Tulipany
Najkosztowniejsza jajecznica z cebulką
.

 

Kochany Krzysiu,

Nie wiem, czy to co Ci opowiem, będzie Ci się pdobało, ale i tak Ci opowiem, bo jak się rozgadam, to nie ma na mnie sposobu.

Dawno, dawno, bo poand 450 lat temu, to jest tyle lat ile lat ma teraz Twoja Mama tylko dziesięć razy więcej, albo tyle ile ma Twoja Babcia, żył we Europie bogaty król Ferdynand, który wysłał swojego Ambasadora do Turcji, żeby mu różne sprawy pozałatwiał.
Ten Ambasdador kupował dla króla i jego dworu drogie jedwabne stroje, stare książki i przyprawy kuchenne takie jak pieprz, których we Francji nie było i takie różne inne drogie rzeczy.
Ale ten Ambasador, jak tylko miał trochę czasu, to łazil po różnych miejscach w Istambule, stolicy Turcji, a szczególnie lubił oglądać i wąchać kwiatki. Taki to był dziwny Ambasador.
Jak tak chodzil po tym dużym i bogatym mieście, zauważyl prześliczny kwiat, którego nigdy jeszcze nie widział, a który miejscowi ludzie nazywali 'dulband'. Kwiat ten tak miał płatki poskładane, że przypominał to, co Turcy nosili na glowach, a my teraz nazywamy w Polsce turbanem. Jeszcze i teraz w niektórych krajach nosi się turbany i pewnie widziałeś je w telewizji.
Tak mu się ten kwiat spodobał, że koniecznie chciał zdobyć nasiona i przesłać je do swojego kraju, żeby i jego znajomi takie kwiatki mogli podziwiać. Targował się ze sprzedawcami, żeby mu sprzedali nasiona, a oni nic, tylko wzruszali ramionami i poazywali mu .. cebule.
Ambasador nigdy nie slyszał, żeby cebula miała takie śliczne i duże kwiaty (spytaj Mamy jakie kwiaty ma cebula), ale kupił od nich te cebule i natychmiast wysłał je specjalnym kurierem do swojego znajomego do Wiednia.
Kurier jechał na koniu kilkanaście dni, bo z Instambułu, miasta które nazywa się teraz Konstantynopolem, do Wiednia to kawał drogi, a samolotow, pociągów czy samochodów wtedy jeszcze nie było. Jak tylko kurier przybył do Wiednia, udał się pod wskazany adres do pana Clusiusa, który był tam profesorem i zajmował się kwiatkami i innymi roślinami i to był jego taki dziwny zawód.
Ten profesor Clusius wiedział od razu co się robi z cebulkami, żeby z nich wyrosły kwiatki. Wsadził je do dużych doniczek i umieścił w cieplarni, bo we Wiedniu może być czasem zimno, a cebulki przywiezione z Turcji lubiły ciepło. Pewnie wiesz, że każda roślinka i zwierzaczek ma swoje wymagania i jest szczęśliwy tylko tam, gdzie jest tak, jak on musi mieć.
Po kilku tygodniach pan Clusius zobaczył zielone kiełki wychodzące z ziemi, wygładały tak samo, jakby wyrastała cebula. Ale czekał dalej. Po kilku tygodniach wyrosły długie, wąskie liście, ale już trochę inne niż ma cebula. Cebula taka zwykła, jak wyrośnie z ziemi to jest nic innego tylko szczypiorek, który pewnie nieraz jadłeś z serem albo z jajecznicą.
Jak z jajecznicą na boczku, to można sobie wypić kieliszek wódeczki, ale jeszcze nie w twoim wieku. Pewnie Tatuś może Ci pokazać, jak to się robi.
Pan Clusius poczekał jeszcze kilka dni i wtedy w samym środku, pomiędzy liśćmi pojawił się duży pąk otulony zielonymi listkami, a pomiędzy nimi widać już było czerwone płatki dużego kwiatu.
Wszyscy byli strasznie ciekawi jaki to też kwiat wyrośnie, bo nikt jeszcze takiej rośliny tu nie widział. Przychodzili nawet ludzie z innych domów popatrzeć na to cudo, a sam Pan Clusius wsiadł w karetę i pojechał do palacu królewskiego pokazać je samemu Królowi i Królowej.
Wszystkim się te kwiaty bardzo spodobały, a że pan Clusius był Holendrem a tylko wykładał na Uniwersytecie we Wiedniu, postanowił sprawić prezent swoim znajomym w swoim kraju. Wysłał więc kilka tych dziwnych cebulek do Holandii.
W Holandii historia z cebulkami się powtórzyła. Najpierw ludzie patrzyli i nic. Potem zaczęli się dziwować, że cebula, a taki dziwny ma pączek, a potem... poszaleli wszyscy z zachwytu. Tak im się te kwiaty spodobały, że wszyscy chcieli je mieć. Nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, bo w Holandii wtedy było mniej kwiatów niż w innych krajach.
Jeden przez drugiego kupowali cebulki gdzie tylko mogli. Wiele czasu poświęcali tym roślinkom i hodowali coraz to śliczniejsze odmiany. Im kwiaty były ładniejsze, tym więcej za nie ludzie chcieli płacić pieniędzy.
Najbardziej podobała się wszystkim odmiana o dużych szkarłatnych kwiatach w białe paski. Ktoś za jedną cebulkę chciał dać 36 worków pszenicy, 72 worki ryżu, a ryż był wtedy bardzo drogi, dodał do tego 4 krowy, 12 owiec, 8 świń, 2 beczki wina, 4 beczki piwa, 2 bryły masła i 2 funty sera, ale właściciel ciągle nie chciał odstąpić swojego cebulowego skarbu. Dopiero jak dostał na dodatek do tego wszystkiego jeszcze kubek zrobiony ze szczerego srebra, oddał cenną cebulkę nowemu właścicielowi. Wtedy nie zawsze kupowało się za pieniądze. Można było kupować za różne rzeczy, które ludzie potrzebowali.
Ale ten nie żałował, że zapłacił tyle pieniędzy, bo za kilka dni sprzedał tę samą cebulkę za tyle, że teraz warte to by było 70.000 dolarów amerykańskich! (Wtedy jeszcze nie było dolarów amerykańskich, o a Ameryce ludzie nie wiele wiedzieli, ale tak łatwiej sobie wyobrazić, ile to było. Policz, ile to by było polskich złotówek i ile lat trzeba by na to pracować!).

A teraz opowiem Ci o najdziwniejszej i najdroższej kolacji na całym świecie, jaką jeden holenderski gospodarz, co hodował te kwiatki, zjadł.

A było to tak.
Gospodarz ten miał dużą gospodarkę, na niej pasły się krówki, owieczki, rosło zboże, ale najwięcej zajmował się cebulkami tych bardzo drogich kwiatków, których historię opowiedziałm na początku. Synek też lubił kwiatki i zajmował się nimi jak ten Mały Książę, co go pewnie znasz z innej książki.
Żeby te cebulki mieć ciągle na oku, wysadzili je zaraz przy domu i bardzo je pilnowali, żeby na przykład baranki je nie zjadły czy im się co nie przydarzyło.
Któregoś wieczora gospodarz wrócił późno z pola, był bardzo zmęczony i głodny. Kazał kucharzowi przygotować szybko kolację. A trzeba tu powiedzieć, że on bardzo lubił jajecznicę smarzoną z cebulką i do tego lubił sobie popić kieliszek holenderskiej wódeczki którą robi się na rodzynkach.
Wszedł gospodarz do izby, zdjął drewniane klompki, bo w Holandii chodzilo się wtedy w drewnianych butach, a i teraz czasem się w takich butach chodzi, zdjął kapotę, siadł za stołem i zaczął popijać sobie łyczek po łyczku tę holenderską wódeczkę z rodzynkami.
Kucharz zacząl topic tłuszcz na patelni, sięga do koszyka co go trzymał zawsze przy kuchni, grzebie w tym koszyku i grzebie, a cebuli nie ma.. A pan czeka i popija powoli nalewkę z rodzynkami, nawet się zdrzemnął, taki był zmęczony.
Kucharz wiedział, że z panem, jak jest głodny, to nie ma żartów. Na szczęście przypomniał sobie, że koło domu gospodyni wysadziła niedawno cebulkę na szczypiorek. Wybiegł więc szybciutko z kuchni, wyjął z ziemi nieskiełkowane jeszcze cebulki, wrócił do kuchni, pokrajał na drobne plasterki tak jak pan to lubił i wszystko podsmażył ślicznie aż się przyrumieniło, a potem wbił na patelnię pięć bieluchnych jaj. Rozkoszny zapach rozchodził się po domu. Następnie otworzył kluczykiem specjalną szafkę, gdzie trzymano słoiczek z pieprzem. Pieprz wtedy był bardzo drogi, prawie jak złoto i tylko wolno było go używać dla pana i gospodyni i to też po maleńkiej szczypcie. Nikomu więcej. Dosypał trochę pieprzu, posolił to wszystko, wyłożyl na duży talerz i przyniósł do pańskiego stołu. Obok talerza położył dużą drewnianą łyżkę, bo wtedy jedzono tylko drewnianymi łyżkami.
Gospodarz zjadł jajecznicę z apetytem, aż się oblizywał, bo taka była dobra. Nawet pochwalił kucharza i powiedział, że jeszcze tak dobrej jajecznicy z cebulką nigdy w życiu nie jadł. Pogładził się po tłustym brzuchu i przed spaniem jeszcze raz poszedł popatrzeć na swoje ulubione roślinki.
Wyszedł przed dom i tu go o mało szlak nie trafił. Czerwone płachty zaczęly mu latać przed oczami ze złości, zachwiał się na nogach, zatrząsł się cały i w te pędy leci do domu. Złapał za łychę co jeszcze leżała na stole i przylał kucharzowi. Ten nawet nie wiedział za co, tylko uciekł na podwórko. Ale krzywdy mu nie zrobił, bo łyżka była drewniana, a gospodarzowi tak ze złości się ręka trzęsła, że przywalił gdzie popadło. Dobrze, że gospodarz nie jadł łopatą, bo wtedy byłaby bieda..
No i co się okazało? Ano, kucharz, żeby spełnić pańskie życzenie, jak zobaczył że nie ma cebuli w swoim koszyku, wyrwał spod domu pierwsze lepsze cebulki, pokroił, podsmarzył .. a nie wiedział nawet, że to były ukochane roślinki gospodarza.
Rwetes w domu był straszny. Gospodarza głowa rozbolała, wrzeszczał na całe gardło, jak to się w każdej rodzinie czasem zdarza. Gospodyni dostała migreny, jak Twoja Mamusia czasem dostaje, i trzeba było jej dać ziół do wąchania. Córeczki pochowały się po kątach, żeby im się co nie oberwało, a najmniejsza wlazła nawet ze strachu do dużej szafy..
Po jakimś czasie gospodarz przyszedł już jako tako do siebie, ale że łeb mu jeszcze pękał, przyłożył sobie zimny okład na głowę i wyglądał w nim jak Turek w turbanie. Potem wziął gęsie pióro do ręki i postawił na stole kalamarz z inkaustem (niech Ci Mama opowie jak dawniej pisano i co robiono z gęsim piórem, jeśli jeszcze nie wiesz, bo ołówków wtedy nie było). Zasiadł za stołem, wyciągnął z szuflady liczydło i zaczął liczyć. O kalkulatorach czy komputrach jeszcze wtedy nikt nie slyszał. I co mu wyszło z tego liczenia? Wyliczył, że ta jedna kolacja kosztowała go tyle, że teraz za te pieniądze można by kupić sto samochodów! Czy wyobrażasz sobie kolację ze stu samochodów na patelni? A on tyle zjadł za jednym zamachem!

A teraz taką roślinkę można kupić na targu za złotówkę albo i mniej. A wiesz jak ten kwiatek się nazywa? Widziałeś go wiele razy i nieraz stał w Waszym domu w wazonie jak jaka ozdoba.

Ano, nazywa się TULIPAN!
I jak tak dobrze przeczytać 'tulipan', to nazwa ciągle przypomina tureckie słowo 'dulband'.

(obejrzyj obrazek na samej górze)

A jak tulipanów jest wiele, na przykład w parku czy w ogrodzie, to aż w głowie może się zakręcić.

A co jeszcze dziwniejsze, w Afganistanie, jak kiedyś tam pojedziesz, można i teraz w restauracji zamówić danie z tulipanowych cebulek i jest ono bardzo smaczne. Tylko, że wcale nie kosztuje drogo. Kosztuje nie więcej niż kolacja ze zwykłej cebuli!

A teraz jeszcze muszę Ci powiedzieć, co to wszysto ma wspólnego z Nową Zelandią, skąd do Ciebie piszę ten list.
Otóż jak tu siedzę przy komputerze, to z mojego okna widzę dużą zatokę morską, a zaraz nią jest morze, które nazywa się Morzem Tasmana. Zobacz to na mapie. Pan Tasman, mniej więcej w tym samym czasie kiedy działa się ta dziwna historyjka z kosztowną kolacją z tulipanów, pływał po tym morzu, a przyjechał tu prosto z Holandii, kraju, w którym od tego czasu tulipany stały się ulubioną rośliną.
Pływał na statku podobnym do tego:

Ten pan Tasman urodził się w Holandii i był pierwszym marynarzem z Europy, który na własne oczy zobaczył Nową Zelandię. Kraj ten mu się bardzo sposobał, i mnie też..

W kraju tym zobaczył takich ludzi
, którzy nazywają się Maorysami:

A co więcej jeszcze w tej Nowej Zelandii zobaczył, i co teraz można tu zobaczyć, to już opiszę następnym razem.

Pozdrawiam Cię serdecznie i powiedz Mamusi, żeby Ci wytłumaczyła, czego nie rozumiesz, żeby poprosiła innych, żeby jej wytłumaczyli, czego ona nie zrozumie, a ci inni, jak sami nie bede kapować, niech pytają innych, i tak dalej...
A najlepiej, jakbyś sam narysował coś o tym opowiadaniu. A może Mamusia też coś do tego narysuje i mi przyślecie razem?

Titirangi, czerwiec 1998

(C) Roman Antoszewski
Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
czerwiec 1999
adresy internetowe: XTRA lub IHUG

patrz także:
Polska bibliografia internetowa
(NETOGRAFIA)