Roman Antoszewski
Kariera na trzy karpie morskie
powieść (660 str.)
Wyd.:
Philip Wilson, Warszawa 2000

Wywiad

 

 


Wywiad dla 'Dziennika Wschodniego' -
[kwiecień 2000
]


Rozmowa z Romanem Antoszewskim, polskim naukowcem, bibliofilem, pisarzem i Internautą od ośmiu lat mieszkającym w Nowej Zelandii. W tym miesiącu (maj) pojawi się w Polsce, aby promować swoją powieść "Kariera na trzy karpie morskie".

Po drugiej stronie świata

- Pana książka to autobiografia, sentymentalna podróż do Polski, klasyczna powieść "z krwi i kości?", a może wszystko po trochu?
- Nigdy mi nie przyszło na myśl, żeby to precyzować. Każdy coś pisze, nawet analfabeci czują potrzebę gryzmolenia czegoś od czasu do czasu, ale chyba nie precyzują, co to ma być. Dowiedziałem się o tym jeszcze w szkole, kiedy to kazano nam napisać coś do gazetki ściennej z okazji Miesiąca Pogłębiania Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (było coś takiego - zupełnie poważnie traktowane we wszystkich szkołach i zakładach pracy! trudno w to teraz uwierzyć!)
W odruchu dziecięcego serca napisałem:

Wiersz dla Uczczenia Miesiąca Pogłębiania Przyjaźni Polsko Radzieckiej
Uś!
Siuś!
Ruś!

Potem w bardzo poważnej rozmowie z nauczycielem dowiedziałem się, że była to złośliwa, wierszowana satyra, a zarazem poważne wykroczenie polityczne.
Tak otrzymałem nauczkę o stylach literackich. Na szczęście dalszych konsekwencji nie było.
Moja książka nie jest sentymentalnym powrotem (mało w niej sentymentu), nie jest też powieścią "z krwi i kości" (krwi mało, a kości chyba nie ma wcale!). A już zdecydowanie nie jest autobiografią.
A było to tak.
Kiedy siedziałem kilka miesięcy w Niemczech w absolutnej "nicości", oczekując na wizę pewnego egzotycznego kraju, a szanse były znikome, bo nawet nie miałem paszportu, po nocach chodziły mi po głowie różne majaki, w których z uporem pojawiała się postać pewnego naukowca. A, że czasem wypowiadała ta postać zdumiewające myśli, które mnie samemu nigdy by do głowy nie przyszły, zacząłem je zapisywać, potem dopisywałem sytuacje, żeby nie zapomnieć jak to było, i tak powoli robił się rosnący zbiór plików. Wtedy akurat szalałem z pierwocinami komputerowymi (miałem ZX Spectrum). Zaczęła gromadzić się sterta tasm magnetofonowych, bo wtedy dysków jeszcze nie używano. Był to mój pierwszy dłuższy tekst w całości "robiony" na komputerze, jeśli ZX można tak nazwać. Kiedy moja prywatna sytuacja jakoś się uporządkowała, zamieszkałem w Nowej Zelandii, a postać ta mnie nie opuściła. Wprost przeciwnie, zaczęła żyć zupełnie samodzielnym życiem, wędrować po Polsce, miewać najdziwniejsze rozmowy na różnych szczeblach, podrywać dziewczyny itd. Muszę przyznać, że straciłem nad tym facetem kontrolę zupełnie. Samo zresztą trojakie zakończenie książki "napadło" mnie po kilku latach dopiero i dopiero na tym się rzecz skończyła.
Wynika stąd jasno, że nie jest to autobiografia. Nie jest to jednak zupełna fikcja - wszystkie okoliczności i sytuacje zdarzyły się, jeśli nie mnie, to innym, dobrze mi znanym osobom, lub są w pełni naukowo uzasadnialne, jak w przypadku morderstwa popełnionego z wykorzystaniem kodu genetycznego (przypuszczam, ze ten wątek jest precedensowy nawet w literaturze trącącej nieco o science fiction).
Tak więc nie jest to powieść, bo powieści piszą pisarze, a ja jestem biologiem, nie jest to autobiografia, bo bohater zwariował, a ja jeszcze jakoś ciągnę. Sam nie wiem co to jest. To się dopiero okaże.

- Z zastrzeganiem się, że jest Pan biologiem a nie pisarzem, to chyba jednak odrobina kokieterii. Strona, którą Pan umieścił w Internecie, Pańskie bogate zbiory polskich książek (największe po tej stronie świata, gdzie ludzie chodzą do góry nogami), w końcu napisana książka, świadczą o tym, że nie jest Pan osobą typową dla współczesnej nauki, gdzie obowiązuje postępująca specjalizacja, a nie uniwersalizm zainteresowań.
- Moim zdaniem nie można być pisarzem zawodowym, a już na pewno nie można zdob`yc zawodu pisarza, jak można być aptekarzem, leśnikiem czy hodowcą drobiu. Żeby o czymś pisać, to najpierw trzeba tym być. Bycie pisarzem jest tylko pewnym dodatkiem do zawodu, jaki ma się w ręku i o jakim ma się prawo pisać. Oczywiście posiadanie zawodu oznacza, że człek się zetknął ze światem, i nie musi pisać o butach, jeśli jest szewcem. Ma oczywiście pełne prawo pisać i o butach, i o klientach, o bydełku z którego się buty robi, o ludziach, którzy buty noszą, ale musi być najpierw porządnym szewcem. To samo ma prawo robić biolog, ale musi być najpierw biologiem.

- Stworzył Pan w Nowej Zelandii stronę internetową http://homepages.ihug.co.nz/~antora
na której można znaleźć m.in. klasyczne dzieła literatury polskiej.

- Odwiedzają moją stronę ludzie z całego świata. Kiedy widzę, że ktoś "bywał" u mnie np. z Boliwii czy Wybrzeża Kości Słoniowej, to robi mi się weselej. O to mi właśnie chodziło, żeby dotrzeć z polskim słowem tam, dokąd w żaden inny sposób zrobić tego nie można. Można spytać, po co tam docierać do Polaków. Skoro aż tak daleko ich poniosło, to niech ponoszą tego konsekwencje. Ale sprawa nie jest taka prosta, pomyślałem. W olbrzymiej większości przypadków, myśmy z Polski nie uciekali, ale nas "ucieknięto". Czy to ze względów ekonomicznych, czy politycznych Polacy ruszali w świat w inny sposób niż zdobywcy tego świata. Najczęściej zresztą nielegalnie. Bo przecież polskiej emigracji takiej jak brytyjska czy np. holenderska, nigdy nie było. Polacy nie jechali w świat jako zdobywcy, jechali najczęściej jak ciury czy uciekinierzy, w najlepszym razie jako desperaci. A ciura czy uciekinier chce czasem pomyśleć, że przy całej mizerocie nowego życia zostawił za sobą pewne wartości, że to nie jego wina, że je zostawił itd.
Tak ja się kiedyś poczułem, kiedy przez parę miesięcy siedziałem w kraiku, gdzie nie było nic polskiego, przynajmniej przez pierwsze trzy miesiące.
Potem znalazłem na przyuniwersyteckim cmentarzyku grób polskiego powstańca z Warszawy z polskim napisem na płycie nagrobkowej! I tak po 'płycie do kłębka' znalazłem Polaków. Byli, ale polskiego słowa byli tak samo złaknieni jak ja. Kiedy więc po latach natknąłem się na Internet, zauważyłem z niepokojem, że nie jest on wykorzystywany do celu, do jakiego jest przeznaczony ze swojej natury. Po angielsku jest w sieci już ponad 10.000 pozycji książkowych, praktycznie cała klasyka, bardzo wiele jest po niemiecku, mają swoje biblioteki Węgrzy i Finowie, których emigracja jest znacznie mniejsza, a Polacy mają zaledwie kilkanaście pozycji...
Tak więc zabrałem się najpierw za skatalogowanie tego co jest. Teraz rad jestem, że zaglądają na moją stronę ludzie z całego świata, czasem piszą bardzo wzruszające listy. Mam ich już całą kolekcję, a wizytatorów miałem chyba z siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu krajów. Początkowo byli to głównie Polacy z USA (ponad 50 proc.), Niemiec i Szwecji. Polacy polscy stanowili zaledwie 20 proc. wizytatorów. Teraz sytuacja się zmieniła. Polscy Polacy stanowią ponad 50 proc., 25 proc. to Amerykanie, reszta to cały świat, z Omanem, Turcją, Islandią, Japonią, Chile, Urugwajem...

- Jak długo strona jest w sieci?
Strona funkcjonuje nieco poand dwa lata a "stuknięć" jest już prawie 65.000. Zebrałem wiele interesujących obserwacji dotyczących internetowego światka, ale coraz bardziej ogarnia mnie pasja "wydawania" na stronie książek "niewydawalnych" - pozycji, których nikt już nie wyda w wyniku komercjalizacji tego świata, a które nie powinny być zapomniane.
Druga rzecz szalenie podniecająca dla bibliofila, to możliwość "wydawania" książek takimi, jakie one są. Jakie są teraz, po przejściu przez wielu rąk, często rąk emigracyjnych. Można tu książkę wydawać w całej jej krasie starości ? podniszczonej, zmarniałej, zmaltretowanej nieraz, ale o pięknie niepowtarzalnym, jaką ma "przechodzona" książka dla bibliofila czy bibliomaniaka. A ja nim niewątpliwie jestem.
Ostatnio zabrałem się za rzecz dużą, pewnie nad moja miarę. Otóż mam zamiar umieścić w sieci cała "Encyklpedyję Powszechna" Orgelbranda. Dokładnie tak, jak została wydana w drugiej połowie zaubiegłego wieku, dokładnie tak jak ją mam (niekompletną nieco) w swoim księgozbiorze. Każdy prawie tom z innego księgozbioru, każdy z innego antykwariatu. Nie wiem czy mi się to uda, ale pomarzyć można, prawda?

- Po 18 latach - w maju - będzie Pan znowu w Polsce. Jak Pan wyobraża sobie teraz, z perspektywy Antypodów, nasz kraj?
- Śledzimy tu dosyć dokładnie co się w Polsce dzieje. Przez wiele lat mieliśmy periodyk, mamy radio, no i mamy kontakt internetowy. Największa roznica, pewien komfort bycia zagranicznikiem, choć duchowo Polakiem, polega w moim przypadku na tym, że choćby nie wiem jakie głupoty tam się działy, zawsze możemy sobie powiedzieć, że to nas dotyczy w nieznacznym stopniu. Kiedy się dzieją wielkie rzeczy, pozytywne, chwalebne, oczywiście w całości jesteśmy tam, bo to nasze... Taka jest przewrotność, chyba nie tylko moja.
Uważam jednak, że w wewnętrzne sprawy kraju nie powinniśmy się mieszać. Polacy mają demokrację, tak się wyśpią, jak sobie pościelą, a scislej - kiedy sobie pościelą należycie, wtedy się wyspią, dodam z nutką pewnej złośliwości. Dlatego w głosowaniach nie biorę udziału.
W Polsce nie interesowałem się polityką. Do "Solidarności" należałem od samego poczatku z natury rzeczy, że tak powiem. Bardzo byłem zaangażowany, nie politycznie, ale po prostu, po ludzku. Byłem absolutnie zmordowany hipokryzją i perfidią tzw. władzy ludu pracującego miast i wsi. I bardzo się rozczarowałem potem, też nie tyle politycznie, ile ze względu na tę głupotę, jaka przejawiła się w dalszych losach kraju.
Czego oczekuję? Wolności, może nadużywanej, perspektyw rozwoju i nadziei. No i kiełbasy w kapuście i golonki z grochem. Była taka restauracja leśna pod Mszczonowem.

Rozmawiał Krzysztof Janisławski