7 - 12 września 1939

 

 

.
 

7 września.

W siódmym dniu wojny polsko-niemieckiej dojechaliśmy od zachodu do Warszawy. Okres walk pogranicznych w okolicy mego wojennego garnizonu Kalisza był już zakończony. Dywizja tamtejsza odparła wszystkie natarcia niemieckie, zadała swemu przeciwnikowi poważne straty i z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku, ale nie bez żalu opuszczała na rozkaz swoje obetonowane pozycje, zagrożona głębokim obejściem zmotoryzowanych korpusów. A potem przyszły ciężkie dnie odwrotu wśród ciągłych nalotów lotniczych i trzaskających bomb niemieckich. Za nami zostawały spalone miasta: piękny historyczny Łowicz, niewielki i tak nikomu nieszkodliwy Piątek, ledwo odbudowany z gruzów po wojnie światowej Sochaczew i zgliszcza kilkudziesięciu wsi położonych po obu stronach drogi z Łęczycy na Warszawę. Jeszcze brzmią w uszach przekleństwa rzucane na Niemców przez tysiące uchodźców pozbawionych dachu nad głową, jeszcze w oczach pozostał obraz pokaleczonych straszliwie zwłok leżących wśród płonących domów.

Przejazd dla szofera był przykry, bo droga zapchana kolumnami taborów wojskowych i wozami uchodźców z pod Poznania, Torunia, Inowrocławia i Kalisza. Obraz tak znany z roku 1914 i dalszych, gdy to zarówno na ziemiach polskich jak i francuskich tysiące 5 ludzi wygnanych wojną ze swych siedzib szło na oślep przed siebie, byle wyjść z pod ognia dział i karabinów. W dzisiejszej kampanii los ich jest gorszy. Opuszczając palące się miasta i wsie trafiają oni pod dalsze naloty bombowców i giną na drogach nierozpoznani przez nikogo.

Podróż odbywać nam przyszło jak wszystkim ze zgaszonymi światłami, to też o mało co nie wpadliśmy kilka razy w leje wyrwane na szosie. Pełnia księżycowa nas ratowała. Ta od tygodnia trwająca pogoda stała się nieszczęściem dla Polski.

Przy dojeździe do miasta szofer był już tak przemęczony, że dopiero w ostatniej chwili zahamował gwałtownie przed wyrosłą nagle przeszkodą na środku ulicy i cudem uniknął z nią zderzenia. Była to jedna z tych setek barykad, jakie ludność Warszawy zbudowała w ciągu dwóch ostatnich dni. Składały się na nie przewrócone wozy tramwajowe, wyrwane płyty chodników, deski i sztaby żelazne z ogrodzeń. Nie wszystkie miały wartość przeciwczołgową, saperzy będą musieli je przerobić, ale widok tych barykad świadczy o jednym: mocnej woli całej ludności niedopuszczenia Niemców do stolicy. Warszawa chce i będzie się bronić !

By nie szukać po nocy kwatery, zajechaliśmy do pierwszego z brzegu bloku domów robotniczych, otworzono nam świetlicę, przespaliśmy się dwie godziny na ławach.


8 września.

Nad ranem zbudził nas gwar rozmów. To jakieś panie wprowadziły kilkadziesiąt chłopców i dziewczynek na śniadanie do izby. Pogubione przez rodziców w czasie nalotów dzieci, pozbierane po drogach. Nie wiadomo czy nie są już sierotami. Przed śniadaniem modlą się chórem o zwycięstwo dla Polski. 

Przygotowanie do obrony stolicy postępuje. Setki i tysiące mieszkańców bez względu na wiek i stan zgłosiło się od rana do kopania rowów przeciwczołgowych. Adwokat w meloniku obok eleganckiej damy, robotnik obok akademika. Oto bezpośredni skutek tych kilku zuchwałych wtargnięć niemieckich samochodów pancernych na przedmieścia Warszawy od Mokotowa, które miały ludność zastraszyć.

Historia jednego z tych wypadów godna zanotowania. Oto trzy czołgi licząc na moment zaskoczenia wtoczyły się na ulicę Warszawy i pierwszy z nich dojechał aż pod Plac Unii Lubelskiej. Zdarzyło się, że wśród publiczności rozbiegającej się na wszystkie strony i chroniącej się do bram domów znalazł się wysłużony podoficer broni pancernej, z zawodu szofer, który szedł właśnie z bańką benzyny do garażu. Widząc posuwający się samochód niemiecki przyczaił się w myśl regulaminu gdzieś z boku, a gdy go czołg minął chlusnął benzyną i podpalił zapałką ślad wozu. Ogień wybuchającej benzyny przebiegł po asfalcie i objął cały wóz. Załoga wyskoczyła. Teraz publiczność rzuciła się na żołnierzy niemieckich i byłaby ich rozerwała na strzępy, gdyby nadbiegły posterunek żandarmerii wojskowej nie był ich uratował. Dwa inne czołgi wycofały się już na widok ognia z miasta.

Spalony czołg pozostał na placu jako bezduszna i już nikomu niegroźna masa żelaza. Gdy tylko ochłódł z żaru przetoczono go w triumfie na barykadę wzmacniając jej wytrzymałość. Długo jeszcze tłum ciekawych oglądał pierwszą zdobycz póki kilka granatów lekkiej artylerii nie padło na miasto. Ludzie rozeszli się, ale te strzały na nikogo wrażenia już nie robiły. Wszak ilość nalotów w ciągu tygodnia wojny obliczył mój dwunastoletni bratanek na trzydzieści siedem. Tyleż razy odzywały się w mieście syreny, głośniki radiowe ustawione po placach zapowiadały pospiesznie stan alarmowy i tyleż razy wędrować przychodziło całym rodzinom do schronów piwnicznych.

Służbę w Komendzie Miasta już rozpocząłem. Chaos tam jeszcze panuje: niełatwo przygotować milionowe miasto do obrony. Zgłasza się tam po przydziały setki ludzi, z którymi nie bardzo wiadomo co robić. Porucznik rezerwy J., twórca pięknych fresków i witraży w kościołach melduje się po starej znajomości u mnie. Ten znajdzie: utworzy komisję dla ochrony dzieł sztuki. Zaraz dziś zbierze znajomych artystów, by ratować zabytki. Kto przypuszczał, że w ósmym dniu wojny już będą narażone na obstrzał działowy.

Na obiad zaszedłem na chwilę do Hotelu Europejskiego. Karta dań wygląda normalnie. Sala pełna publiczności. Po tygodniu frontowych walk na granicy i wrażeniach ostatnich dni obiad ten tworzy dziwny kontrast. Jeszcze resztka spokojnego życia podczas wojny.

Ledwo wróciliśmy do sztabu, odezwały się syreny i za chwilę karabiny maszynowe ustawione na wieżyczce Bristolu i na dachu Hotelu Europejskiego rozpoczęły trajkot. Artyleria z Ogrodu Saskiego wzięła również pod ogień niemieckie płatowce. Jeden z nich opadł na Marszałkowskiej. Pilot i obserwator zabici. Przyniesiono ich książeczki wojskowe do Komendy. Nazwisko pilota o brzmieniu polskim — Albert Jedynak, słuchacz teologii katolickiej z Wrocławia, lat 21. Jakaś tragedia bije z tych urzędowych danych. Przecie ,to Górnoślązak, a więc z krwi Polak z tej części Górnego Śląska, która pozostała przy Niemczech, wychowany od dziecka w duchu hitlerowskim, który pomimo to chciał życie poświęcić w służbie miłości Boga i ludzi, a nie w służbie przemocy. Był dzielny, skończył kurs lotniczy, zginął nad Warszawą bombardowaną przez jego eskadrę. Przemoc zła wciągnęła w dzieło zniszczenia i tego ucznia zakonu miłości.


9 września.

Dziś Praga z drugiej strony Wisły miała swój ciężki dzień. Niemcy zachodzą od Prus Wschodnich i zamierzają widać zdobyć Warszawę od wschodu. Przez cztery godziny trwał nalot. Z okien naszej komendy widać płonący Targówek, Stare Bródno, a jak mówią część pięknej dzielnicy willowej na Saskiej Kępie również uległa zniszczeniu. Mosty na Wiśle szczególnie były mocno obrzucane bombami, ale bez skutku, ruch na nich jeszcze dotąd możliwy, lecz uchodźcy boją się już je przekraczać i pozostają w mieście. Całe kolumny taborów rozkwaterowały się po parkach. Błąkające się od ustrzelonych wozów konie szczypią trawę. Kilka z nich rannych. Trzeba by prędko je dobić.

Zgłosiła się do Komendy Miasta znana pianistka panna M. L. Wczoraj dała ogłoszenie do radia o pomoc w organizowaniu szpitala w gmachu uniwersyteckim, dziś zwieziono jej lub przyniesiono na plecach tyle łóżek, kołder, bielizny, sprzętu, że w dziesięć godzin szpital był urządzony. Współpraca całej ludności budzi po prostu podziw.

W godzinach popołudniowych wyrwałem się na chwilę do żony i dzieci, które przygarnęły znajome panie. Właśnie przyszedł nowy nalot. Nasza dwunastoletnia córeczka nie zdążyła nałożyć płaszcza, więc niosąc go w ręku wybiegła z pokoju do sieni, by zbiec do schronu. Bomba trzasła obok za oknem i odłamek przebijając szybę rozerwał jej futerko. Ona wyszła cało, bardzo dumna z tego, że została już bezpośrednio ostrzelana. A myśmy z żoną tylko popatrzeli sobie chwilę w oczy.

Zaczęto wołać, że dom sąsiedni pali się. Wyszedłem na ulicę, by sprawdzić. Jakaś dama rzuciła się ku mnie:
»Pułkowniku ratuj, mieszkanie w płomieniach, pan pójdzie ze mną, pan mnie nie opuści, pan mnie ochroni, pan mnie przygarnie«. Wzięła mnie pod rękę, przytuliła się, zaczęła śmiać się, potem poszła prosto przed siebie. Wiadomo, uraz nerwowy. Znamy go z frontu. W miarę trwania wojny, zdarzać się będzie już rzadziej.

Rodzinę muszę gdzieś przewieźć, do domu nowszej konstrukcji i o lepszych piwnicach niż ten osiemnastowieczny budynek. Sam zgłaszam się o przydział na Pragę.


10 września.

Obejmuję funkcje w dowództwie obrony Pragi. Po wczorajszej kanonadzie nerwy nie tylko ludności, ale i oficerów i to dekorowanych za odwagę w dawniejszych wojnach, mocno wstrząśnięte. Szkoła, w której mieścił się wczoraj sztab, rozwaliła się w gruzy. Najgorszy był jednak pożar szpitala Przemienienia Pańskiego naprzeciw kościoła św. Floriana. Kilkuset rannych już w nim leżało. Gdy się zapalił od bomb, powstał popłoch. Żołnierz z amputowanymi świeżo nogami próbował na łokciach wyczołgać się z ognia, inni skakali z okien wyższych pięter na bruk, dużo lekarzy i sióstr zginęło ratując chorych, gdy największa sala zawaliła się nagle. Kto widział pożar szpitala, ten Niemcom tego nigdy nie zapomni.

A dziś znowu bomby rozbiły szpital Chirurgii Urazowej w Warszawie. Stał z dala od koszar i obiektów wojskowych, zbudowany był przed dwoma laty specjalnie w celu szkolenia lekarzy dla ran urazowych, a więc powstałych w katastrofach ulicznych i kolejowych, w wypadkach przy pracy itp. Wszyscy lekarze wojskowi musieli przechodzić w nim praktykę, by doszkolić się do wymagań służby wojennej. Urządzenia miał świetne. Znali go piloci niemieccy z Lufthansy **), którzy utrzymywali komunikację pasażerską między Berlinem a Warszawą. I ten szpital został też rozbity. Skoro i pociągi Czerwonego Krzyża wywożące rannych z Warszawy do Brześcia zostały już dwukrotnie w drodze zbombardowane, to system »totalnej niemieckiej wojny« wychodzi na jaw z całą jasnością. Żołnierz polski musi wiedzieć, że gdy będzie ranny, to wówczas opieki nie dozna i grozi mu spalenie żywcem, lub śmierć w czasie przewozu. Niech odwaga jego na tym ucierpi. Ale Niemcy mylą się. Bo zaciętość i nienawiść do wroga tylko wzrasta.

Oto znów obraz widziany oczyma kpt. W. Z., który dziś przybył z Brześcia. Na całej trasie Brześć-Warszawa spalone lub zburzone miasta i sioła, na. drogach wałęsają się bezpańskie ranne konie uchodźców. A oni kierując się na wschód przed pożogą narzuconej nam wojny ścielą swym ciałem drogi i rowy przydrożne. Przecież młody lotnik niemiecki tak chętnie lubi strzelać do bezbronnego tłumu i zwierząt, ucząc się praktycznie lotu koszącego.

Tuż za Mińskiem Mazowieckim leży w rowie przydrożnym trup młodej matki z niemowlęciem przy boku, a niedaleko od niej jej inwentarz: krowa z przewieszonym przez szyję długim łańcuchem, jedyna może żywicielka całej rodziny, którą uchodząc przed wrogiem prowadziła za sobą. Jeszcze dalej w polu leżą zwłoki jakiegoś wieśniaka z 15-letnim wyrostkiem i kilkanaście gęsi — ofiary nalotów niemieckich na tym terenie.

Koło Międzyrzecza znów pojedynczy samochód staje się celem ataku; rzucona bomba termiczna trafia akurat w pudło będącego w ruchu samochodu, który w jednej sekundzie został objęty ogniem. Siłą rozpędu wóz toczy się jeszcze parę metrów po to, by już razem ze zwęglonymi zwłokami dwóch młodych lotników wywrócić się do góry kołami do przydrożnego rowu.

Nawet położony za Międzyrzeczem cichy zakątek Pratuliński, który w pamiętnych latach naszych powstań narodowych oparł się zawierusze moskiewskiej i najstraszliwszym w dziejach prześladowaniom religijnym na Podlasiu, tym razem się ostać nie mógł. Oto trzy bombowce lecące z kierunku Białej Podlaskiej, tak zaciekle przez Niemców bombardowanej, zniżyły się na wysokość lotu koszącego t. j. 8—10 metrów i hulając bezkarnie siały pożogę krwi i zniszczenia. Wracały znów po paru minutach, by oglądać swe dzieło niszczycielskie i siec kulami tych, co by ośmielili się ratować płonące mienie ludności. Tu ludność unicka z rozpaczą w oczach i goryczą w sercu wołając o pomstę do Boga na wezwanie zarządcy folwarku p. J. G. uparcie broniła dobytku swych bliźnich, mimo że Niemiec siekł nadal seriami kuł ze swego samolotu.

Tak więc w praktyce wyglądał rozkaz wydany do lotnictwa niemieckiego o oszczędzaniu w tej wojnie miast i osiedli otwartych.

Sztab zakwaterował się na małej niepozornej uliczce bocznej, w mieszkaniu prywatnym pierwszego piętra, opuszczonym przez właścicieli. Trochę przykro kulturalnemu człowiekowi być takim intruzem. Po obrazach, meblach, książkach znać wartość duchową państwa domu. Ale szyb w oknach już nie ma, drzwi od podmuchu były wyrwane. I tak groził rabunek.

Kłopot był dziś z jedzeniem, bo żadnej kuchni żołnierskiej nie ma w pobliżu, a sklepy i restauracje po wczorajszym piekielnym dniu już zamknięte.

Po południu będąc krótko w mieście przeniosłem rodzinę, umieściłem ją w okolicy ulicy Wiejskiej. Śmieszne jest poczucie odpowiedzialności za wybór domu. Trafi w niego bomba, czy nie trafi ?! Trzeba to Bogu polecić.

Wieczorem dowódca grupy pułkownik J. wyznaczył odprawę. Pochyłem nad mapami szczegółowymi miasta, które jako odbitki tak niedawno jeszcze sprzedawane były turystom na ulicach miasta — wyznaczamy szczegółowy zarys pozycji obronnych, podział sił, linie rozgraniczenia. Batalionów tak mało, że trzeba przyczółek obejmujący dostęp do wszystkich czterech mostów jak najciaśniej ustalić. Będzie to słuszne dla obrony, ale ciężkie dla miasta, bo artyleria nieprzyjacielska zdoła bliżej zająć stanowiska i pewniej ostrzeliwać stolicę.

Włączymy tory kolejowe koło stacji Praga, potem Targówek, a właściwie już tylko gruzy pozostałe po spaleniu tej dzielnicy przez nalot sobotni, Utratę, Kamionek z częścią Grochowa, Saską Kępę. Kreska węglem wyrysowana na mapie jest cienka i niepozorna. Ale jej skutki są doniosłe. To co pozostanie na północ, wschód i południe od tego węglowego zarysu będzie opanowane przez Niemców, a więc stanie się celem naszych polskich armat. Los setek istnień, rodzin, zakładów, domów rozstrzyga się na tej krótkiej odprawie. Gdyby stali przy nas mieszkańcy wyłączonych osiedli błagaliby napewno: »Przesuńcie front jeszcze o jedną ulicę, o dwieście metrów! Ocalicie mnie i moją własność !«

W tej godzinie odprawy trzeba o nich zapomnieć, z myśli powyganiać wszystko nieistotne, a mieć tylko na względzie zasady taktyki. Front pójdzie linią łamaną, by ułatwić krzyżowanie ogni. Wysunięte kąty przykre zapewne będą do utrzymania, powodując dużo strat. Znamy z własnego doświadczenia dawniejszych wojen uczucie, z jakim dowódca kompanii czy spieszonego szwadronu prowadzi swój oddział dla objęcia położonej wprzód przed frontem reduty. Trochę mu swych ludzi żal, bo wie, że wrócą nie wszyscy, a trochę jest dumny, że jemu w udziale przypadło tak ciężkie zadanie.

Linie już zgrubsza wytyczone i teraz pada z ust jednego z dowódców pytanie: »A gdzie kierunki odwrotu ? Jak będą podzielone mosty dla wycofania poszczególnych oddziałów ?«

Dowódca popatrzył ostro: »Kierunków odwrotu nie ma, bo odwrotu nie będzie. Ewakuacja już się skończyła dla nas u bram Warszawy. Zarządzam obronę stałą. Żaden oddział nie śmie się wycofać. Niech na rozkaz opuszczenia pozycji nikt nie czeka, bo go nie dostanie. Zrozumieliście panowie ?!«

Oficerowie stanęli na baczność. Odprawa była skończona.

..............
**)
Jak autor dowiedział się niedawno przypuszczenia jego nie były mylne. Dwunastu pilotów z Lufthansy zginęło w i walkach nad Warszawą.


11 września.

Wczoraj gdy tylko zapadły ciemności powtórzyła się na ulicach Pragi strzelanina, o której opowiadano mi już w sztabie jako o codziennym zjawisku. To dywersanci niemieccy, których pełno jest wśród tutejszej ludności próbują szerzyć popłoch i przyczyniać nam straty. Gdy kapitan D. z konnej artylerii wychodził z dowództwa i zbliżał się do swego samochodu padł nagle strzał, który zabił go na miejscu. Otaczający go oficerowie schwycili mordercę — będzie postawiony przed sąd doraźny. Z okna bocznej ściany kamienicy padają od kilku dni strzały na przechodzących oficerów. Zarządzono już obławę żandarmerii i policji, która położy kres tej podziemnej dywersji. Dowodzi ona jednak, jak świetnie Niemcy tutejsi są zorganizowani i zaopatrzeni w broń.

Po wczorajszej odprawie objeżdżamy dziś poszczególne odcinki. Trzeba w terenie sprawdzić powzięte decyzje, zanim ubierze się je w formę ostatecznego rozkazu dla »0brony Pragi«. Na każdym z nich wyznaczony już wczoraj dowódca towarzyszy nam. Samochód zostanie przy barykadzie, pieszo już idziemy na tory i między poszczególne domy, by omówić podział ognia, zarys przedniego skraju pozycji, a w nim okopy i miejsca dla przeszkód drutowych. Trzeba tu i tam przypaść do ziemi, by patrzeć nie jak dowódca, ale jak wykonawca zadania. Trzeba oczami żołnierza, wkopanego w ziemię, który leżeć tu będzie niezadługo pod ogniem, ocenić co widzi, a co przed jego wzrokiem ukryte, skąd może dostać obstrzał, którędy przewidywać natarcie nieprzyjaciela w dzień i w nocy, gdzie staną jego obserwatorzy, dokąd skieruje on swoje wysunięte elementy czuwania i większe placówki. Rozgrywać trzeba partie szachów obustronnie, dziś jeszcze na zimno, pod osłoną daleko wysuniętych oddziałów czat, bez boju, co najwyżej pod obstrzałem właśnie nadlatującego lotnika rozpoznawczego, ale wciąż z myślą o tym, że nie wygodnym samochodem podjeżdżać się tu będzie od jutra, czy od pojutrza. Czołganiem po ziemi na łokciach będą tędy dążyć żołnierze donoszący amunicję i żywność walczącym, póki rowy dobiegowe idące zygzakiem nie ułatwią im tego zadania.

Kilku dowódców rozpoczęło już ziemne roboty. Niektóre celowe, inne zdradzające całą nieznajomość wojny młodego oficera rezerwy. Oto podchorąży, od wczoraj dowódca armatki przeciwczołgowej, dumny ze swego zadania, umieścił ją na torze, a dla zamaskowania od wglądu lotnika, obsadził ją dookoła laskiem brzózek wyciętych na cmentarzu Pragi. Kochany nasz chłopaku! Czy Tobie się zdaje, że lotnik sunący nad wstęgą toru zobaczywszy na szynach kolejowych wyrosły lasek brzozowy nie odgadnie Twego naiwnego podstępu? Zawróci on zaraz półkolem, przyszykuje bombę i ciśnie ją właśnie na Twoją pracowicie osłoniętą armatkę., albo maszynówką spikuje wprost na ciebie z góry ! Ale jakże tu się dziwić ? Przecie mamy dopiero dziesięć dni wojny za sobą, a podchorąży o naszych dawnych krwią opłaconych doświadczeniach bojowych z przed dwudziestu laty wiedział tylko z książek. Tydzień walk szybko i lepiej każdego z nich doszkoli, niż całoroczna służba przebyta w pokoju.

I tak idąc od punktu do punktu omawiać przychodzi najdrobniejsze szczegóły. Zastajemy kompanię rezerwy leżącą na wale kolejowym świecącym się jeszcze od zimnej rosy wrześniowej.

»Co tu porabia kompania ?« pyta pułkownik —  »Leży w pogotowiu ogniowym od wczorajszego wieczora, gdyż na przedzie słychać było mocną strzelaninę i zarządzone zostało ostre pogotowie« melduje posłusznie młody dowódca, w życiu cywilnym obiecujący urzędnik skarbowy.

»Bój się Boga panie poruczniku ! Trzymać ludzi całą noc na zimnie, gdy setki domów dokoła ?! Przecie wyskoczyć na wał z tamtej kamienicy — zajmie wam dwie minuty ! Rozgrzać ludzi, dać kawy gorącej, iść spać, bo mogą być naprawdę potrzebni!

Daje się odczuwać zbyt duże znaczenie przypisywane niemieckim czołgom, a zbyt małe artylerii. To zrozumiałe u oficera i szeregowca, który w otwartym polu od dziesięciu dni był ciągle okrążany przez objazdy zmotoryzowanych jednostek. Trzeba mu teraz wytłumaczyć, że czołg na barykady w ciasnych ulicach nie pójdzie, ale że czeka go huraganowy ogień z ziemi i z powietrza. Trzeba go przy tym odrutować przed natarciem piechoty niemieckiej choć, jak to stwierdziliśmy już pod Kaliszem i Krotoszynem w walkach osłonowych, kiepsko wyszkolonej. Zrobią to nasi saperzy. Już dziś przekuwają oni w ścianach domów strzelnice dla karabinów maszynowych. Miło jest patrzeć jak z Warszawy robi się powoli Saragossa. Nasi dziadowie pod Napoleonem z nadwiślańskich pułków piechoty odczuli na sobie, co znaczy zacięty upór dużego miasta; musimy ich doświadczenia użyć teraz przeciw Niemcom.

W czasie objazdu odcinka nadleciały dwa niemieckie płatowce. Bateria przeciwlotnicza stojąca w pobliżu nas otwarła ogień i po chwili jeden z bombowców dymem się zaznaczył, a potem runął już w płomieniach na ziemię. Trzeba było widzieć radość naszych chłopców! Ale go dostali! Nie będzie nam już domów rozwalał! Sukinsyn!

Referat aprowizacji miasta miałby z tym lotnikiem specjalne porachunki. Jak się dowiedziałem po powrocie do sztabu, bomby dziś rzucone zatopiły nam dwie barki pełne ryżu stojące w porcie wiślanym. Byłoby czym przekarmić przez tydzień cały pułk piechoty. A z żywnością krucho. Mówił mi wczoraj rtm. St., że zapasy żywności dla miasta obliczają w Ratuszu na 14 dni, straty od ognia nie są w rachunku uwzględnione. To słuszne, że porcja żołnierska i przydział dla ludności cywilnej zostały od razu zrównane. Starczy chleba dla jednych, wystarczy dla drugich. Jeśli zabraknie, to równocześnie dla wszystkich. Ale przecie do tego nie dojdzie. Dwie nasze armie biją się jeszcze na przedpolu Warszawy, dywizje rezerwowe tworzą się na całym terenie wschodnim aż do granicy sowieckiej. Mówią coś o planach angielskich opanowania Bałtyku. Odsiecz przyjść musi. A jeśli nawet nie przyjdzie, to przykład Warszawy zachęci inne miasta do uporczywej obrony i utrudni Niemcom kampanię.

Dziś opowiadano mi w sztabie dziwną historię. Już w. dniu 8 września patrole niemieckie zajęły lotnisko na Okęciu wraz ze zbudowanym przy nim osiedlem mieszkaniowym. Formacje wojskowe, rodziny oficerów i podoficerów opuściły koszary i bloki mieszkaniowe, by przenieść się w głąb Warszawy. Jak się okazało, nie wszyscy to uczynili. Bo niebawem w centrali wojskowej zadźwięczał z Okęcia telefon. Odezwał się głos kobiecy. Oto jedna z żon oficerskich zgłosiła gotowość pozostania na lotnisku i podała od razu szczegóły o ilości nadjeżdżających czołgów niemieckich.

Oddział nieprzyjacielski widząc opuszczone budynki nie zadał sobie trudu przejrzenia wszystkich mieszkań i przez kilka dalszych dni, co rano i wieczór odzywał się telefon w sztabie i głos kobiecy podawał nowe spostrzeżenia, czynione z okna wysokiego piętra o ruchach wojsk na tyłach niemieckiego frontu.

Pewnego dnia telefonu z Okęcia zabrakło. Może bomba lotnicza tworząc lej uszkodziła dom, może granat przelatujący na miasto z dalekich stanowisk artylerii rozbił górne piętro budynku, może skończyły się zapasy żywności i trzeba było dom opuścić bez możności powrotu, a może kontrola mieszkania wykazała, że nie było puste i głos żony oficera zamilkł już na zawsze... Historia wojny to kiedyś wyjaśni. Niech na razie ta bezimienna postać bohaterskiej Polki zajmie należne jej miejsce w pamięci narodu.


12 września.

Nocny atak niemiecki sprawił nam cokolwiek niepokoju. Trafił na odcinek jeszcze źle umocniony, obsadzony przez batalion marszowy jednego z pułków, w którym ani oficerowie nie zdążyli poznać jeszcze swych żołnierzy, ani ci ostatni nie mieli możności nabrać zaufania do dowódców. To też gdy na tym froncie właśnie rozpoczęła się około północy haratanina ogniowa nie byliśmy w sztabie pewni, czy odcinek wytrzyma.

Meldunki telefoniczne brzmiały nerwowo, że atakują duże siły wsparte mocno artylerią, że brak jest rakiet, że batalion prosi o wsparcie odwodami. Zdążyło się tylko przyobiecać dowódcy pomoc kilku baterii, gdy druty telefoniczne zostały przerwane i meldunki przestały dochodzić. Wysłani oficerowie łącznikowi jakoś nie wracali.

A tymczasem bulgotanie ogniowe było coraz silniejsze, chwilami, gdy wiatr powiał, zdawało się, że ogień przybliża się do centrum Pragi. Odgłos strzałów w mieście budzi w ulicach tysięczne echo, podobnie jak w górach lub w lasach, to też gwar bitwy nocnej robi znacznie większe wrażenie niż w szczerym polu. Z bocznej ulicy wypadł galopem jeden, drugi wóz taborowy, kierując się przez mosty za Wisłę. I znów tętent po bruku może łatwo spowodować panikę. To też z bram domów wychylały się już postacie mieszkańców gotowych, pomimo zakazu chodzenia po mieście w nocy, do ucieczki z Pragi. I my w sztabie ubraliśmy się w płaszcze, maski przewiesili przez ramię, by być gotowym na każdą ewentualność. Fantazja już pracowała. Nasza piechota cofnie się, Niemcy podążą wprost za nią, może puszczą w ulicę swoje czołgi, a przynajmniej samochody pancerne. Przejazd tych 3—4 kilometrów od frontu długo nie potrwa. Odwodów na razie nie mamy poza różnymi kompaniami sztabowymi, taborami, kolumnami amunicyjnymi, które nie tworzą właśnie żadnej siły, tym bardziej w nocnej walce ulicznej. Trzeba więc być przygotowanym na to, że będziemy wciągnięci bezpośrednio w walkę. Skoro ani o wycofaniu, ani o przebijaniu się mowy nie ma, więc trzeba opatrzyć sobie pistolet, upewnić się czy zapasowe magazynki są pełne i spokojnie czekać dalszego przebiegu walki.

Okazało się, że nasze baterie wkrótce ją rozstrzygnęły. Dobrze zorganizowany i ześrodkowany ogień kilku baterii sprawił Niemcom takie lanie, że przerwali natarcie i z ogromnymi stratami wycofali się na poprzednie pozycje. Rano setki trupów na przedpolu znaczyły drogę ich nieudanego wysiłku.

Odparcie ataku ma doniosłe znaczenie moralne dla młodego żołnierza. Poczuł swą wyższość nad przeciwnikiem, widział naocznie poniesione przez niego krwawe straty, stwierdził słabą wytrzymałość na ogień piechoty niemieckiej i brak zaciętości w posuwaniu się jej naprzód. Jeszcze kilka takich prób ogniowych, a o moralny stan oddziałów możemy być spokojni.

Sprawa naszego wyżywienia załatwiona pomyślnie. Oto dwie panienki z sąsiednich domów dowiedziały się przez niedyskrecję żołnierzy gońców, że sztab głoduje z braku kuchni i zgłosiły chęć urządzenia kasyna dla naszych oficerów. Panna Władzia jest blondynką, panna Janka brunetką. Studiowały na uniwersytecie, a że wykładów pewno nie będzie tak prędko, więc czasu wolnego dość mają na gotowanie. Byle było co włożyć do garnków. Postara się o to i pan kapitan i starszy szeregowiec, sam rodem z Pragi: on wie, gdzie »fasują« żołnierze, do której komisji gospodarczej najlepiej się przydzielić. I od dziś mamy już obiady. Zupa ryżowa, potem ryż ze śliwkami, mięsa nie ma, za to fabryka Wedla rozdaje czekoladę. Słuszna decyzja dyrektora, że wobec groźby pożaru lepiej porozdawać cukierki wojsku, a nie czekać na ich spalenie. Niech mu Bóg za to da zdrowie.

Przyniesiono dziś do sztabu papiery znalezione przy poległym w nocnym ataku niemieckim oficerze: »Moja Ukochana! Nie masz pojęcia jak okrutną jest wojna. Dobrze, że Twoje oczy nie- patrzą na to, co się tu dzieje. Spośród naszych przyjaciół brak już wielu. Może uda mi się powrócić do Ciebie...«. Dzielny przeciwnik, który i na wojnie zachował ludzkie uczucia, godzien jest szacunku.

Zajechałem dziś do Komendy Miasta, by dopominać się o przydział większej ilości chirurgów do naszych szpitali. U wejścia spotkałem p. L. prowadzoną pod rękę z obwiązanymi oczami. »Co się stało?! — »0parzenie powierzchowne — nic groźnego, ale niech mnie pan pułkownik doprowadzi do szefa sanitarnego, organizuję dwa nowe szpitale"


 

wersję sieciową opracował
Roman Antoszewski

Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
kwiecień 2005

Strona domowa

adres: IHUG

  Site Meter