycelowane na Dowództwo Korpusu, wyrządzają szkody w kościele Bernardynów i oo. jezuitów. Wiele jest zawalonych domów i dużych w środku miasta i małych na przedmieściach. Wiele z nich zagrzebało w swych gruzach mnóstwo kobiet i dzieci. Płoną liczne pożary, początkowo energicznie gaszone, a później zostawiane swemu losowi, gdy gasić nie było już czym. Czarne dymy unoszą się w różnych punktach nad miastem, a wiatr niesie po ulicach przykry swąd spalenizny. Artyleria niemiecka poza normalnym wspieraniem walki bije systematycznie po mieście. Każdej nocy rzuca szereg nawał, a następnie przechodzi na ogień nękający. Co minuta jeden strzał. To czekanie na nowy pocisk jest bardzo nieprzyjemne i denerwujące. Wiadomo, że za chwilę przyjdzie, ale gdzie uderzy, do którego wpadnie pokoju, może właśnie tutaj... Od tych bomb i od tych pocisków miasto bardzo cierpi. Straty dzienne określano na 300 osób ludności cywilnej. Wodociągi zostały zniszczone, brak wody, a więc niema czym gasić pożarów, których jest coraz więcej, nie można upiec chleba, choć mąki jeszcze nie brak. Kanalizacja nie funkcjonuje, co zatruwa tak powietrze, że nie można wytrzymać w mieszkaniach. Przestaje działać elektryczność, a więc brak światła, telefony nieczynne, urywa się naraz środek łączności bojowej. Telefony miejskie spełniały tę funkcję. Milknie radiostacja, jesteśmy odcięci od świata. Sytuacja wewnątrz miasta staje się
z każdym
dniem cięższa.
Życie coraz trudniejsze dla tej wielkiej masy ludzi, którzy tu nadciągnęli
z całej Polski. Jeszcze od strony Winnik
napływa trochę środków żywności,
ale wraz z ludnością wiejską, która ją przynosi, wchodzą tą
drogą szpiedzy i element wrogi. Czynnik wojskowy chce ją więc
zamknąć, ale władze miejskie protestują, bo przecież
to jedyna furtka, którą przynoszą mleko, jarzyny... W sztabie Dtwa Obrony siedzą naprzeciw siebie dwaj oficerowie i rozważają położenie miasta. Jest ono ciężkie, perspektywa walki zaciemnia się coraz bardziej. "Więc co?" "Jak to co?" "Będziemy tu zdychali^ — odzywa się Jeden z nich. "Wszystko jest bardzo proste. Każdy człowiek musi umrzeć — całe zagadnienie sprowadza się jedynie do pytania; trochę prędzej czy trochę później. My umrzemy tutaj, zagrzebiemy się pod murami miasta". Ten drugi, a był to ppłk. Bieńkowski, podniósł na niego wzrok, skierował go następnie gdzieś w bezkresną dal, zadumał się na krótką chwilę — pewno myślami wybiegł gdzieś tam w Lubelszczyznę, gdzie zostawił swoją rodzinę. Jakiś rachunek, widać, z sobą czynił, wreszcie się szybko otrząsnął i "tak jest", powiedział, " tu będziemy zdychali, nie ma o czym mówić, do roboty, bo czasu nie mamy za wiele". Położenie Polski pogarsza się z dniem każdym, pogarsza się tym samym i położenie Lwowa. Coraz wyraźniej rysuje się świadomość, że obrona Jego nikomu już nie jest potrzebna. Nikt już nie będzie szukał oparcia o to miasto. Nikt już tu nie przyjdzie. Armia gen. Szyllinga spod Krakowa skierowała się w swoim odwrocie na północny wschód. Grupa gen. Sosnkowskiego już nie istnieje. Obrona, którą próbowano zorganizować nad Dniestrem, też się zlikwidowała. Lwów pozostał sam, wyspa odcięta od świata. Bije się osamotniony, odpiera natarcia 2. dywizji pańć. i l. dyw. górskiej, a prawdopodobnie i 3. dyw. pańć. Przez 10 dni ani razu nie pozwala wedrzeć się im do miasta, co więcej, sam przechodzi do działań zaczepnych i ma na Cytadeli ponad 100 jeńców niemieckich. Ale Niemcy koniecznie chcą zdobyć miasto, bardzo im na tym zależy. Kiedy siłą nie mogą tego osiągnąć, próbują i prośby i groźby. Dnia 18 przed południem przysyłają ultimatum. Zrzuca je lotnik. Treść jego taka: miasto otoczone ze wszystkich stron, nie ma dla niego ratunku. Załoga dała dowód bohaterstwa, honorowi stało się zadość. Po co przelewać dalej krew i narażać ludność na cierpienia i zniszczenie. Wzywają więc do poddania się. Obiecują zostawić oficerom broń boczną w dowód uznania za dzielną obronę. Grożą, że jeśli do południa dnia 19 nie nastąpi poddanie się — ogólnym i bezwzględnym szturmem miasto zostanie zniszczone. Podobnej treści ulotki rozrzucono po mieście. Na to ultimatum Lwów odpowiedział milczeniem, bo nikt nie dopuszczał myśli o przerwaniu walki, ani o wdawaniu się w jakiekolwiek rozmowy z Niemcami. Dnia następnego nie nastąpił generalny szturm, ale po silnych atakach ogniowych Niemcy przysłali oficera do rogatki Gródeckiej z propozycją spotkania się z przedstawicielem naszego dowództwa. Kazano mu odejść natychmiast. Po południu znowu stawił się na ulicy Gródeckiej parlamentariusz niemiecki z prośbą, by go zaprowadzić do polskiego dowództwa. Odprawiono go z. niczym. Lwów rozmawia z Niemcami mową swojej broni. Ale przychodzi nowa klęska: bolszewicy wkroczyli do Polski. BOLSZEWICY STANĘLI POD LWOWEM. Dnia 18. IX. w nocy gen. Langner zarządził odprawę w Dowództwie Korpusu i przedstawił ogólną sytuację. Rząd i Naczelne Dowództwo przekroczyło granice Rumunii. Bolszewicy zbliżają się do Lwowa. Trudno ustalić dokładnie, gdzie są. Jest rozkaz nie walczyć z nimi, ale do miasta ich nie wpuścimy. Niedługo Lwów będzie zamknięty ze wszystkich stron szczelnie. Przytłoczy go ogromna przewaga. Wszelki dopływ amunicji i żywności zostanie przecięty. Są projekty wyjścia z miasta i skierowania się na Weęgry. Operacja trudna. Wojsko, które wrosło w teren, trzyma się, ale w czystym polu może się rozlecieć. My jesteśmy pieszo, a wróg na maszynach — tak Niemcy, jak i Moskale posiadają liczną broń pancerną. Wreszcie, jeśli wyjść, to w nocy, a więc z 19 na 20, bo trzeba czasu na zorganizowanie marszu, poza tym trudno w dzień wyruszać, bo przecież trzeba się będzie przebijać przez pierścień oblegającego wroga. Ponieważ jednak wypadki szybko lecą — nie wiadomo, czy w ciągu jutrzejszego dnia nie będą przecięte wszystkie drogi na południe. Dnia 19. IX. rano bolszewicy stanęli pod Lwowem. Przyszli od strony wschodniej, od Winnik. Ostatnia droga w świat i po amunicję w Hołosku została zamknięta. Wcześnie rano meldują z rogatki Łyczakowskiej, że przyszli tam oficerowie sowieccy i wzywają przedstawicieli Dowództwa Obrony Lwowa na rozmowy. Gen. Langner polecił pojechać płk. dypl. Rakowskiemu i mnie. Zabraliśmy mjr. dypl. Berkę, jako tłumacza ze sobą. Z trudem przebiliśmy się przez zatarasowane ulice do rogatki Łyczakowskiej. Tu stały już samochody panc. sowieckie, a przy nich tłum naszych nieuzbrojonych żołnierzy z koszar jazłowieckich. Kazaliśmy im odejść do koszar. Jedziemy w stronę Winnik, mijamy mnóstwo wozów pancernych, stojących masą na polach i gromady źołdactwa licho odzianego, o twarzach kanciastych. Wrażenie okropne — jacyś inni ludzie Wschodu przyszli tu do nas pod Lwów. Po co przyszli? Im bliżej Winnik, tym droga bardziej zatłoczona, tym postawa tłumu sowieckiego bardziej wyzywająca, zaczepna. Mijamy wieś i na wschodnim jej krańcu spotykamy grupę oficerów czerwonych. Zatrzymujemy się. Informują nas, że tu powinniśmy zaczekać na ich generała. Czekamy, ale generał nie przyjeżdża, natomiast przybywa pik. Iwanów, mała, drobna figurka w kurcie i hełmie pancernym. Rozpoczynamy rozmowę: "Pocoście tu przyszli ?" — stawia pytanie płk. Rakowski. Nie daje odpowiedzi płk. Iwanów, ale nas pyta z kolei: "Czytaliście przecież gazety?". — "Nie, gazet nie czytamy, bo miasto jest otoczone i gazety do niego nie dochodzą". — "To może słyszeli wy przez radio, co się dzieje?" Rozumiemy dobrze, że pułkownik sowiecki nawiązuje do mowy Mołotowa i ulotek, zrzuconych przez ich samoloty na miasto, w których wzywali do mordowania oficerów, panów, burżujów, kapitalistów. Rozumiemy dobrze, że ten rycerz czerwony nie ma cywilnej odwagi powiedzieć wprost tego, że przyszli jako wrogowie, jako najeźdźcy i sojusznicy Hitlera, że to go przecież zawstydza. Rozumiemy to wszystko, ale odpowiadamy: "Radio u nas nie działa, bo bomby niemieckie rozbiły elektrownię. Więc po coście tu przyszli? " Płk. Iwanów kręci się, wreszcie odpowiada: - Przyszli my bić Niemców, będziemy z wami przeciw nim wojowali. Jeśli tak, to bardzo dobrze, odzywa się płk. Rakowski. Pokazujemy na mapie, jak Niemcy są rozmieszczeni, jak najlepiej byłoby uderzyć na nich i jak załoga Lwowa mogłaby współdziałać z nimi. Udajemy, że wierzymy w ich sowieckie oświadczenia. — Ale my chcieliby wejść do miasta, — odzywa się naraz Iwanów. — To jest niemożliwe. Nie mamy pełnomocnictw takich, by mówić o waszym wkroczeniu do miasta. Zresztą, po co wam to? W mieście nie ma wcale miejsca, nagromadziło się tam mnóstwo ludzi, brak wody, na ulicach co krok barykady, jakże wy tam wjedziecie z waszymi maszynami. — A może by tak my -dostali punkty obserwacyjne w mieście dla artylerii — rzuca któryś sowieciarz. Punkty obserwacyjne? Można o tym pomyśleć. — Artyleria ciężka u was jest? — pada nowe pytanie. — Jest, naturalnie. — A mnogo tej artylerii ? — O, tak, sporo. — No, ale do miasta, to my by chcieli wejść koniecznie, nasz generał będzie się tego domagał. — Na ten temat nie będziemy mówili — odpowiadamy i zabieramy się do odjazdu. Bolszewicy wyjaśniają, że ich generał jest dzisiaj zajęty i dlatego nie mógł przybyć, ale na pewno będzie chciał prowadzić dalsze rozmowy. Proponujemy więc pozostawienie oficera łącznikowego, przez którego będą się mogli porozumiewać z dowództwem Lwowa. Zostanie mjr. dypl. Berka Wacław. Będzie mieszkał w ostatnim białym domku na wschodnim skraju wsi i tam go zawsze znajdą. Ale mjr. Berka musi jeszcze pojechać do Lwowa, by zabrać najniezbędniejsze przedmioty do życia i zaraz tu wróci. Tak się stało. Wróciliśmy do miasta i złożyliśmy meldunek gen. Langnerowi z przebiegu naszej misji. Obsada wschodniego odcinka została wzmocniona. Jest rozkaz odeprzeć bezwzględnie każdą próbę sowiecką wdarcia się do miasta. Bolszewicy tu i ówdzie podchodzą pod nasze pozycje, ale nie uderzają. Dokonują jakichś przesunięć i przegrupowań. U Niemców obserwujemy też ruchy, idą stroną południową na wschód w kierunku Winnik. Wreszcie słyszymy stamtąd odgłosy walki. Jakaś artyleria strzela do niemieckich samolotów. Na Cytadeli znajdujemy rozpryski sowieckich pocisków przeciwlotniczych. Coś się dzieje niewyraźnego. Jedno jest pewne: obaj wrogowie zabiegają gwałtownie o wejście do miasta. Na froncie walki wszystko idzie normalnie. Dnia 20. lotnictwo bombarduje centrum miasta. Oddziały, które poszły do natarcia dnia 19. przed wieczorem, powoli spływają do Lwowa, artylerja nieprzyjaciela strzela intensywniej niż zwykle, patrole nasze idą w różnych kierunkach. Ale na froncie wewnętrznym Lwowa zachodzą przemiany. Ludzie zdają sobie sprawę z beznadziejności położenia. Teraz, kiedy bolszewicy przyszli z taką masą broni pańć., kiedy pod Lwowem złączyły się ich siły z Niemcami i zacisnęły obręcz oblężniczą dokoła niego, miasto nie wytrzyma długo. Zbliża się koniec tragiczny. Nie dziś, to jutro wejdzie ktoś do miasta, ale kto? W obecnej chwili może ono o tym zdecydować. Wszyscy wierzą, że ta okupacja, której widmo zawisło nad nimi, nie potrwa długo, wierzą, że coś się stanie, że zjawią się jakieś siły, przyjdzie jakaś moc, która znowu przywróci ginącą niepodległość. Polska będzie wolna i to niedługo, na pewno w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Teraz jednak wróg zajmie to miasto, ale kto, Niemcy, czy bolszewicy? Zależy to od nas. Na ten temat idą rozważania. Jedni uważają, że korzystniejsza będzie dla miasta okupacja niemiecka. Boją się bolszewików, boją się tych ludzi Wschodu, ich dzikości, ich komunizmu, ich psychiki i moralności tak bardzo obcej ludziom z Zachodu. Drudzy są zdania, że raczej bolszewików należałoby wpuścić. Uzasadniają to różnie: — Niemcy złupią miasto, a później i tak
oddadzą je bolszewikom. Wczesnym rankiem 21. IX. telefonują z rogatki Łyczakowskiej, że przybyli tam oficerowie sowieccy i wzywają przedstawiciela naszych sił na rozmowy. Gen. Langner polecił mi pojechać. Zabrałem jakiegoś majora jako tłumacza, sporządziłem białą chorągiew z prześcieradła i kija od miotły i ruszyłem w stronę Winnik. Gdy minąłem naszą barykadę, spostrzegłem za zakrętem dwa samochody pancerne na drodze, a w rowach po obu jej stronach piechotę z nastawionymi bagnetami. Podoficer z rewolwerem w garści nerwowym ruchem dał znać, aby się zatrzymać, a następnie, aby wysiąść z wozu. Wysiedliśmy, wi-dzę jak działo jednego samochodu pańć. kieruje się na mnie, drugiego zaś na majora. Podoficer jest tak podniecony, że można było mieć obawę, iż strzeli z nadmiaru emocji z rewolweru, który trzymał kurczowo w drżącej ręce, wzywa nas do oddania broni, Sięgam po rewolwer — w tym gwałtowny krzyk protestu. Okazało się, że nie wolno dotykać broni, ale trzeba ją oddać wraz z pasem. Bardzo mi się nie podobała ta operacja — ale zdejmuję pas. Teraz następuje rewizja szczegółowa naszego „łazika". Pytam się, czego szuka, przecież jest nas dwóch tylko i jedziemy w sam środek ich wojska. Nie daje odpowiedzi, ale podnosi siedzenia i zagląda do każdej dziury. Wreszcie gotowe, pozwala nam odjechać. Mówię mu, by jechał z nami, bo nas na pewno będą zatrzymywali inni. Nie pojechał. W Winnikach mijamy tłumy żołdactwa, próbują nas zatrzymać, są napastliwi, bezczelni, aroganccy. Na końcu wsi, w miejscu, w którym było spotkanie przed dwoma dniami, stoi grupa oficerów. Zatrzymuję się. Czekają na nas, ale generała ich nie ma. Przyjedzie, zapewniają mnie. Tymczasem rozpoczynają dyskusję na tematy społeczne i polityczne — mają pretensje, że nie zawarliśmy z nimi sojuszu, jaki nam proponowali, że uciskamy lud pracujący itd. itd. —Nie przyjechałem tu, by dyskutować z wami na podobne tematy, odpowiadam, a oni na to — a dlaczego wczoraj nikt nie przyjechał na rozmowy: Wy myśleli, że my się przestraszymy ? — Jakto? — pytam, — przecież myśmy tu zostawili naszego majora, w tym białym domku miał mieszkać, gdzie on jest? — My nie wiemy, jego tutaj nie ma. Co oni z nim zrobili, może go wywieźli, może go zabili, trzeba^ to koniecznie wyjaśnić — takie myśli przebiegają mi po głowie. Patrzę na te nienawistne twarze i myślę, że tacy lu-dzie wszystko mogą zrobić. A oni wcale nie są wobec mnie tak grzeczni, jak byli podczas pierwszego spotkania. —Gdzie on jest?—pytam stanowczo. Oni nie wiedzą. Po pewnym czasie podchodzi do mnie oficer o trzech kwadratach na kołnierzu, człowiek sympatyczny — i mówi, że mjr. Berka rzeczywiście przyjechał l9.IX. Przybył w momencie, gdy Niemcy podeszli pod Winniki i kierując się na północ, przecięli sowieckie oddziały rozciągnięte wzdłuż szosy. Wtenczas — powiada — uderzyliśmy na nich i odrzucili ich na zachód. Ale wasz major nie zginął w czasie tej walki, jego ciała my nie znaleźli. Może Niemcy wzięli go do niewoli. Oficer, który dał mi to wyjaśnienie, nazywał się Suworow. Po pewnym czasie przyjechał płk. Iwanów. Rozmowa z tym zupełnie nieinteligentnym człowiekiem była taka sama jak za pierwszym spotkaniem. On mówił o wejściu do miasta, ja odpowiadałem, że na ten temat nie mogę prowadzić rozmów, wreszcie zaproponowałem, że najlepiej będzie, jeśli się spotka ich generał z naszym generałem. Przejechaliśmy na zachodni skraj wsi, gdzie miałem otrzymać mój pas i rewolwer. Tu kończymy rozmowę na temat spotkania się generałów. Bolszewicy dają nam na ten cel godzinę czasu. Tłumaczę im, że to niemożliwe, że przebicie się przez zabarykadowane miasto jest bardzo trudne, staje na tym, że gen. Langner przybędzie za półtorej godziny, ale gdzie? Oni chcą, by przyjechał do Winnik, ja proponuję rogatkę Łyczakowską. Kiedy dobijamy targu, pada koło nas pocisk artyleryjski, następnie 'drugi i trzeci. Oficerowie bolszewiccy runęli do rowu, jakby w nich piorun strzelił. Stoję na drodze i patrzę na nich z pogardą. Jeden z bolszewików podnosi głowę, spotykają się nasze spojrzenia, wydaje mi się, że wyczytał, co myślę o nich w tej chwili. Podnieśli się, wtem zaświszczały nad nami pociski c. k. m. Uchodźmy, uchodźmy stąd, wołają i biegną za najbliższą wyniosłość terenową. A od strony Lwowa dochodzi wrzawa bitewna. — Co to "jest? To wasi strzelają — zwracają się do mnie z wyrzutem. — Tak, nasi — odpowiadam, — jest wojna, miasto się broni, kto podchodzi pod stanowiska obronne, musi się natknąć na. ogień. Wasi tam podeszli, nie nasi przyszli do was. Natężenie ognia się wzmaga i rozszerza coraz bardziej. — No, co teraz będzie? — odzywa się płk. Iwanów. — Tam poszły wasze czołgi i wasza piechota — mówię mu — musicie dać rozkaz do wycofania się, przecież macie radio. Inaczej walka nie ustanie. — Tak, — odpowiada Iwanów, — ja jadę do dywizji, by stamtąd nadali rozkaz przez radio. Odjechał, chcę i ja odjechać, ale czekam na ustanie walki. Nie tak to łatwo jednak gaśnie raz zaczęty" ogień. Niech sobie strzelają — myślę, siadam do łazika i wracam •do Lwowa. O określonej godzinie stawiliśmy się z gen. Langnerem za rogatką Łyczakowską. Przybyli bolszewicy, ale generał ich nie przyjechał. Nie było z kim rozmawiać, więc tylko ustalono, że w tym samym miejscu nastąpi spotkanie dziś o godzinie 17.00. Spotkanie to rzeczywiście doszło do skutku. Byliśmy już na miejscu z gen. Langnerem, kiedy nadjechały samochody sowieckie. Z pierwszego wysiadł generał, wysoki, flegmamatyczny, człowiek, innego — widać — pochodzenia niż otaczająca go grupa oficerów o pospolitych wschodnich twarzach. Tuż za nim trzymał się jakiś komisarz—do którego generał często się zwracał w sposób dyskretny, albo on coś szeptał generałowi do ucha. Przywitanie było nieszczere, czuć w nim było jakieś zażenowanie. Sowieciarze mieli miny pełne życzliwości, żeby nie powiedzieć przyjaźni. Generał sowiecki zapewnia uroczyście wszystkim znajdującym się we Lwowie bezpieczeństwo życia, prawo własności prywatnej, swobodę ruchu, oraz pozostawienie dotychczasowych władz miejskich i żąda wpuszczenia jego wojsk do miasta. Stawiamy pytanie, jak mamy rozumieć swobodę ruchu, czy będziemy mogli pójść do Rumunii i Węgier. Tak jest, odpowiada generał, a całe jego otoczenie potakuje i kiwa głowami, chcąc potwierdzić,. że jest to całkiem naturalne. Tylko jedno zastrzeżenie — nie mogą dać gwarancji, że nas tam wpuszczą. Odpowiadamy, że takiej gwarancji nie wymagamy. , W tym momencie zgrzyt: na pobliskim wzniesieniu, tam gdzie stoi nasze działo i grupa piechoty, gromadzą się czerwonoarmiejcy, przybliżają się do naszego punktu oporu (jest zawieszenie broni) i naraz rzucają się na działo, chcąc je zabrać. Gen. Langner pokazuje, co się dzieje. Zwrócono nam działo. — A więc wpuścicie nas do miasta? — pada pytanie. Gen. Langner odpowiada, ciężko mu to idzie. Mówi, że Lwów mógł zadecydować, kogo wpuścić w swoje mury — Niemców czy bolszewików. Z Niemcami prowadzimy wojnę — miasto biło się z nimi zwycięsko przez 10 dni. Oni Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy, — powiada — jesteście Słowianie... To przypomnienie slowiańskości, jakby kamień wyrzutu uderzyło w czerwonego generała, zrobił dziwny grymas, który się powtórzył znowu, gdy gen. Langner po raz drugi zaliczył bolszewików do rodziny słowiańskiej. My Słowianie, wolimy oddać miasto Słowianom, zakończył generał Langner. Teraz przychodzą szczegóły. Wojsko wyjdzie z bronią i rzucać ją będzie w określonych' punktach — proponują. Nie, wojsko nie będzie rzucać broni — mówi gen. Langner, — zostawi ją tam gdzie stoi, a wyjdzie bez broni. Tak sprawy stanęły, że szeregowi wyjdą na zewnątrz miasta jednymi drogami, a oficerowie ul. Łyczakowską, policja opuści miasto również. Za miastem każdy będzie mógł pójść w swoją stronę. Gen. Langner porusza sprawę wyżywienia szeregowych. Jest wielu ludzi z dalekich stron, z Wileńszczyzny np., trzeba ich zaopatrzyć na drogę, bo będą rabowali. Obiecuje wydać żywność na dwa dni. Bolszewicy manifestują swoje zadowolenie i zapewniają, że takie postawienie sprawy da im możność uregulowania dalszego wyżywienia bez żadnych uchybień. W ciągu nocy obie strony sprecyzują na piśmie warunki kapitulacji, a jutro rano nastąpi spotkanie, celem ustalenia tekstu. W tym już nie brałem udziału. Przyszedł czarny dzień 22 września. Przeczytaliśmy rozkaz gen. Langnera, nakazujący złożenie broni i wyjście z miasta. Oficerowie wyruszą sprzed Dowództwa Korpusu. Jestem w Dowództwie Obrony Miasta. Załatwiam liczne sprawy — gromadzi się mnóstwo oficerów, podniecenie duże, buntuje się dusza żołnierska. Jakiś kapitan łączności krzyczy: Jakto, przyszedłem tu z Poznania, przyprowadziłem moich ludzi, wierzyli mi, a teraz składać broń?... Wszystko się zawaliło i wszystko zawiodło. Nie mogliśmy nawet dotrzymać postanowienia, że tu się zagrzebiemy w bezwzględnej walce z Niemcami. Płk. Fijałkowski każe mi przemówić do zebranych. Mówię, a głos mi więźnie w gardle, co mówić? Wiem tylko jedno, że przyszło straszne nieszczęście, ale Polska się jeszcze nie skończyła, jeszcze będziemy potrzebni, jeszcze będziemy się bili i w tym jest istota rzeczy, że trzeba iść, aby się bić dalej. Koło południa w mieście już są bolszewicy i rozbrajają naszych oficerów, licznie zgromadzonych przed Dowództwem Korpusu. Żołnierze oszołomieni składają broń, rozpacz wyziera im z oczu i coś ich ściska za gardło. Milczą, trzymają się, ale ten i ów nie wytrzymał, Izy lecą mu ciurkiem, płacze jak dziecko skrzywdzone. Koniec. Nie, jeszcze nie jest koniec. Jeszcze... Nie wie żaden, co i jak się stanie, ale ro czuje, że jeszcze będzie tę Polskę budował, bić się za nią będzie. Maszerują bezbronne kolumny przez miasto, w różne kierują się strony. Wielka kolumna oficerów idzie ul. Łyczakowską — na ulicy roje obcego żołdactwa z nastawionymi sztykami, zatrzymują, rozbrajają, pokrzykują. Ludzie stoją na chodnikach i patrzą z przerażeniem w oczach, a gdzieś z drugiej strony miasta dochodzi trą j kot c. k. m. i wybuchy pojedynczych wystrzałów armatnich. To Lwów protestuje przeciw wkroczeniu czerwonych. Poszczególne grupki biją się do końca. Żeby tylko wyjść z tego miasta, żeby znaleźć się jak najprędzej tam, skąd nam będzie otwarta droga w cały świat. Wyszliśmy, ale za nami ciągle idą bolszewicy, otaczają kolumnę, pilnują i pędzą dalej i dalej na wschód. Więc jak to, jesteśmy jeńcami? Za to nas biorą do niewoli, że biliśmy się z Niemcami? Przecież umowa... Tak, ale z bolszewikami. Więc kłamali, zapewniając uroczyście swobodę ruchu, więc nie dotrzymują umowy? Nie dotrzymują żadnego jej punktu — to są bolszewicy. |
||
|
|
|
|
|
wersję sieciową
opracował |
adres: IHUG |