część I

 

 

 

SŁOWO WSTĘPNE

Udział Lwowa w walce z Niemcami w r. 1939 mato jest znany szerokiemu ogółowi. Tak się jakoś złożyło, że nie znalazły się pióra, które by opisały epopeę tego miasta, a Lwów się bił przecież, przez 10 dni stawiał czoło wrogowi i jest może jedynym miastem, którego Niemcy nie potrafili zdobyć, choć je oblegali i tak bardzo chcieli je opanować.

Dziesięć dni, nie tak wiele, zapewne, ale to 10 dni wojny błyskawicznej. W 10 dni waliły się państwa w tych czasach. W 5 dni Holandia została zajęta. W 10 dni przeszli Niemcy przez Holandię, Belgię i Francję i dotarli aż pod Amiens na wysokości Paryża. W 7 dni został złamany opór Jugosławii. W 4 dni doszli Niemcy w r. 1941 do granicy polsko-bolszewickiej na północy Polski. W 10 dni odebrali bolszewikom połowę Polski, tzn. wszystko co okupowali, choć broniło jej około 160 w. j. sowieckich i umocnienia polowe budowane przez półtora roku. W 10 -dni dotarli Niemcy z nad wschodniej granicy polskiej do Dniepru, przebijając system fortyfikacji Stalina, budowany przez 20 lat, ale w 10 dni nie zdobyli Lwowa. Lwów bronił się 10 dni, a byłby się bronił znacznie dłużej, gdyby nie sprzymierzeńcy Hitlera, którzy w wielkiej sile podeszli pod miasto.

Trzeba więc dać świadectwo prawdzie. Trzeba pokazać tę wolę, z jaką miasto walczyło, te cierpienia, przez które przeszło i te zawody, jakich doświadczyło. Jest to obowiązkiem wobec tego miasta „Semper Fidelis" Rzeczypospolitej, wobec tych, co się tam bili i albo legli w walce przeciw Niemcom, albo zostali zabrani przez ich sprzymierzeńców i więcej nie wrócą do Lwowa. Jest to obowiązek wobec historii.

Spełniając ten obowiązek, daję opis obrony, odtworzony na podstawie osobistych wspomnień i relacyj pewnej ilości uczestników walki. Opis ten nie jest ani zupełny, ani wyczerpujący. Są w nim na pewno duże luki, są też, być może, błędy i niedokładności. Usunąć je można jedynie na podstawie materiału dostarczonego przez uczestników i naocznych świadków. 

Zwracam się więc do nich wszystkich z prośbą o nadsyłanie do Biura Historycznego swych uwag, sprostowań i relacyj. Wcale nie muszą to być opisy całości działań, wystarczą fragmenty i szczegóły podające np. nazwiska dowódców, nazwy jednostek, przebieg działania w określonym miejscu i czasie jakiegoś oddziału, nastroje itp.

Jest to obowiązek, który trzeba wykonać.

Autor


POŁOŻENIE OGÓLNE

Lwów znalazł się w ogniu walki niespodziewanie, nie przygotowany do niej — leżał przecież na głębokich tyłach w stosunku -do frontu zachodniego. Ale front ten szybko zbliżał się do niego. Uderzenie Niemców ze Słowacji, oskrzydlające Małopolskę aż po San, odepchnęło nasze wojska od Karpat i droga na Lwów stanęła otworem. Zmotoryzowane jednostki niemieckie lada dzień mogły stanąć pod miastem przepełnionym tłumami uchodźców i mnóstwem instytucyj ewakuowanych ze stolicy i w ogóle z zachodu.

Gen. Sosnkowski, który w tym czasie przybył do Lwowa, nakazał przystąpić do zorganizowania obrony. Miała ona objąć: Lwów, jako rdzeń rejonu obronnego, na zachodzie linię Wereszycy z przejściami w Gródku Jagiellońskim i Janowie, na północy rejon Żółkwi, na południu Chodorowa.

Chodziło o to, by stworzyć warunki oparcia dla naszych wojsk, w szczególności dla armii gen. Fabrycego i gen. Szyllinga, które, wycofując się z zachodu, mogłyby się tu zebrać i zorganizować do dalszego działania. Ale npl, wskutek oskrzydlenia od południa, mógł się zjawić pod Lwowem wcześniej, niż własne oddziały. Obrona więc powinna go powstrzymać i bić się tak długo, aż nasze wojska nadciągną. Dowództwo nad tym rejonem obronnym objął gen. Prich, zaś gen. Sosnkowski opuścił Lwów dnia 13 września rano i udał się samolotem do Przemyśla, by objąć tam dowództwo grupy, złożonej z 11 D.P., 24 D.P. i 38 D.P. rez.

Obrona rejonu Lwowa nie istniała długo; zlikwidowały ją wypadki i gen. Prich po kilku dniach energicznego działania rozwiązał swój sztab. Pozostała tylko obrona samego Lwowa ze swoim dowództwem, zależnym od gen. Langnera, d-cy VI Korpusu, któremu podlegały ponadto oddziały, znajdujące się poza miastem. Dowódcą obrony miasta został płk. Fijałkowski, a następnie gen. Sikorski Fr.

Wszystko, co dotyczy obrony Lwowa, było jedną wielką improwizacją. Improwizacją było tworzenie dowództwa, które formowano z ludzi, jacy się przypadkowo nawinęli. Wielu z nich nie pracowało nigdy w sztabach i nie znało tej roboty. Improwizacją było ustalanie planu obrony i obsadzanie stanowisk obronnych. Oddziały również były improwizowane, formowane naprędce z ludzi, którzy mogli i chcieli się bić.

Były tam oddziały Obrony Narodowej, asystencyjne, wartownicze, policji itp. Napływały już w czasie walki różne formacje rezerwowe, ale z reguły były to strzępy jednostek, zniszczonych w poprzednich walkach lub oddziały, zbite fizycznie i moralnie przez bombardowanie w czasie wielodniowych transportów. Wszystkie miały duże braki w uzbrojeniu i w wyekwipowaniu.


ORGANIZACJA OBRONY

Do organizacji obrony miasta przystąpiono dnia 10.IX., a zaczęło się to w ten sposób:

Koło południa spotykam mego kolegę ppłk. dypl. Bieńkowskiego Kazimierza, który ucieszony z tego spotkania zwraca się do mnie: „Czy wiesz jaka jest sytuacja? Dziś, jutro mogą tu być Niemcy. Trzeba się będzie bronić. Ja jestem szefem Sztabu Obrony Rejonu Lwowa. Bierz szefostwo sztabu obrony miasta. Do dyspozycji będziesz miał jeden baon i 16 dział, niewiele, ale w tej chwili nie ma więcej".

Propozycję tę przyjąłem bez wahania i lecę do Sokoły Kadeckiej, gdzie jest kwatera personelu, ewakuowanego z Warszawy, Wojskowego Instytutu Naukowo-Oświatowego. Jestem szefem tej instytucji, więc muszę dać jej jakieś zarządzenia. W wytworzonych warunkach nie ma ona żadnych możliwości prowadzenia prac, należących do jej obowiązków. Postanawiam więc cały personel, w którym przeważały kobiety i urzędnicy cywilni, wysłać z przeludnionego Lwowa na południowy wschód, by tam czekał dalszych wydarzeń. Sam zaś wybrałem się wojować, zabierając ze sobą dwóch oficerów, mianowicie majora Kencboka i kpt. Kasperskiego. Obydwaj przez cały czas walk pracowali niestrudzenie w sztabie obrony miasta.

Po szybkim załatwieniu tych spraw przystępuję do ustalenia planu obrony. Sprawa nie taka prosta, bo czasu jest bardzo mało, przestrzeń do obrony duża, a siły niesłychanie nikłe. Gdzie organizować obronę? Są sugestie, by się zamknąć wewnątrz miasta .i bronić każdego progu, ale w tym wypadku trzeba by zablokować tak wielką ilość ulic i obsadzić tyle punktów, że nie starczy sił na to. Już choćby ten jeden wzgląd każe szukać innego rozwiązania.

Niemcy tu przyjdą z czołgami i oddziałami zmotoryzowanymi, przeciwko więc maszynom trzeba tworzyć zapory na kierunkach, z których mogą nadciągnąć. Studium terenu wskazuje, gdzie te zapory budować: na północy biegnie na pewnej przestrzeni tor kolejowy w poważnym wkopie o betonowych stromych ścianach, dalej płynie Pełtew głębokim korytem. Południową część miasta obramowuje też głęboki wykop toru kolejowego. Są to przeszkody, przez które nie przejdą ani czołgi, ani tym bardziej inne wozy mechaniczne inaczej, jak tylko po mostach.. Mosty te zamkniemy.

Od zachodu, skąd nieprzyjaciel przede wszystkim przyjdzie, nie ma żadnych przeszkód. Tu sytuacja najtrudniejsza, ale z tego kierunku prowadzi tylko jedna szosa, wchodząca w ul. Gródecką.

Na czym będzie polegała obrona?

Zamknie się punktami oporu ul. Gródecką i wszystkie dojścia na płd. i płn. od miasta. Stronę wschodnią obsadzi -się później. Każdy z tych punktów, a jest ich w sumie dziewięc, otrzyma jako obsadę l—2 działonów i oddział piechoty w sile od drużyny do plutonu. Obsada od zachodu będzie najsilniejsza. 
(Szkic nr. 1).

W tej chwili nie ma odwodu, trzeba go będzie stworzyć jakimś cudem. Może Niemcy nie przyjdą jeszcze dziś lub jutro. Tak pomyślana obrona została zatwierdzona i nadany j ej zarys utrzymał się z niewielkimi zmianami do końca.

Teraz wykonanie. D-ca baonu 26 p. p., mjr. Ślepecki, otrzymuje rozkaz wyznaczenia grup bojowych i wysłania ich na oznaczone punkty. Kierownik robót technicznych magistratu zmobilizuje robotników z narzędziami F wyśle ich na punkty oporu. Tam wykonają barykady i inne przeszkody przeciwczołgowe według instrukcji, jakie otrzymają na miejscu.

Pozostaje jeszcze artyleria. Dowodzi nią płk. Schrötter. Jego m. p. jest w koszarach Arciszewskiego. Udaję się tam, krótko przedstawiam sytuację, plan działania i zadania artylerii. 'Nie ma czasu na dyskusje. Jest już około 17 godziny, niedługo zapadnie zmrok, a przed wieczorem trzeba określić w terenie stanowiska dział i punktów oporu. Okazuj e się, że baterie znajdują się ,poza miastem. Nie ma czasu na ściąganie ich dowódców, więc płk. Schrötter pisze rozkaz, nakazujący poszczególnym działonom, plutonom i bateriom zająć stanowiska określone na mapie. Następnie zabieramy kilku oficerów i podchorążych, znajdujących się na miejscu, i jedziemy w teren. Zaczynamy od ul. Gródeckiej. Tu na wysokości remizy tramwajowej — wybieramy stanowiska dla dział i piechoty.

Mają one zadanie bronić dostępu od zachodu wzdłuż ulicy Gródeckiej i flankować dwie ulice, które tu dochodzą z kierunku południowo-zachodniego. Przed punktem oporu znajduje się potężny lej na środku ulicy, zrobiony przez niemiecką bombę lotniczą. W tym miejscu będzie wykonana barykada. Ponadto wykopie się rów przeciwczołgowy między kamienicami, by nie mogła dostać się tu broń pancerna npla przez ogrody.

Wszystkie te dyspozycje otrzymuje jeden z oficerów, który z nami przyjechał. Będzie on czekał na miejscu, aż do przyjścia oddziałów i robotników i powtórzy im otrzymane rozkazy. Następnie jedziemy na ul. Janowską, Zamarstynowską i Żółkiewską. Wszędzie określono stanowiska dział, piechoty, miejsca barykad i wszędzie pozostawiono oficera lub podchorążego, którzy mieli otrzymane rozkazy przekazać oddziałom.

Zapadła noc. Nie udało się objechać wszystkich punktów oporu. Dnia 11.IX. rano z płk. Fijałkowskim skontrolowaliśmy większą część stanowisk. Wszystkie już byty obsadzone i większość miała barykady.

Na ul. Gródecką przybyliśmy w chwili alarmu lotniczego. Bomby rzucane na dworzec wybuchały w pobliżu stanowisk obronnych naszej piechoty. Był to pluton por. Chmury z i komp. baonu mjr. Ślepeckiego. Na szczęście nie poniósł żadnych strat.

Po południu dnia i2.IX. przystąpiłem z saperem płk» Staiferem do określenia w terenie wewnętrznej linii obronnej, jak tego sobie życzył gen. Sosnkowski. Była ona potrzebna. Chodziło o to, by na wypadek przedarcia się npla przez obronę zewnętrzną, —trafił on wewnątrz na zorganizowany opór.

W trakcie tej pracy, gdy znajdowaliśmy się w rejonie remizy tramwajowej przy ul. Pełczyńskie j, gruchnęła wieść, że czołgi niemieckie weszły do miasta. Wiadomość denerwująca. Próbujemy połączyć się z dtwem korpusu, ale w żaden sposób nie możemy się dodzwonić. Coś jednak trzeba robić, bo jeśli te czołgi istotnie weszły do miasta, to przyjdą i tutaj.

Przystępujemy do zorganizowania lokalnej obrony, każemy ustawić wozy tramwajowe w poprzek ulicy, co było możliwe, bo w tym miejscu krzyżowały się tory. Łapiemy jakiś przechodzący oddział łączności i każemy mu zająć stanowiska.

Wszystko to okazało się zbyteczne, bo niedługo wyjaśniło się, że alarm był fałszywy. Kto go podniósł, nie wiadomo, być może V Kolumna, która we Lwowie tak bardzo dała się we znaki.


PRZEBIEG WALKI
(Szkic Nr. 2)

Niemcy jednak przyszli dn. i2.IX. przed wieczorem. Nadciągnęli od strony Lubienia Wielkiego. Marsz ich meldował już uprzednio nasz lotnik, ale nie było pewności, czy i kiedy nadciągną pod Lwów. Obecnie wysunięty obserwator artyleryjski powiadamia obsadę ul. Gródeckiej, że Niemcy idą, zbliżają się do niego, jest ostrzeliwany, zwija więc aparat i wycofuje się do miasta. Na punkcie oporu alarm. Artylerzyści stają przy swoich dwóch działach. Dowodzi nimi ppor. Panek. Pluton piechoty por. Chmury jest już na stanowiskach, wspiera go c. k. m. pod d-twem plut. pchor. Gruszeckiego Tadeusza. Ognie ma przygotowane na dworzec i na ulicę, co skośnie dochodzi do Gródeckiej od strony południowej. Mało jest tej piechoty, na lewo musi się ona pilnować od strony ogrodów, a na prawo nie ma już kim zamknąć dojść od dworca kolejowego. Wykona to zapasowa obsługa dział, która będzie pełniła funkcję piechoty do czasu, aż jej każą zluzować tych, co padną przy armatach. Wszyscy już są gotowi, czekają podnieceni. Jeszcze nic nie widać, ale już słychać huk motorów, który rośnie, potężnieje, zbliża się. Są — z zakrętu wyskakują dwa motocykle, za nimi następne oraz samochód pancerny.

Dlaczego ta artyleria nie strzela, denerwuje się pchor. Gruszecki i ma o to pretensję do pchr. Lauterbacha, dowódcy jednego z działonów. A artyleria rzeczywiście nie strzela. Ppor. Panek nie daje rozkazu do otwarcia ognia, czeka, by Niemcy podjechali bliżej barykady. Podjechali wreszcie, wtedy pada komenda: "ognia", "oddano" raz, drugi i trzeci. Skutek niezawodny: jeden motocyklista wyrzucony na barykadę, na jezdni leżą dwa motocykle i samochód pancerny rozbity, a kiedy za chwilę wyłonił się czołg, trafiony celnymi strzałami, zatarasował ulicę swym bezwładnym cielskiem.

Lwów rozpoczął swą bitwę z Niemcami... Zagotowało się na ulicy Gródeckiej. Podjeżdża znowu broń pancerna, piechota wyładowuje się z wozów i wciska się za wszelkie załamania murów. Od domu do domu przesuwa się na lewo w ogrody, ciągnąc za sobą broń ciężką. Otwarło się piekło ognia. Niemcy swój kierują przede wszystkim na nasze 2 działa. Biją w nie z armat swych czołgów, z moździerzy, z broni maszynowej. Ppor. Panek odpowiada, śle pocisk za pociskiem bez żadnych zacięć. Ale przychodzą zacięcia: pada kanonier jeden i drugi, wreszcie większość obsługi dział jest wybita. — Milkną oba na chwilę. Przerwa nie trwa długo, bo na miejsce tych, co legli, wchodzą inni — obsługa zapasowa — i działa strzelają znowu.

Ppor. Panek ranny, ale ogień prowadzi dalej, bije się jeszcze i wówczas, gdy dostaje ciężką ranę w głowę. Trwa mimo wszystko, nie puści tędy Niemców.

Ranny jest również pchr. Gruszecki, który swoim starym, psującym się coraz „Maximem" powstrzymuje piechotę niemiecką. Nie okazuje ona nadmiernego męstwa, gdzie jej czołg lub ogień nie otworzy drogi, nie pcha się zbyt twardo.

Ogień rozszerza się coraz bardziej. Sytuacja staje się poważna, meldunki z pola walki brzmią niepokojąco: obsada ulicy Gródeckiej cofa się. Niemcy dochodzą do kościoła św. Elżbiety. Palą się składy koło Dworca Głównego. Dworzec się jeszcze broni. '

Kortumowa Góra zajęta...

Na ulicy 29'Listopada Niemcy...

Płyną takie meldunki, a dowództwo obrony nie ma żadnych odwodów. Jeśli Niemcy zdołają przełamać cienką naszą linię, miasto będzie zdobyte, bo nie ma nikogo, kogo by postawić jako następną zaporę na ich drodze.

Wytrzymają, czy nie wytrzymają? Zwycięży germańska przewaga liczebna, czy determinacja i wola garści walczących Polaków?

Zwyciężyła nasza wola w walce z drugą pancerną dywizją, bo z nią się właśnie bijemy.

Szkielet obrony, stworzony naprędce wzmacnia się już w czasie samej walki. Wypełniają go różne grupy i oddziały, które śpieszą samorzutnie tam, gdzie najpilniejsza jest tego potrzeba. W okolicy ul. Gródeckiej zjawia się oddział policji, dalej na południe jakiś major bije się na czele strzępów jakiegoś baonu. Na lewo od niego dołączyły oddziały Obrony Narodowej i grupki kadetów.

Kiedy napięcie walki dochodzi do szczytu, wkracza do miasta mjr. Kraus na czele baonu 205 p. p. Wyładował się w Dublanach i około godz. 20. znalazł się przy zbiegu ulic Gródeckiej z Janowską. Tu poinformowany o położeniu, wysyła od razu 4. kompanię na ul. Kleparowską, 5. na Janowską, a 6. z 2 ckm. na ul. Gródecką.

Idą te kompanie pustymi ulicami, na których rwą się pociski artyleryjskie. Przeraźliwa detonacja działa denerwująco na ludzi. Kompanię 6. prowadzi ppor. Majewski. Ten ma najcięższą drogę, ale dochodzi szczęśliwie do punktu oporu na ul. Gródeckiej. Mija zabitych kanonierów, orientuje się szybko w położeniu i rozwija się tak, by mógł zamknąć dojście do miasta przez wolną przestrzeń ogrodów. Nawiązuje łączność bezpośrednio z sąsiadem na lewo i ogniową z kolejarzami, powstrzymującymi Niemców od strony Lewandówki.

Artyleria daje mu się we znaki, ale wytrzymuje. Oddziały nasze walczą bez bezpośredniego wsparcia artylerii. Mimo to wszystkie natarcia Niemców zostały odparte. Co więcej, major, bijący się na południe od Gródeckiej, melduje, że zamierza przejść do przeciwnatarcia, by wyrzucić Niemców, którzy się wdarli w ogrody. Ruszył rzeczywiście naprzód, ale, zalany gwałtowną koncentracją ogniową, poniósł duże straty i wycofał się na podstawę wyjściową.

Jakieś oddziały niemieckie znalazły się w rejonie Kortumowej Góry, która zamyka wylot ul. Janowskiej i panuje nad znaczną częścią miasta. Brakło sił, by ją mocno obsadzić od razu. Była tam zaledwie jedna drużyna: Niemcy więc zajęli górę i próbują przecisnąć się w kierunku Kleparowa i ul. Janowskiej. Zostali powstrzymani.

Noc już była głęboka, a jeszcze broń maszynowa trajkotała tu i ówdzie, ale walka powoli gasła, a już losy miasta wisiały na włosku. Siły walczyły nierówne. Tu garść improwizowanych oddziałów, tam druga dywizja pancerna. Rachunek i logika mówiły, że przewaga fizyczna chyba zdecyduje, ale walka to nie tylko logika i rachunek, — to przede wszystkim serce i wola wytrwania. Ta wola oparła się Niemcom.

Dnia 13.IX. npl opukuje miasto. Uderza w różnych punktach, na j niebezpiecznie j wzdłuż ul. 29 Listopada, którą dochodzi do ul. Szymonowiczów. Natarcie idzie również ul. Stryjską i zbliża się już do zabudowań Szkoły Kadeckiej.

W związku z tym 6. komp. dostaje rozkaz przejść z rej. ul. Gródeckiej na ul. 29 Listopada. Niechętnie tam idą, już się tu urządzili, już wiedzą skąd może co grozić, każdy zna teren wokoło, ale rozkaz trzeba wykonać.

Już są w nowym rejonie, na wysokości ul. Dunin-Borkowskich i natychmiast przechodzą do akcji. Właśnie w tej chwili mają przed sobą kolumienki Niemców. Biją w nich ze swoich dwóch maszynek. Skutek natychmiastowy: Niemcy zatrzymani, widać, jak wrastają w ziemię. Kompania się szybko urządza. Na lewo idą patrole i przeszukują wąwozy, jakie się tam ciągną. Z tej strony nie ma własnych oddziałów. Tu się więc ubezpieczają. Na prawo spotykają oddziały Obrony Narodowej i harcerzy w szkole Sienkiewicza. Spodziewają się czołgów, więc butelki z benzyną stoją w pogotowiu. Postarał się o nie pchr. Raabe, który przywiózł również chleb z opuszczonej piekarni, zajętej rzekomo przez Niemców. Z wyżywieniem są pewne trudności, ale pokonują je przy pomocy o. o. jezuitów, którzy robią co mogą, by głodnych nakarmić. Śpieszą również z pomocą sanitarną, a jest już kilku rannych.

Daje się im we znaki dywersja: ktoś z tyłu strzela do walczących żołnierzy. Powtarza się to raz po raz. Nie można tego cierpieć, więc d-ca kompanii daje rozkaz opróżnić sąsiednie budynki z mieszkańców. Rozkaz wykonano i od razu pomogło.

Po południu dnia l4.IX. wyszło natarcie niemieckie i pcha się wzdłuż ulic Gipsowej i 29 Listopada. Od strony Kulparkowa posuwają się również, prowadzeni przez ogień artylerii. Biją nawałami, jedna z nich wyrżnęła w klasztor Jezuitów. Są ranni i zabici. Idą naprzód na szerokim odcinku, ale rozpęd ich łamie się w ogniu naszej piechoty. Natarcie powstrzymane. Lewe nasze skrzydło podrywa się i przeciwuderza, pędzi przed sobą Niemców, dochodzi do toru kolejowego, przekracza go i naciera dalej, aby odebrać Kulparków. Wysunęło się ono znacznie na przedpole Lwowa. Dowódca 6-ej komp. postanawia wobec tego przesunąć się naprzód o dwie ulice, by zrównać się z nimi. Pójdzie w nocy, bo w dzień nie przejdzie ulicami, po których siecze ogień przeciwnika. Pójdzie tylko z jednym plutonem, rozpozna położenie, zajmie stanowiska, a reszta kompanii dołączy się nad ranem. 

Poszli ulicą Gipsową, idą ostrożnie w ciemności, skradają się jak koty, bo zza każdego węgła może zaszczekać karabin. Dotarli do ul. Kniaziewicza. Przed nimi grupka domów, a dalej otwarte pole i tor kolejowy. Weszli do tej grupy domów. Wysyłają patrole na boki i przed siebie.

Cisza. Słychać kroki. To wraca jeden patrol. Kiedy dowódca jego przekracza ulicę, pada zasypany gradem pocisków. Trafiły go, ale żyje. Trzeba go ratować. Pchor. Raabe podskakuje do niego, lecz wali się przy nim ranny. Wyczołgał się z powrotem sam, tamtego nie wyniósł. Pocisk przeszył mu pierś i przeszedł tuż w pobliżu serca. Opatrzyli go, jak umieli. Żyje i trzyma się dobrze. Do leżącego na środku ulicy niesposób dostąpić, tak biją po jezdni. Jeden karabin strzela od północy wzdłuż, ul. Kniaziewicza, a dwa od zachodu, wzdłuż Gipsowej. Ten ogień krzyżowy odcina pluton od jego kompanii.

Ppor. Majewski postanawia się bronić w wysuniętej grupie domów i czekać na przyjście kompanii. Świta, robi się dzień. Przed plutonem otwarte pole, a na nim widać Niemców, z tyłu ogień odcinający mu odwrót.

Dlaczego ta kompania nie przychodzi, pytają zniecierpliwieni ludzie, zlikwidowałaby karabin na ul. Kniaziewicza i uwolniła nas z tej pułapki. Ale kompania nie przyjdzie. Nie puszcza jej mjr. Strowski, d-ca odcinka, bo grozi ogólne natarcie. Od ul. Gródeckiej słychać warkot motorów, pewno lada chwila wywalą się czołgi. Trzeba być w pogotowiu i trzymać wszystkie siły w garści. A pluton strasznie cierpi, biją po nim moździerze, artyleria i ogień piechoty. Każda chwila niesie nowe straty. Coś trzeba radzić, bo inaczej wszystkich ich wybiją. Niesposób się wycofać, bo trzeba by przebiec ze dwieście metrów w ogniu maszynowym.

Ppor. Majewski każe ludziom wejść do piwnic, sam będzie obserwował przedpole — on i pchor. Raabe, ten z przestrzeloną piersią. Tak chcą przetrwać do nocy, jeszcze kilka godzin, ale nie przetrwają. Już idzie na nich natarcie, a ich tylko garstka, nie więcej niż połowa została z plutonu. Zapada więc decyzja: przebijemy się przez ogień niemiecki, przejdziemy do swoich. Wyskoczyli na plac otwarty i walą, ile tchu w piersi starczy, a za nimi grad pocisków goni i kładzie ich na jezdni. Wyszło zaledwie kilku, wśród nich d-ca kompanii ze zdruzgotaną prawą ręką i pchor. Raabe.

**

Od strony północno-zachodniej grozi duże niebezpieczeństwo. Opanowanie Kortumowej Góry wyprowadziłoby Niemców na tyły obrony ul. Gródeckiej i otwarłoby drogę w samo serce miasta. Tędy też usiłują się wedrzeć. Nacierają od Lewandówki na Dworzec Główny, wzdłuż ul. Janowskiej i z Kortumowej Góry. Już dnia 12. macali ten kierunek, 13. próbują przebić się tędy do miasta.

Siły nasze w tym rejonie są nikłe: jedna komp. 205 p. p. i pluton 26 p. p., do którego dołączył pluton por. Chmury, ściągnięty z ul. Gródeckiej. Oddziały te nie powstrzymają natarcia Niemców, którzy przewyższają nas potęgą ognia, mają bowiem silne wsparcie artylerii i licznej broni ciężkiej piechoty. U nas jeszcze nie ma artylerii bezpośredniego wsparcia. Niemcy posuwają się naprzód, położenie staje się niebezpieczne.

D-two obrony szuka więc oddziałów, aby je tam rzucić. W nocy z 12 na 13 wyładował się na Podzamczu baon, zdaje się 106 p. p., sformowany w Wilnie z żołnierzy leg. 5. i 6. p. p. leg. Skierowano go do odwodu w rejonie uniwersytetu, a rano dano mu rozkaz wkroczenia do akcji. Przesuwa się więc w kierunku Dworca Głównego, mija go i rozwija się frontem do Lewandówki. Tu się dostaje od razu pod silny ogień artylerii, ponosi pewne straty i około godz. 9 zaczyna się cofać, ale dworca nie oddaje nplowi. Po całodziennej walce zostały z niego resztki, nie przekraczające siły jednej kompanii.

Skierowano tu również l. komp. Obrony Lwowa z kpt. Dubińskim. Idzie ona ul. Pierackiego i wychodzi w rejon koszar 6 dyonu samochodowego. Niemcy przechodzą właśnie do natarcia — poprzedzając je silną koncentracją ogniową. Biją przede wszystkim na stoki Kortumowej Góry i na przedpole cmentarza Janowskiego. Z lewej strony szosy Janowskiej raz po raz odzywa się broń maszynowa, ustawiona zdradliwie za betonowym parkanem, w którym Niemcy wybili otwory na lufy.

Kpt. Dubiński podciąga kompanię tak, by zamknąć nią ul. Janowską. Na lewo ma ogródek okolony płotem z siatki drucianej, przed sobą w odległości może 300 m most nad torami, przez który mogą przyjść czołgi, na prawo od drogi piękne domki z powybijanymi szybami. Najbardziej obawia się czołgów, bo nie ma broni ppanc. i to go niepokoi.

„Jacyś jeźdźcy zbliżają się z tyłu!" — krzyknął naraz któryś z żołnierzy. Zwróciły się tam głowy — rzeczywiście jadą, jest ich dwóch — porucznik artylerii z luzakiem.

Jedzie wyprostowany i rozgląda się uważnie, jakby czegoś szukał, wreszcie zsiadł z konia i oddał go luzakowi. Podszedł do piechoty i spytał, czy nie ma kto narzędzi do przecinania drutu. Był jeden taki, czarny, krępy, plutonowy, pochodzący z Wadowic, miał odpowiednie nożyce.

„Przetnijcie tę siatkę" — mówi do niego porucznik. Plutonowy podskoczył do płotu i tnie go nożycami z góry. Już jest .bliski końca swej roboty, gdy pada strzał z okna sąsiedniego domu i trafia go w prawy bok. Skoczyło tam kilku strzelców, wpadli do domu i po chwili wyrzucili przez okno dywersanta, którego przyłapali z bronią.

Porucznik artylerii wsiadł na konia i odjechał, ale wrócił niedługo, prowadząc działo 75 mm. Każe je zatoczyć do ogródka i ustawić tak, by mogło bić na most.

Gdy wszystko już było gotowe do strzału, zaszczekał nagle ckm. i z bliskiej odległości sypnął skośnie gradem pocisków po dziale. Obsługa niemal w całości wybita lub ranna. Nietknięci tylko porucznik i jeden bombardier.

Wtem krzyk nerwowy: — ,,Czołgi, na moście czołgi!". Piechota strzela po nich, a one suną wciąż naprzód. Porucznik z bombardierem stają przy swym dziale, celują, ładują i bach, bach, bach. Czołgi już dalej nie idą, dwa rozbite zostały na placu, inne zawróciły, stwierdziwszy, że tędy nie przejdą. Porucznik otarł pot z czoła, zapalił papierosa, badawczo zlustrował przedpole i krzyknął: „Dawaj konie!". Gdy przyszły, wskoczył na siodło, ruszył w stronę Niemców i lekko kłusując, podjechał do rozbitych czołgów i coś koło nich majstruje. Po pewnym czasie wrócił obwieszony „Handgranatami". W ręce trzymał cały pęk okrwawionych kart pocztowych, gotowych do wysłania. Rozdał je piechociarzom. Smutna była ich treść, zawierały przeważnie ostatnie pozdrowienia. Widocznie przeczuwali ich autorzy, że spod Lwowa nie wrócą do Niemiec.

Kiedy rozmawiają o tych kartach, wyskakuje nagle spoza domów drużyna Niemców i zajmuje stanowiska ogniowe. Ppor. Hruby (z Mościc) każe otworzyć ogień. Z boku w rowie przeciwlotniczym, gdzie siedzi grupa Ślązaków, słychać komendę: „Bagnet na broń" i widać znaki, aby przerwać ogień, chcą się rozprawić z Niemcami na białą broń i rzeczywiście ruszają do szturmu. Niemcy nie przyjmują walki, zwijają się na miejscu i wieją w stronę płotu, muszą go przeskoczyć, jeśli mają ,się uratować. Żadnemu się to nie udało.

Teraz kompania rusza naprzód, aby zająć domki na prawo od szosy, idzie dwoma grupami, jedna obchodzi je z lewej, druga z prawej strony. Gdy grupa lewa zbliża się do domów, wypada spoza nich oddział Niemców. Obie strony zaskoczone tym niespodzianym spotkaniem, stanęły i ^patrzą na siebie bezradnie, wtem Niemcy zawrócili w miejscu i runęli w kierunku, skąd przyszli. Tu jednak wpadają na drugą naszą obchodzącą grupę, zatrzymują się i spoglądają to w tę, to w tamtą stronę, widzą, że są otoczeni, ogarnia ich zwątpienie, powoli podnoszą ręce i idą do niewoli.

Przed wieczorem pierwsza kompania Obrony Lwowa wycofuje się do odwodu. Poniosła znaczne straty, jest ciężko ranny ppor. Hruby, po którym dowództwo objął podch. Kmiecik. Już podczas wycofywania się wali się na nich ogień artylerii. Zatrzymali się, aby przeczekać nawałę i obserwują samolot niemiecki na średnim pułapie — nasze baterie przeciwlotnicze otworzyły ogień i wkrótce samolot zapalony runął niedaleko.

Walki w tym rejonie trwały cały dzień. Niemcy opanowali cmentarz Janowski i południowe stoki Kortumowej Góry, doszli do ul. Kleparowskiej i już się zdawało, że wedrą się do środka miasta. Nadeszły nawet meldunki, że są koło kościoła św. Anny, czyli że zbieg ulic Janowskiej i Gródeckiej zajęty. W pewnym momencie dochodzili tam rzeczywiście, ale ostatecznie odrzucono ich przeciwnatarciem, w którym wziął udział również baon wartowniczy kpt. Suchorowskiego (?). Przewidując następne natarcia na tym kierunku i obawiając się broni pancernej, która w czasie walki wyszła na ul. Janowską, postawiono dwie armaty 75 mm przy kościele św. Anny, z zadaniem zwalczania czołgów. Zostały one tam do końca obrony.


 

wersję sieciową opracował
Roman Antoszewski

Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
kwiecień 2005

Strona domowa

adres: IHUG

  Site Meter