Po drugiej stronie świata 

Rozmowa z Romanem Antoszewskim, polskim naukowcem, bibliofilem, pisarzem i internautą od ośmiu lat mieszkającym w Nowej Zelandii. W maju odwiedzi Polskę, aby promować swoja powieść "Kariera na trzy karpie morskie". 


Pana książka "Kariera na trzy karpie morskie" to autobiografia, sentymentalna podróż do Polski, klasyczna powieść "z krwi i kości?", a może wszystko po trochu? 

Moja książka nie jest sentymentalnym powrotem (mało w niej sentymentu), nie jest tez powieścią "z krwi i kości" (krwi mało, a kości chyba nie ma wcale!). A już zdecydowanie nie jest autobiografia. A było to tak. Kiedy siedziałem kilka miesięcy w Niemczech w absolutnej "nicości", oczekując na wizę pewnego egzotycznego kraju, a szanse były znikome, bo nawet nie miałem paszportu, po nocach chodziły mi po głowie rożne majaki, w których z uporem pojawiała się postać pewnego naukowca. A, ze czasem wypowiadała ta postać zdumiewające myśli, które mnie samemu nigdy by do głowy nie przyszły, zacząłem je zapisywać. Potem dopisywałem sytuacje, żeby nie zapomnieć jak to było, i tak powoli robił się rosnący zbiór plików. Kiedy moja prywatna sytuacja jakoś się uporządkowała i zamieszkałem w Nowej Zelandii, to postać ta mnie nie opuściła. Wprost przeciwnie, zaczęła żyć zupełnie samodzielnym życiem, wędrować po Polsce, miewać najdziwniejsze rozmowy na rożnych szczeblach, podrywać dziewczyny itd. Musze przyznać, ze straciłem nad tym facetem kontrole zupełnie. Wynika stad jasno, ze nie jest to autobiografia. Nie jest to jednak zupełna fikcja - większość sytuacji zdarzyła się, jeśli nie mnie, to innym, dobrze mi znanym osobom. 

Skąd pomysł tytułu: "Kariera na trzy karpie morskie"? 

Dziwna sprawa. Pisałem zawsze myśląc, ze piszę po prostu "Karierę". Kiedy zaczęło się wszystko jakoś "kafkować", jakoś mi tytuł niezbyt pasował. Zaczęliśmy z Agentem kombinować, było parę wersji, ale karpie morskie przyszły na samiutkim końcu - kiedy wyszło tez trojakie zakończenie. Z zakończeniem, jak z każdą robotą wykonywaną z zaangażowaniem, były kłopoty. Trzecia, ta karpiowa wersja, przyśniła mi się po prostu. Zamiast wybierać miedzy wersjami, wpadliśmy na pomysł, żeby dać wszystkie trzy. I tak pozostało i utrwaliło się w tytule. 

Przez lata udało się panu zgromadzić pokaźną bibliotekę - ok. 10 000 tomów... 

Ma pan swój osobisty kanon literatury? 


Głupio się przyznać, ale mam półkę książek, coś jak jedna z sióstr w amerykańskiej Świątyni (w mojej powieści), a na niej - "Kubuś Puchatek", "Mały Książe", "Colas Breugnon", "Prostaczek", "Alicja w Krainie Czarów", "Podróże Guliwera", "Robinson Cruzoe", "Zwierzęta niezwierzęta", "Krople z drzew leśnych", "Wykład profesora Mmaa", no i z nowszych - trochę Lema i parę rzeczy tego rodzaju. Ale dla uciszenia umysłowego rozgardiaszu lubię otwierać encyklopedie na przypadkowej stronie (lub losowo z dysku) - im encyklopedia starsza, tym lepsza (lubię Orgelbranda). Lubię przeglądać słowniki (Linde jest wspaniały) i po prostu czytać słowa. I wyobrażać sobie, w jakich okolicznościach słowa te mogły być użyte lub mogły by być użyte. Przepadam za słownikami etymologicznymi i słownikami wyrazów obcych, rzadkich, zapomnianych i językowych dziwolągów. Mam takich rzeczy mnóstwo dookoła siebie. 

Stworzył pan w Nowej Zelandii stronę internetowa (http://homepages.ihug.co.nz/~antora), na której można znaleźć m.in. klasyczne dzieła literatury polskiej... 

Odwiedzają moja stronę ludzie z całego świata. Kiedy widzę, ze ktoś "bywał" u mnie np. z Boliwii czy Wybrzeża Kości Słoniowej, to robi mi ie. weselej. O to mi właśnie chodziło, żeby dotrzeć z polskim słowem tam, dokąd w żaden inny sposób dotrzeć niesposób. Zauważyłem z niepokojem, ze Internet nie jest wykorzystywany do celu, do jakiego jest przeznaczony ze swojej natury. Po angielsku jest w sieci już ponad 10.000 pozycji książkowych, praktycznie cala klasyka, bardzo wiele po niemiecku, maja swoje biblioteki Węgrzy i Finowie, których emigracja jest znacznie mniejsza, a Polacy zaledwie kilkanaście pozycji... Tak wiec zabrałem się najpierw za skatalogowanie tego co jest. Teraz rad jestem, ze zaglądają na moja stronę ludzie z całego świata, czasem piszą bardzo wzruszające listy. Mam już cala kolekcje, a wizytatorów miałem chyba z siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu krajów. Polscy Polacy stanowią ponad 50 proc., 25 proc. to Amerykanie, reszta to cały świat, z Omanem, Turcją, Islandią, Japonią, Chile, Urugwajem. 

Jak wygląda polonia w Nowej Zelandii - kim są tamtejsi Polacy, jak żyją, czy coś ich łączy? 

Polacy są wszędzie. W Nowej Zelandii liczy się, ze jest nas około pięciu tysięcy. Ale w życiu polonijnym bierze udział zaledwie kilkaset, i to w bardzo skromnym wymiarze. Rzecz w tym, ze najstarsza fala emigracyjna - tzw. Sierotki, wymierają, a nowsze fale (posolidarnisciowe na przykład) twierdzą, ze nie po to uciekali z Polski, by to za sobą wlec. Otrzeźwienie następuje potem, najczęściej w drugim pokoleniu, ale już na zupełnie innych zasadach. Owe Sierotki, to grupa polskich sierot, które udało się wyprowadzić z Sowietów wraz z Armia Andersa. Do Nowej Zelandii trafiło ich ponad siedemset, i to głownie dzięki przypadkowi i staraniom prof. Wodzickiego (zoologa), który był w tym czasie konsulem Rządu Emigracyjnego w Nowej Zelandii. Był to niezwykły przypadek eksperymentu socjalnego. Stworzono im tu niebiańskie warunki w stosunku do Rosji, zorganizowano polskie szkolnictwo, i wszystko, co dzieciom-sierotom dać można. Wyrośli z nich dzielni ludzie, bardzo polscy, bardzo anty-sowieccy, bardzo antyreżimowi. To oni nadali ton życiu polonijnemu w tym kraju i oni nastawili społeczeństwo nowozelandzkie bardzo życzliwie do spraw polskich. Oni tez bardzo przejmowali się sprawa "Solidarności" i razem z innymi, przezywali na tym tle wszystkie kolejne rozczarowania. Nowe fale emigracyjne maja - jak wspomniałem - inne nastawienie. Starają się jak najszybciej wcielić w nowe społeczeństwo, czasem wręcz żenująco szybko. Osobiście staram się przekonywać, jeśli mam do tego okazje, że obcokrajowcem się bywa, z wyboru lub z musu, Polakiem natomiast się jest i to jest sprawa od nas niezależna. Dużą role odgrywa w sprawach integracji Polonii tutejsza parafia, która działa od wielu lat, prowadzi szkółkę sobotnią dla dzieci, organizuje spotkania z okazji świąt narodowych i kościelnych, itp. Od kilku lat mamy "Polskie Radio Auckland" (godzina tygodniowo). Podobne jest w Wellingtonie. 

Mieszka pan na drugiej półkuli, w innym klimacie i w otoczeniu innych ludzi. Czy nasze kraje (Polskę i Nową Zelandię) można w ogóle porównywać? Czy Polacy mogą się czegoś nauczyć od Nowozelandczyków i odwrotnie? 

Klimat jest wspaniały, choć czasem nieco "nudny", przynajmniej w rejonie Auckland, na Wyspie Północnej, gdzie jest cieplej, bo bliżej równika. Zimy nie ma wcale w naszym tego słowa znaczeniu. Ciągle wszystko jest zielone, i to tak soczyście zielone, że początkowo aż w oczy kluje. Potem się przywyka. Powietrze jest bardzo czyste - przemysł niesmrodliwy lub okiełznany. Niesamowite i nieskończone są plaże, co przy małym zaludnieniu daje poczucie nieograniczoności przestrzeni rekreacyjnej. Nowozelandczycy, do niedawna przynajmniej, to byli Anglicy, tylko bardziej angielscy, bardziej wiktoriańscy, bardziej prowincjonalni. W zasadzie lubią się izolować. Marzeniem każdego Nowozelandczyka jest własny dom otoczony choćby kilkoma metrami trawnika, no i łódź albo zagłówka. Trzeba dodać, ze marzenie to w olbrzymiej większości przypadków jest realizowane. Miasta są rozlegle (Auckland jest drugim co do obszaru, miastem świata), bloków mieszkalnych, poza kilkoma ekskluzywnymi, właściwie nie ma. A łódek w zatokach i na morzu - od groma. Nowozelandczycy nigdy nie mieli poważniejszych kłopotów zewnętrznych czy wewnętrznych. Wysyłali żołnierzy by bronić swojej ojczyzny w czasie pierwszej i drugiej wojny, ale ojczyzny - Anglii. W zasadzie nie wiedzą co to bieda w sensie głodu czy bezdomności. To nadaje dosyć szczególny ton życiu codziennemu. Ogólnie mówiąc jest tu ospale i leniwie, w porównaniu np. do takiej Australii, nie mówiąc o USA czy Niemczech. Każdy otrzymuje zasiłek emerytalny niezależnie od zarobków poprzednich i aktualnych. Jak sobie zaoszczędził, to ma wiele więcej, jak nie, to tez nie zginie. Rzecz, która mnie uderzyła od samego początku - nikt się nie dziwuje, ze ktoś mówi innym językiem, ze ma swoje obyczaje. Po prostu tego się nie spostrzega. Najważniejszą różnicą w stosunku do życia w Polsce jest niesamowicie duże poczucie stabilności społecznej. Wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone. I na dodatek zabronione musi być jasno i klarownie. Policji nie widzi się wcale (poza policyjnymi samochodami kontrolującymi ruch), przestępczość rosnąca, ciągle jednak jest na poziomie drobnych włamań. Napady należą do rzadkości. Polaka uderza niezwykła areligijność mieszkańców i kraju, Kościółki tu wyglądają jak małe domki mieszkalne, świątków ni krzyży nie uświadczy, a kościoły święcą pustkami. Zaledwie kilka procent mieszkańców żyje sprawami religijnymi. No cóż, nikt nigdy nikogo nie prześladował za wiarę, to i tak się skończyło... Czego Polacy mogliby się nauczyć? Chyba porządku społecznego, dbałości o środowisko, poszanowanie prawa i demokracji, jaką tu wszyscy maja we krwi do tego stopnia, ze dyskusje na ten temat są po prostu śmieszne. Natomiast Nowozelandczycy od Polaków mogą nauczyć się chyba tej zaradności życiowej w sytuacjach nadzwyczajnych. Ale po co im ona, skoro życie jest unormowane i powstań ani wojen wewnętrznych nie przewiduje się. 

Po 18 latach w maju będzie pan znowu w Polsce. Jak pan wyobraża sobie teraz, z perspektywy Antypodow, nasz kraj? 

Śledzimy tu dokładnie co się w Polsce dzieje. Przez wiele lat mieliśmy periodyk, mamy radio, no i mamy kontakt internetowy. Największa różnica, pewien komfort bycia zagranicznikiem, choć duchowo Polakiem, polega w moim przypadku na tym, ze choćby nie wiem jakie głupoty tam się działy, zawsze możemy sobie powiedzieć, ze to nas dotyczy w nieznacznym stopniu. Kiedy się dzieją wielkie rzeczy, pozytywne, chwalebne, oczywiście w całości jesteśmy tam, bo to nasze... Taka jest przewrotność, chyba nie tylko moja. Uważam jednak, że w wewnętrzne sprawy kraju nie powinniśmy się mieszać. Polacy maja demokracje, tak się wyśpią, jak sobie pościelą, a ściślej - kiedy sobie pościelą, wtedy się wyśpią, dodaję to z nutką pewnej złośliwości . Dlatego w głosowaniach nie biorę udziału. Czego oczekuje? Wolności, może nadużywanej, perspektyw rozwoju i nadziei. No i kiełbasy w kapuście i golonki z grochem. Była taka restauracja leśna pod Mszczonowem. 

Rozmawiali ELŻBIETA I KRZYSZTOF JANISŁAWSCY 

(Wywiad powstał tuż przed przyjazdem prof. Romana Antoszewskiego do Polski.)