23 - 28 września 1939

 

 

.
 

23 września.

Noc była przykra. Armatnie strzały nie ustały na chwilę. Z różnych kierunków a więc z pod Rembertowa i Wilanowa, z za Służewca i wzdłuż Wisły leciały ze świstem na Warszawę i Pragę całą noc pociski, biły w kościoły, w szpitale, w domy i fabryki, w parki miejskie i dzielnice handlowe, zrywały dachy, strącały wieże i kominy. Otwierały szeroko rany w murach, zasypywały gruzem ulice, zabijały odłamkami ludzi, konie z kolumn taborowych i ze szwadronów ukrytych w podwórzach.

Nocny obstrzał jest gorszy od dziennego, bo strach lubi ciemność. Ale gdy ten obstrzał trwa długie, coraz dłuższe godziny i nie ustaje na chwilę, nerwy zaczynają trzeszczeć. Trzeba bardzo dużego zmęczenia, by móc wreszcie zasnąć, by choć chwilę nie czuć, nie myśleć, nie słyszeć i by się strachem zwierzęcym — nie bać.

Noc spędziliśmy w piwnicy, przygarnąwszy także inżynierów przysłanych do naprawy rurociągów i wskazania nam rozkładu kanałów. Zachowali się tak dzielnie i spokojnie, że zmuszało to nas—oficerów—do większego panowania nad sobą.

Gdy głośniejszy trzask budził, wychodziło się na podwórze, by zobaczyć, które piętro domu tym razem rozbite i czy ściany nie zarysowały się jeszcze. Ta przykra groźba przywalenia gruzami cegieł z pięciu pięter wciąż wisiała tej nocy nad każdym prawie z mieszkańców Warszawy. Aż zazdrościło się chłopcom, którzy w rowach strzeleckich na otwartej przestrzeni mają wyiskrzone niebo nad sobą. I nad nimi ciągną z gwizdem pociski, niejeden bije w okop — ale nie ma tam zmory wiszącej nad tymi, którzy wśród murów zamknięci oczekują wciąż przyjścia nieznanego. W tę noc budziło się u mnie jedno może dziwne, ale zrozumiałe, bo tak ludzkie uczucie. Oto każdy granat bijący w Pragę sprawiał ulgę. Mógł uderzyć w Warszawę, w jeden dom na Wiejskiej... Lepiej, że tu koło nas jakąś ścianę rozwalił!

W samą porę na dziś nadarzyło się więcej sztabowej roboty. Gorzej żołnierzowi, który pod ciężkim ogniem trwając w zupełnej bezczynności, musi czekać godzinami, a czasem tygodniami na chwilę nieprzyjacielskiego ataku. W sztabie trzeba myśleć, trzeba polecone sprawy załatwić. To też z przyjemnością rozkładamy o świcie plany miasta na łóżkach i z inżynierami ustalamy organizację zapór, sposób wykonania, szczegóły techniczne. Potem trzeba jechać do sztabu na umówione spotkanie z saperami mającymi zabezpieczyć Wisłę. Major Z. zabiera mnie znów do swej małej limuzynki. Szofera Janiaka zostawiam, po co go narażać.

Wyjazd wśród kanonady daje wrażenie, jak te, które przeżywało się na patrolach ułanów legionowych, w przesmykach karpackich przed 25 laty. I tam też czekało się wciąż strzału, który trafić powinien.

Tylko tu inne warunki. Bramę szeroko roztwierają, zapuszcza się motor, by móc potem na pełnym gazie wyjechać w ulicę, wziąć skręt na Targową, ominąć dwa trupy końskie leżące od wczoraj na rogu, skręcić w lewo, gdzie duży lej po pięciuset-kilogramowej bombie z zeszłego tygodnia pozornie zagrodzi nam drogę, trzeba go zręcznie wyminąć, potem wypadnie przejechać zygzakiem przesmyk barykady. W tym miejscu major zwalnia, bada sytuację, bo dojeżdżamy w okolicę mostu. Właśnie seria czterech granatów uderzyła za kościołem św. Floriana. Dobra nasza. Zanim zdążą nabić następną serię i odpalić — już będziemy na połowie drogi za Wisłą. W tym miejscu od dwóch tygodni każdy szofer skupia się w sobie, mocniej ściska kierownicę i gazu dodaje. Wśród ścian kratowych konstrukcji rwiemy naprzód. Tam w połowie była wczoraj wyrwa, słabo założona deską. Trzeba przed nią zwolnić. Już jest za nami! Ale jakiś rowerzysta pęta się na jezdni. Mój panie, jedźcie prędzej, czy nie wiesz, że wczoraj jakiemuś kolarzowi głowę tu urwało ?! Mijamy go w chwili gdy dwa zapalające szrapnele uderzyły w dach pięknego domu stojącego po lewej stronie na Powiślu. Dach zaczął palić się, lecz widać odratowali, skoro przy powrocie ognia tam już nie było, a dom stał cały. Zajeżdżamy pod bramę wjazdową Zamku, tam zostanie samochód. Krótki raport w sztabie i próba dalszej jazdy. Próba nieudana.

Plac Teatralny zawalony gruzem. W Ratuszu zginął wczoraj przy biurku wiceprezydent miasta Około-Kułak, ale major Starzyński urzęduje tam nadal. Gmach Ministerstwa Spraw Zagranicznych od frontu się pali, może go odratują. Z okien pałacu Kronenberga biją płomienie, w Muzeum Zachęty Sztuk Pięknych dogasają zgliszcza obrazów. Gdyśmy mijali poprzednio Muzeum Przemysłu i Rolnictwa na Krakowskim Przedmieściu, gorzało i ono wśród czarnego dymu. Zbiory polskiej sztuki i nauki trawi dziś ogień niemiecki. Wreszcie na ulicy Traugutta i Czackiego major zastopował. Dalej jechać nie można. Tyle belek palących się na drodze, potrzaskanego szkła, tak ciemno od dymu, że trzeba zawracać, tym bardziej, że na Pragę mu pilno. Wysiadam więc i już na piechotę dążę do gmachu Inspektoratu, gdzie mam nawiązać łączność z Brygadą Kawalerii Poznańskiej. Zaczyna się pełna wrażeń wędrówka przez bombardowaną Warszawę. Choć to godzina dziesiąta rano, w mieście ciemno od dymu, który gryzie gardło i oczy. Trzeba obchodzić palące się witryny pięknych magazynów po lewej stronie ulicy Mazowieckiej, bo żar zbyt wielki, a iść pod drugą ścianą nie można, bo tam teraz stukają szrapnelowe kulki i lecą odłamki. Próbuję przedostać się na Jasną. Może u diabła tam ciszej ?! Ale Jasna również się pali. Z jakiegoś domu wynoszą na gwałt sprzęty, ludzie wybiegają z bramy, rozglądają się przerażonymi oczami dokoła, by w tym piekle jakie nas ogarnia, znaleźć miejsce do schronienia. Biją do bramy zamkniętej, chcą przekrzyczeć hałas, wołają by ich wpuścić, bo pali się ich dom!

Wzdłuż Jerozolimskiej Alei, tak szeroko otwartej ze wschodu na zachód suną ze skowytem niżej niż gdzie indziej granaty.

Przychodzi znów moment wahania: »Iść, czy zawrócić?! Może by tak przeczekać, sprawa nie jest tak pilna...«.

Ale w ślad za tą refleksją — budzą się inne myśli... czyż warto się szanować? Gdy dokoła walą się nadpalone mury Warszawy, gdy cała Polska się wali, gdy grozi okres powrotnej, choćby krótkiej niewoli narodu, cóż znaczy życie człowieka ? Cóż znaczą granaty lecące nisko na Aleje z za Wisły?!

Przeskok przez ulicę zrobiony. Na Brackiej trochę ciszej.

Kościół św. Aleksandra stoi na pozór nietknięty. Wiatr na chwilę rozwiał chmurę dymu i napis umieszczony złotymi literami na podstawie trójkąta stał się z daleka czytelny.

Napis to historyczny, gdyż oddanie kościoła pod wezwanie św. Aleksandra patrona ówczesnego cara miało okupić pozwolenie na budowę świątyni. Ten napis, który wówczas był wyrazem całej myśli polskiej:

»PANIE JEŚLI MOŻESZ ODWRÓĆ ODE MNIE TEN KIELICH GORYCZY!«

I dziś w obłokach przewijających się dymów pożarnych słowa te nabrały znów patetycznej wymowy.

Po obu stronach kościoła płoną dwa nowoczesne domy. Równo, spokojnie, żadnym strumieniem wody nie przerywanym pożarem. Za kościołem placyk. Zwykle był pokryty zieloną murawą. Dziś i on zmienił wygląd. Groby na nim wyrosły. Jest ich już kilkanaście,, a co dzień nowe przybywają. Jakaś wiązka kwiatów, jakiś z dwóch kawałków drzewa naprędce zbity krzyżyk świadczy, że mogiły kopał ktoś bliski poległych. Ale są i zwykłe kopczyki szarej gliny. Mówiono mi, że rodzinę z siedmiu osób równocześnie zabitych pogrzebano tam niedawno. Obcy, dobrzy ludzie to zrobili.

Czy skręcić na Wiejską, wszak to stąd kilka kroków zaledwie. Ale, czy jest po co iść, co tam w domu zastanę ?

W tym momencie wyjechał z ulicy Wiejskiej samochód pełny chleba. Strzelają — to strzelają, pali się, to się pali — ale chleb do linii frontowej dowieźć trzeba. Żołnierz siedzący na kupie bochenków zajada smacznie pieczywo, ma minę zadowoloną, bo wie, że go z radością powitają koledzy. Ten widok przywraca równowagę ducha. Czasem drobne spotkanie tak ulży człowiekowi! Przede wszystkim nie robić dramatów!

Dom na Wiejskiej jeszcze stoi. Mój starszy syn poszedł właśnie ratować Ambasadę Francuską. Tyle pięknych dywanów, mebli, książek niszczeje wśród płomieni. Może choć coś uda się ocalić. Rodzina wychudła i wybladła, lecz nerwowo wcale dobrze się trzyma. Największy kłopot z wodą, te dwa garnki przyniesione wczoraj po długim staniu w kolejce dla dziesięciu osób nie starczą. A dzisiaj przecie nikt nie ma sumienia wysyłać dzieci po wodę.

Opowiadają mi chórem, jak to w ich okręgu domy od pożarów ratują.

Zacytuję choćby dwa wypadki. Oto podchorąży z obsługi kulomiotu przeciwlotniczego dojrzał wczoraj wśród nalotu na dachu błysk bomby. Piękna willa hr. N. za chwilę stanie w płomieniach; dobiera więc sobie piętnastoletniego harcerza, syna kapitana i obaj biegną na dach. Tam już elektronowa bomba przepaliła blachę i prysła ogniem na strychu. Jeden i drugi worek piasku rzucony w otwór. Jeszcze trzeciego nie zdążyli zrzucić, gdy przelatujący odłamek urwał komin nad nimi. Ledwo nie zsunęli się od podmuchu na ziemię. Ale się jakoś utrzymali. Żołnierze przybiegają na pomoc i donoszą piasek. Ogień zasypany, dom chyba przetrwa bez szkody.

A inny obrazek, z którego widać, że w jednym z bloków przy ul. Wiejskiej wiadomo komu na pewno należy zawdzięczać ocalenie.

Strażniczką domu była tam 20-letnia panna. Gdy rozległ się sygnał alarmu i warkot motorów zbliżał się do stolicy — panna Zofia biegła na strych, wychodziła po drabinie na dach i stawała na swojej placówce. Kilka worków piasku i łopata, oto jej sprzęt obronny.

Czasem szły bombowce trójkami, czasem eskadry z 40 i 100 aparatów nadlatywały nad Warszawę. I wówczas burza zrywała się nad miastem. Do trzasku bomb rzucanych z góry dołączał się krótki, urywany, a szybki huk przeciwlotniczych wystrzałów naszej artylerii. Odłamki granatów leciały z nieba, siekły powietrze serie kuł maszynowych, traj kotem wystrzeliwanych taśm odpowiadały bombowce.

Pustoszały ulice, z górnych pięter mieszkańcy zbiegali do piwnic. A na dachu domu przy ulicy Wiejskiej przytulona do komina trwała postać niewieścia, gotowa w każdej chwili upadłą na dach świecącą złotem bombę zapalającą strącić na ulicę, lub gdy dobiec nie zdąży i złota butelka już ogniem trzaskać zacznie — sypnąć na nią wór piachu i ogień w zarodku zadusić.

Pewno drżały jej ręce, serduszko biło gwałtownie — ale przyjęty na siebie raz obowiązek ratowania bliźnich od pożaru spełniła do końca. Dom jej nie spłonął. Matka nie potrzebowała szukać schronienia u sąsiadów. Dzielna młoda panna.

Są i inne jeszcze objawy bohaterstwa kobiet.

Na rogu Placu Zamkowego wydawać będą chleb z magistrackiej piekarni. Trzy dni go już w domu nie miano. Uszkodzone bombą piece wypiekowe zawiesiły chwilowo swą pracę. Dziś w nocy wznowiły ją, chleb ma być gotowy. W kolejce czterystu kobiet, ludzi starszych, wyrostków stoi matka pięciorga drobiazgu. Mąż już dawno na wojnie — wiadomo, w jednej osłonowej dywizji, które pierwsze zmobilizowane zostały. Zasiłki dojść nie mogły, bo poczta była zerwana. Pieniędzy na kupno chleba brak. Trzeba korzystać: Magistrat darmo go biedocie rozdaje. Trzeba cierpliwie stanąć w kolejce z plecionym koszykiem jeszcze przed świtem, by dzieci prędzej potem nakarmić.

Robi się już widno, niebawem sklepy otworzą, bo pieczywo już zwieźli. Aż tu nagle szum motoru nad głową. To znów nalot niemiecki. Zakołysał się tłum kobiet, mocniej do murów przyległ, jedna, druga rzuciła się do bramy, za chwilę grzechot kuł maszynówki niemieckiej uderza o asfalt i ściany. Przecie Niemiec tak chętnie strzela do zwartego tłumu! 

Matka pięciorga dzieci z miejsca się nie ruszy, co jej kule, co nalot! Dzieci na chleb czekają, ledwo głowę podniosła, gdy trójmotorowiec pikował.

Warkot motoru zmieszał się z trzaskaniem kulomiotu — trwało to sekundę. Płatowiec wzbił się znów w górę. Ale pod ścianą piekarni osunęły się ciężko trzy szare postacie, a wśród nich kobieta z koszykiem plecionym, czekająca tak długo na chleb dla swych dzieci...

Kiedyś na tablicy mieszczącej spis sióstr Czerwonego Krzyża, które zginęły wynosząc rannych żołnierzy z zapalonego bombami niemieckimi szpitala, trzeba by dodać napis ku czci nieznanej Matki, która pod ścianą piekarni ginęła o świcie na ulicach Warszawy.

Trzeba przerwać dalsze opowieści swych bliźnich, objąć wzrokiem jeszcze raz główki całej rodziny i wyjść znów na miasto.

Do Inspektoratu niedaleko. Tu na ulicy Pięknej mieści się ambasada niemiecka, więc też bomby i granaty przypadkowo ją oszczędzają. Cała dzielnica zyskała na jej sąsiedztwie. W ogródku Inspektoratu rozkwaterowały się szwadrony kilku pułków. Tworzy się zbiorowa brygada kawalerii, otrzyma zadanie zaczepne. Jak miło o tym słyszeć ! Czyby tutaj przydziału nie dostać ? Trzeba obmyśleć sposoby otwarcia jej drogi przez odcinek Pragi.

W drodze powrotnej wybieram oś marszu krótszą wprost przez Nowy Świat. Dla samochodów jest nie do przebycia, ale piechotą jakoś się chyba da ją sforsować.

Na najbliższym rogu dwóch ulic rozgrywa się zabawna scena. Mam na sobie płaszcz żołnierskiego kroju, więc grupa żołnierzy wzięła mnie za starszego wiekiem sierżanta. Dom się tam pali, a na dole sklep z dobrymi winami. Przecie szkoda cennych trunków. Jeden z żołnierzy wlazł do środka i podaje innym butelki. Wszyscy już mają trochę w czubach. »Panie 67 5«

sierżancie do kompanii z nami ! zanim sufit się zawali niechże pan sierżant butelczynę węgrzyna z nami wypijet — i częstuje mnie omszałym Tokajem. Tak bym chętnie wypił z wami chłopaki i za dobre serce podziękował! Nie wypada tego robić pułkownikowi niestety, bo powiedzą, że on was tutaj sprowadził i sklepy rabuje — ale wam Tokaj niechże idzie na zdrowie ! W płonącym domu wśród lecących granatów — to nie jest nawet rabunek!

Trzeba teraz przeskoczyć wysoki wał gruzów z rozbitej kamienicy. Po wielkomiejskiej ulicy chodzi się dziś, jak po piargach w Tatrach. Róg ulicy Pierackiego się pali, bodaj tam był piękny skład futer.

Wczoraj w sztabie podano mi adres garażu samochodów na ul. Konopczyńskiego. Próbuję tam się przedrzeć. Coś się tam zawaliło tuż za mną, ale to może tylko złudzenie. W garażu zwracam się do znajomego mi kapitana, dowódcy kolumny. »Mam dostać nowy samochód na miejsce rozbitego«. "Jest cały Super-Steyer — może pan pułkownik zaraz nim odjechać'. Pożyczają mi szofera i jazda na miasto. Kapral kierowca trochę głową pokręcił, gdy podałem kierunek Pragi, ale to dzielny chłopak, jakoś dojedziemy. Miałbym go na sumieniu, gdyby na moście miał zostać. O ile przyjemniej mijać płonące domy czarną limuzyną, niż pętać się wśród nich piechotą. Baterie niemieckie przełożyły teraz ogień bardziej w środek miasta, więc nad Wisłą spokojniej.

Dojeżdżamy na Pragę bez wypadku, kaprala odsyłam z odjeżdżającym właśnie motocyklistą. Myślę, że .zdrów wróci do garażu. Mój szofer Janiak uradowany z nowego wozu. Tym razem dobrze będzie go ukrywał pod dachem. Mówią mi, że pułkownik dyplomowany Szostak zabity. Dzielny stary znajomy. Prace przy kanałach skończone, próby ataków niemieckich odparte, może myśleli, że znajdą już puste okopy ?! Obiad kiepski i zimny, herbaty nie ma, gdyż brak wody. Jeszcze kilka meldunków do załatwienia. Potem czas wolny. Otwieram głośnik: cisza. Ach prawda! przecie ostatnia stacja nadawcza rozbita — fala polska zamilkła na świecie. Próbuję telefonować — cisza. Druty uszkodzone.

I dopiero w tej chwili budzi się myśl potworna: ostatnie skrawki wolnej Polski to jeszcze Hel, Modlin, Warszawa... Poza tym już wszędzie taka cisza śmiertelna, jak w radio i jak w telefonie... A dziś Warszawę nam tak strasznie palą!

Palą bo jej jeszcze nie zdobyli !


24. września.

Dzień zapowiada się spokojniej, choć noc była burzliwa. Niemcy atakowali równocześnie z dwóch stron od północy i od południa. Właśnie zaszedłem na kwaterę jednego z dowódców batalionów, gdy rozpoczęło się to nocne natarcie. Znane to dobrze wszystkim żołnierzom frontowym słuchowisko wojenne. Najprzód odzywają się pojedyncze strzały placówek, które po chwili zaczynają być coraz częstsze i hardziej nerwowe. Dołącza się do nich jeden, drugi karabin maszynowy. Odzywa się potem jakaś bateria armat, poszczególne strzały zaczynają się wreszcie zlewać już w jeden bulgot, który przemienia się w nawałnicę huków. Widać, że sprawa poważniejsza, że to nie walka patroli, ale już prawdziwa bitwa.

Gdy taki hałas ogniowy daje się słyszeć równocześnie na dwóch krańcach półkola, jaki tworzy nasz przyczółek mostowy, to wrażenie słuchowe jest tym silniejsze. Walczący na jednym odcinku nasłuchują mimo woli jazgotu strzałów drugiego. Raz zdaje nam się, że się ogień przybliża, to znów, że oddala. Jeśli przybliży się — to świadczyć może o przebiciu frontu na tamtym odcinku, jeśli oddala — atak widać odparty. I dwa objęte natarciem odcinki Pragi wzajemnie się kontrolują, może osłabiają wolę zwycięstwa, lub dodają sobie ducha.

Tej nocy oba odcinki równo wytrzymały. Cmentarzom niemieckim wokoło miasta przybędzie dużo świeżych mogił. Jakże inaczej przeżywamy w dowództwie obecnie ataki w stosunku do tego samopoczucia, jakie mieliśmy zaczynając obronę stolicy. Gdy przed dwoma tygodniami dochodziła z frontu nerwowa strzelanina, żaden z nas nie był pewien, czy za chwilę czołgi niemieckie nie wjadą w środek Pragi i czy nie usłyszymy na ulicy szybkiego tupotu butów żołnierzy uciekających w popłochu. Oddziały były świeżo zorganizowane, dowódcy młodzi bez doświadczenia wojennego, pierwsze odwroty z nad granicy nadwerężyły moralną wartość wojska, a odwodów dużo nie było.

Teraz po dwóch tygodniach obawy są płonne. Można śmiało zasiąść do wieczerzy lub przespać noc spokojnie wśród strzałów na froncie, bo odcinki nasze nie przepuszczą tak łatwo ani piechoty niemieckiej, ani ich broni pancernej. Nie darmo tysiące ludzi pracowało po nocach nad umocnieniem terenu, a tysiące bomb i granatów nad wyrobieniem spokoju ducha u żołnierza.

Na tyle jest już dziś nasz piechur otrzaskany, by wiedzieć, że Niemiec strzela, ale Pan Bóg kule nosi i bez Jego woli włos nikomu z głowy nie spadnie.

Skoro nocne natarcie zawiodło, a olbrzymie ilości wystrzelonych przez dwa dni pocisków wymagają u Niemców uzupełnienia — to nie dziw, że dzień jest dziś spokojniejszy. Jadę więc odwiedzić 15 pułk ułanów, który w składzie poznańskiej brygady przerwał się przed kilku dniami z Puszczy Kampinoskiej i nawiązał łączność z pierścieniem obronnym stolicy. Ma on za sobą ' piękną kartę jak zresztą cała kawaleria. Walki osłonowe na granicy, odbicie zajętego już przez Niemców Leszna i Rawicza, rajd kawaleryjski w głąb Dolnego Śląska, zajęcie Milicza, potem piękny udział w walkach armii »Poznań«, okrążenie od tyłu dwóch dywizji niemieckich, a potem konieczny odwrót i przebijanie się przez zagęszczające się w koło korpusy niemieckie. Skoro na 37 zmobilizowanych dywizji polskich uderzało 74 jednostek niemieckich, to stosunek sił rozstrzygał wciąż losy choćby najładniej założonych planów operacyjnych.

Pułk ułanów wkroczył do stolicy w porządku ze swymi taczankami i armatkami. Ale straty miał ciężkie: 13 oficerów poległo, 18 ciężko rannych, 7 pozostało w linii. Dowódca pułku pułkownik Mikke zabity. I teraz w Warszawie nie są jeszcze bezpieczni: ppor. rez. Z. z 17 p. uł., który szczęśliwie przebył całą kampanię, wysłany bryczką po rozkazy dostał się pod granat, który urwał mu nogę. Leży teraz w szpitalu.

Duch żołnierza wszędzie dobry. Niepokojące są inne okoliczności: brak amunicji i wody. Natarcia niemieckie i obrona przeciwlotnicza wśród masowego nalotu nadszarpnęły poważnie nasze zapasy amunicji działowej. A brak wody jest gorszy od ograniczeń żywnościowych. Z aprowizacją nie jest dobrze. Gdym jechał do pułku jakiś strzał z rozpoznawczego samolotu pruskiego zabił na ulicy konia z kolumny amunicyjnej. Gdym wracał, już tylko kości żeber sterczały na chodniku. Mięso natychmiast odkrajała głodująca ludność. Z wypiekiem chleba coraz większe trudności, bo piekarnie, gdy tylko zaczną dymić, zaraz są obrzucane bombami. Jeszcze jeden epizod przeżyty może dać dużo do myślenia. Oto szofer Janiak wyszukał sposobność do zakupu węgla. Zgłosił się młody urzędnik kolejowy z tym, że może kilka cetnarów odstąpić z posiadanego w domu zapasu. Gdym się zapytał, ile żąda za ten cenny produkt, a byłem przygotowany na dość wygórowaną sumę — usłyszałem nieoczekiwaną odpowiedź: »Pieniędzy mi nie potrzeba — proszę mi dostarczyć za każdy cetnar służbowo przydzielonego mi węgla po jednym bochenku chleba, bo tego dla rodziny znikąd nie mogę dostać«. Umowa szybko stanęła. Moja codzienna porcja chleba nie powędruje do mej rodziny, a za to pójdzie tam worek węgla. Ale sam fakt takiej umowy jest niepokojący. Widać brak chleba daje się coraz bardziej odczuwać już nie tylko wśród biedniejszych, lecz i wśród sfer urzędniczych. Pewien zapas sucharów trzymamy jeszcze w magazynach wojskowych na »czarną godzinę«. Może będą potrzebne, gdy nam się przyjdzie przebijać.

Z brakiem wody sprawa przedstawia się znacznie gorzej. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, czym są wodociągi w życiu wielkomiejskim. Tak łatwo odkręcić kurek, i wannę wodą napełnić, że nikomu nie przyjdzie na myśl, jak życie się komplikuje, gdy ten metalowy kurek zasyczy tylko przy odkręcaniu, ale wody nie da. Przez dwa pierwsze dnie zapasy porobione na skutek zarządzeń magistratu okazały się zbawienne. Wszak wszystkie garnki, dzbanki, miednice nieużywane stale miały być zawczasu napełnione wodą. To ratuje sytuację. Ale zapas się wyczerpywał, a co rano i wieczór ponawiana próba z kurkiem jakoś dotąd zawodzi.

Sytuacja zaczyna być groźna. Nie ma w czym zgotować obiadu, urządzenia kanalizacyjne przestały funkcjonować, po szpitalach obmycie ran, czy prze-pranie bielizny jest pod znakiem zapytania. Przydział wody dla gorączkujących chorych wypadło ograniczyć do minimum. Pojenie koni coraz jest trudniejsze.

Zapewne w mieście istnieją studnie zwykłe. W wojskowym Szpitalu Ujazdowskim nakładem dużej sumy przewiercono jeszcze w tym roku studnię artezyjską. Niestety od pierwszego bombardowania została ona tak mocno uszkodzona i zasypana, że znów kilka dni przejdzie, zanim ją uruchomią. Z innych studni korzysta się w miarę możności.

Przy każdej z nich stoi kolejka po 400 i 500 osób. Stoją w niej dzieci i panie z brylantami w uszach, siostry Czerwonego Krzyża i wyrobnice. Każda z nich ma w ręku garnek, byle nie za duży, bo spotka się to z protestem sąsiadów w kolejce. Studnie za szybko ulegają wyczerpaniu, więc podział musi być co do ilości ograniczony. Wszak mamy za sobą trzy tygodnie suszy, której wpływ jest już teraz bardzo widoczny. Kolejki stoją cierpliwie, póki nie ma nalotu. Gdy się zaczyna — a zdarza się to kilka i kilkanaście razy dziennie—stanie w kolejkach bywa niebezpieczne. Wszak lotnik niemiecki tylko czyha na sposobność zastrzelenia znów kilku kobiet i dzieci stojących przed studnią. Niech Polacy giną z pragnienia, może prędzej się poddadzą.

Inżynierowie wodociągowi pracują dzień i noc nad naprawą uszkodzeń, ale mało jest widoków na szybkie usunięcie tak starannie dokonanych zniszczeń. Prezydent Starzyński zarządził rozwożenie wody wiślanej w dużych beczkach po bardziej od rzeki oddalonych dzielnicach. I ten środek nie podoła zapotrzebowaniu, a przy tym i tu obstrzał lotniczy robił już szkody, dziurawiąc beczkowozy, uszkadzając motory.

Gdy jadę z Pragi do Warszawy, zabieram na samochód konewkę wody źródlanej z blisko położonej rzeźni. Trzeba widzieć radość obdarowanych wodą znajomych, by zrozumieć, czym jest dziś woda w Warszawie.

Niemcy rozrzucili nowe ulotki zapowiadające użycie gazów trujących w razie dalszego oporu stolicy. Ani generał Rómmel, ani komisarz Starzyński nie mają zamiaru odpowiadać na groźby. Jakoś Niemcom bardzo przeszkadza broniąca się Warszawa, jeśli za wszelką cenę pragną ją zdobyć możliwie prędko. Zobaczymy, co jutro przyniesie. Maski w pogotowiu.


25 września.

Dziś Warszawa przeżywa swój »dobry« dzień. Niemieckie baterie kropią znów na miasto i kilka eskadr obrzucało nas bombami, a odcinek Mokotowa jest silnie atakowany, ale gazów nie użyli. Warszawiacy chodzą dumni. Nie dali się zastraszyć Szwabom.

Ze sztabu przyszło dziś zestawienie strąconych płatowców niemieckich. Nad samą Warszawą zestrzelono ich 127 sztuk, a drugie tyle mocno uszkodzonych wróciło może lub nie mogło już powrócić do swoich baz lotniczych. Wśród tej setki strąconych przeważają ciężkie — bombowce. Gdy pomyśli się, że w całej Polsce zestrzeliły nasze eskadry myśliwskie oraz działa przeciwlotnicze ponad czterysta samolotów i że przy tym Niemcy stracili co najmniej tysiąc najlepszych swoich pilotów, których tak łatwo nie zastąpią nowoszkolonymi, to widać z tego, że za darmo Polski nie bombardowali. Najlepszy pułk szturmowy lotnictwa Goeringa, jakby gwardia lotnictwa niemieckiego i jego najpewniejsza kadra, mocno się nad Polską skrwawiła.

Piloci niemieccy wykazują dużo odwagi, ale w walkach z naszymi z pierwszych dni wojny wyszło na jaw gorsze ich przeszkolenie. Nie umieją tak akrobatyką manewrować w powietrzu, jak nasze asy. Pośpiesznie tworzone olbrzymie lotnictwo ma swoje słabe strony.

Dziś znów strącono nad miastem dwa duże niemieckie bombowce i to od ognia karabinów maszynowych. Można było sobie wyobrazić radość obsługi tych dwóch placówek czynnej obrony przeciwlotniczej. Nie na darmo wytrzymały tyle nalotów, by wreszcie taki widoczny sukces osiągnąć. Przynależności lotników nie stwierdzono. Spadli zwęgleni wraz z aparatami na ziemię.


26 września.

Dzisiejszej nocy udało się małe bojowe przedsięwzięcie. Oto dwie łódki z baonu akademików podpłynęły cicho poza front niemiecki, wyładowały obsadę, która napadła upatrzoną już poprzednio kompanię Reich-swehry w okolicy Wilanowa. Zaskoczenie było zupełne, zdobycz kilku cekaemów i jeńców bez strat z naszej strony nie jest bez znaczenia. Nasza młodzież akademicka wychowana już od dziecka w polskich szkołach wytrzymuje próbę wojny wcale dobrze. Gotowość do poświęceń na każdym kroku widoczna. Gdy szło o wyszukanie ochotników do przejścia linii niemieckich i nawiązanie łączności z oddziałami bijącymi się od strony Brześcia — zgłosiło się ich tylu, że aż serce rosło. A przecie misja była niebezpieczna. Ilu młodych podchorążych i podporuczników zasłużyło na Order Virtuti Militari po pułkach! Byle ich ciężkie psychiczne przejścia ostatnich tygodni nie załamały duchowo!

Wczorajsze popołudnie mieliśmy w sztabie urozmaicone. Oto właścicielka naszej kwatery złudzona spokojniejszym rankiem uznała moment za odpowiedni do powtórnej wyprawy na Pragę. Spowodowały ją służąca i kucharka pani mecenasowej, twierdząc że marznąć przy wybitych szybach dłużej nie mogą i muszą odzyskać swoje pierzyny i ciepłe ubranie ukryte w szafach mieszkania na Pradze. We trójkę pomaszerowały więc na most Kierbedzia i dostały się pod obstrzał działowy, który rozerwał dwóch żołnierzy, t idących tuż przed niemi.

Kobiety z płaczem i trzęsąc się ze strasznego przeżycia wpadły do dowództwa. Nie chcą otwierać szaf, nie chcą się pakować, chcą wracać na ulicę Wielką, ale przecie nie mogą, co one teraz poczną, przecie na most za żadne skarby nie pójdą !... Lamenty wypełniły nasz sztab. Pani mecenasowa pierwsza otrzęsła się z wrażenia, otarła oczy i zaczęła babami komenderować. Chlipiąc jeszcze przystąpiły do pakowania swych rzeczy, do wiązania jednego, drugiego, trzeciego tobołka, aż urosła taka góra, że unieść jej w żaden sposób nie mogły. A tymczasem rozgorzała strzelanina na dobre, na Mokotów szło równocześnie bardzo silne natarcie.

Ponieważ strzelanina nabierała coraz bardziej na mocy, pierzyny mogły na niej ucierpieć, więc załadowaliśmy nie bez emocji lamentującą kucharkę i służącą wraz z tobołami na saperskiego łazika jadącego po chleb, panią umieściliśmy przy kierowcy zapowiadając mu, by jechał »ostrożnie«. Udało się w całej pełni.

Ileż ludzi w Warszawie marznąć będzie tej nocy przy rozbitych szybach. Już coraz więcej słychać na ulicy ludzi kaszlących.

Dziś udało się znów dosłać dwie partie kozłów hiszpańskich na odcinki frontowe. Niezadługo już wszystkie będą miały po trzy druty przed sobą, z każdym dniem nasz front tężeje.


27 września.

Dzień z całego oblężenia najgorszy. Rano panowała cisza, ludzie biegli po żywność i wodę, załatwiali najpilniejsze zakupy. Ale cisza przedłużała się jakoś. Z frontu przychodziły zapytania, co to znaczy ? To samo pytanie stawiali na ulicach przechodnie? Czy to nie oznaka poddania?

Jadę do sztabu grupy. Tam mówią mi rzecz straszną: dziś podpisana będzie kapitulacja Warszawy.


28 września.

Snujemy się po kwaterach i ulicach jak zamroczeni tym, co się stało. Gdy w bliskiej rodzinie ktoś choruje ciężko, wiadomo również, że kryzys przyjdzie, że ratunku już nie ma. Ale pomimo to, gdy kochana głowa bezwładnie spadnie na podtrzymujące ją ręce — ma się wrażenie, że piorun strzelił w człowieka, że coś zawaliło z trzaskiem. Kto przeżył taką chwilę ten zrozumie...

I w nas trzasnął wczoraj podobny piorun. Na darmo każdy z oficerów sztabu wiedział, że chwila ciężkiej decyzji dla dowódcy obrony przyjść musi, ale łudził się, że grożące zło jeszcze się odsunie o kilka dni, o tydzień, że w tym czasie zajdzie coś zupełnie nieoczekiwanego, i że to »coś« od razu zmieni całą sytuację.

Przychodziły na myśl wspomnienia:

Nasz szwadron drugi legionowej kawalerii z roku 1914 leży w wiosce Cucyłów na terenie Małopolski Wschodniej. Wystrzelaliśmy już całą amunicję, jesteśmy na tyłach nieprzyjacielskiej brygady kozaków, która nas z kolei zewsząd otoczyła, pozornie wszystkie nadzieje stracone i nagle... nieprzyjaciel odchodzi. Jego front przez naszą piechotę zaatakowany !

A w roku 1915 leżę z plutonem przy moście na Prucie pod Mamajesti koło Czerniowiec w tylnej straży Brygady. Na straconym posterunku, bez możności odwrotu. Korpus kawalerii rosyjskiej szedł na nas, ale nie doszedł, skręcił na wschód.

A piąta armia w naszej bitwie warszawskiej roku 1920. Przecie walczyła na trzy fronty, a jednak wyszła zwycięsko !

I tak idą sznureczkiem te radosne wspomnienia odwróconych klęsk, niezałamań, idą, aż do dnia wczorajszego. I tu się ich ciąg nagle przerywa. Po dniach strasznych, ale i wzniosłych, po przetrzymaniu tylu ataków i nalotów mamy iść w niewolę?! Jak popatrzeć w oczy żołnierzowi, któremu codziennie mówiło się o konieczności przetrwania? A teraz daje mu się rozkaz: odłóż broń!

Na wiadomość o kapitulacji pojechałem natychmiast do sztabu generała Rómmla. Z jakim gorzkim spokojem, wśród ciszy zupełnej jechało się już przez mosty i ulice miasta. Jakże ta cisza wstydem i żalem paliła! O ile weselej, lżej było na sercu wówczas, gdy dodawało się gazu z niepewnością, czy jakiś granat nie trafi!

Dostałem się do generała. Zapewne nie byłem pierwszy, który dziś się u niego meldował. Służyłem pod jego rozkazami w różnych okresach wojny i służby pokojowej. To też mogłem śmiało mówić: »Czy to rzeczywiście prawda ?«

Generał odpowiedział spokojnie: »Rozumiem i szanuję pańskie żołnierskie uczucia, które mnie osobiście utrudniają już i tak straszliwie ciężkie zadanie. Była wczoraj u mnie delegacja miasta. Ludność cierpi za wiele. Nie można przeciągać struny i tak napiętej ponad wszelki podziw. Miałem powód inny. Dla dział pozostał tylko jeden dzień ognia. Najbliższy atak wyczerpałby te ilości. Ani bronić się, ani nawet przerwać się nie możną, nie mając czym otwierać sobie drogi do przejścia. A zresztą dokąd się przerywać ?«

Generał zamilkł. Los Warszawy był przesądzony, ale nie los każdego z nas żołnierzy. Odmeldowałem się u dowódcy, o którym kiedyś historia musi napisać, że bronił stolicy do ostatniego ładunku.

Nie można było tracić czasu. Trzeba na gwałt rozpocząć przygotowania do przebicia się przez pierścień wojsk niemieckich, otaczających Warszawę.

Gdym wracał ze Sztabu, ulice Warszawy były już zapełnione ludnością. Dziesiątki tysięcy mieszkańców wyszło ze schronów, z piwnic, z pod gruzów i z domów jeszcze całych, by odszukać swe rodziny, znajomych. swe warsztaty pracy. I tłum falował w różne strony. Nie było słychać rozmów. Jeden z drugim przystawał przed odezwą generała Rómmla lub prezydenta Starzyńskiego, obwieszczającą o poddaniu miasta. Po wymęczonych głodem i nędzą twarzach kobiet spływały łzy żalu. Jakże drogie Ojczyźnie takie łzy Polek, niepomnych cierpień własnych, gdy zaczyna się jeszcze cięższe cierpienie poddającego się w niewolę miasta!

»Gdziekolwiek nas los rzuci, będziemy myśleli o tym, jak odzyskać niepodległość. Niech żyje Polska!« — głosiły ostatnie wiersze odezwy. W milczeniu czytali ludzie te słowa, a potem przyśpieszali kroku, by na piątej, dziesiątej ulicy ujrzeć dom, gdzie mieszkali krewni, gdzie były ich sklepy, pracownie, biura, szkoły. Dobrze, gdy dom stał jeszcze, gorzej, gdy świecił wypalonym wnętrzem, lub przedstawiał ruinę. Trzeba szukać dalej, pytać się, trafić na ślad, dokąd wywę-drowali mieszkańcy, kto i gdzie ich przygarnął. Więc nerwowym krokiem szli dalej, gnani niepewnością, ale i nadzieją, że znajdą jeszcze swych drogich.

Gdzieś na rogu niespodziewane spotkanie, wymiana opowiadań o przeżytych dniach, setki pytań, szept odpowiedzi i dalszy marsz według uzyskanych wskazówek i objaśnień.

Kto znał historię, ten nie mógł wczoraj zapomnieć o jednym fakcie, że po obronie Paryża w r. 1870 z nędzy i głodu wynikła — komuna. A czymże było zniszczenie Warszawy, wobec ówczesnego — innymi środkami, jakże łagodnymi — prowadzonego oblężenia stolicy Francji? Mógłby ktoś przypuścić, że lud warszawski będzie tego dnia szemrał.

Nic podobnego nie zaszło !

Warszawa w dniu kapitulacji zachowała się równie godnie, jak w przebytych bitwach. Była w pełni stolicą, która uratowała honor Narodu.

Wychodzą rozkazy kapitulacyjne, które czytamy, jak zarządzenia pogrzebowe. Chorągwie i sztandary będą spalone w oddziałach uroczyście. Wszystkie formy kapitulacji honorowej przyznane zostały garnizonowi Warszawy. Oficerowie zachowują broń boczną, nie będą nikomu szabel oddawać, podoficerowie i szeregowcy ulegają zwolnieniu z wojska i mają prawo udać się do swych domów. Broń składana będzie w magazynach zostających pod dozorem polskich oficerów, aż do czasu gdy przyjdzie ją wydać władzom okupacyjnym. Żołnierz nie odczuje upokorzenia bezpośredniego odbierania mu broni. Ludność cywilna otrzyma środki żywności, ranni pozostaną pod opieką umów międzynarodowych Czerwonego Krzyża. Przychodzą zarządzenia techniczne wykonania demobilizacji żołnierzy, wydaje się zaświadczenia o wiernie odbytej służbie. Wyszła lista raczej symboliczna przyznanych odznaczeń bojowych, porządkuje się drogi, by umożliwić przejazd ulicami.

Polecone czynności spełniamy mechanicznie. Bo wewnątrz kotłują się myśli.

Byliśmy przednią strażą Europy o chrześcijańskiej kulturze. Zwaliła się na nas trzykrotna przewaga piechoty, dziesięciokrotnie silniejsze dywizje lotnicze i pancerne niemieckie. Uderzyła na nas od tyłu jeszcze druga potęga — Rosja Sowiecka. Polska straż przednia Europy w walce tej uległa — skoro ostatnia jej w terenie umocniona reduta — Warszawa musi się dziś poddać. Czyż za tą strażą przednią staną siły główne do walki o sprawiedliwość i wolność narodów ? 

Ufajmy, że tak będzie. A więc trzeba tam iść, by dalej walczyć, choć droga jest daleka, a kraj zalany dwoma wrogimi wojskami.

Spokój wraca do serca. Wykańcza się przygotowania do oddania wrogom stolicy, ale równocześnie już obmyśla się plany dalszej wojny, może nie na polskiej ale chwilowo na obcej ziemi. Tego jest każdy z nas — obrońców Warszawy pewien, że po zakończeniu jednej walki rozpocznie się zaraz inna nie mniej zaciekła, i tak podawać sobie będą z rąk do rąk tradycje walki o niepodległość wszyscy Polacy, póki nie odzyskamy potężnej, wielkiej Ojczyzny, "która nie zginęła!”


 

wersję sieciową opracował
Roman Antoszewski

Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
kwiecień 2005

Strona domowa

adres: IHUG

  Site Meter