KULTURA
ELEKTRONICZNA
Roman
Antoszewski
Byla epoka kamienia
lupanego, epoka brazu, jeszcze wiele innych epok ze
swoimi specyficznymi kulturami, mielismy wiek pary i
elektrycznosci. Koniec obecnego stulecia przebiega
pod haslem globalnej wsi, komputerow,
wszechogarniajacej elektroniki, a przede wszystkim
swiatowej sieci informacyjnej opanowywujacej coraz
bardziej wszystkie dziedziny zycia.
Nie ulega watpliwosci, ze
jestesmy swiadkami i uczestnikami tworzenia sie nowej
kultury o swiatowym zasiegu, kultury elektronicznej
czy internetowej. W tej globalnej kulturze, jak w
kazdej innej, wyroznic mozna t.zw. subkultury, i na
wzor subkultury wieziennej, klasztornej, wygnanczej,
sztubackiej, akademickiej, zebraczej, czy jakiej tam
jeszcze wyroznilbym dosyc szczegolna subkulture -
mianowicie subkulture dyskusyjnych list
elektronicznych i dziedzin zycia z tym zwiazanych.
Dla zwiezlosci
w dalszych rozwazaniach bede poslugiwal sie
okresleniem 'subkultura elektroniczna' majac na mysli
caly kompleks zjawisk, nowy etos, etos internetowych
list dyskusyjnych.
Mam nadzieje,
ze inne sprawy zwiazane z kultura elektroniczna beda
stanowily przedmiot rozwazan w tym periodyku.
Subkultura, zakladam, to
najogolniej zachowania i rytual panujacy i
obowiazujacy w srodowiskach w jakis sposob
wyroznialnych i odznaczajacych sie pewna spojnoscia -
uczestnicy subkultury wieziennej siedza w kiciu,
sztubacy studiuja lub udaja ze studiuja, wygnancy
zostali wypedzeni skads i to wypedzenie bylo dla nich
czyms zyciowo waznym, itp. itd.
Uczestnikow subkultury
elektronicznej wyroznia:
- Dostep i korzystanie z
najszybszego, jak dotad, przekazu informacji
typu 'osoba do osoby' oraz 'osoba do grupy
subkulturowej' bazujacy na elektronicznym
zapisie informacji i przekazie przy pomocy
swiatowej sieci internetu.
- Duzy stopien
anonimowosci wystapien. Nawet kiedy dyskutant
uzywa jak najbardziej autentycznego nazwiska
i adresu, dla odbiorcy przekazu gdzies tam w
Patagonii, bedzie on tylko zbitka liter i
zespolem pogladow, ktore wywnioskowac mozna z
jego wypowiedzi. Anonimowosc ta odnosi sie do
prawie wszystkich istotnych cech czlonka
elektronicznej subkultury - jego wieku,
statusu spolecznego, miejsca zamieszkania
(wiele elektronicznych adresow jest zupelnie
'apatriotycznych'), wyksztalcenia, statusu
rodzinnego itp. Tylko uzywany jezyk i poziom
inteligencji, jaka wynika z wypowiedzi
zdradza status obywatela kosmopolitycznego
swiatka elektronicznej subkultury. Zauwazmy,
ze jest tu olbrzymie pole dla uprawiania
fikcyjnosci, i na to nie ma rady.
Nurzajac
sie w tej subkulturze nie mamy wyboru, musimy
sie z tym pogodzic. Uczestniczac w zyciu
internetowym wyzbywamy sie swojej osobowosci
codziennej - stajemy sie 'imejlem'
wyroznialnym tylko przy pomocy kilkunastu
literek e-mailowego adresu. Na dodatek bez
trudnosci mozemy rozmnazac swoja 'imejlowa'
osobowosc po prostu przez przyjecie drugiego,
trzeciego, itd., aliasa. Genialna to
'wyszalnia' dla paranoikow, ludzi kochajacych
dzialac na czyjs rachunek, itp., a
rownoszesnie najprostszy chyba sposob
klonowania, klonowania intelektualnego.
- Olbrzymi stopien
bezkarnosci. W zasadzie, jak dotad, na forum
elektronicznym powiedziec mozna wszystko, co
tylko slina na klawiature podrzuci. Mozna nie
liczyc sie zupelnie z godnoscia adresata, z
godnoscia wlasna, czy innych czlonkow
elektronicznego swiatka. Wlasciwosc ta, tak
szokujaca i nowa dla Polakow wychowywanych
przez dziesieciolecia pod czujnym okiem
cenzury, jest szalenie czesto naduzywana. W
spolecznosciach kryminalnych za 'aspoleczne'
zachowania dostaje sie nozem w plecy, w
klasztorze dostaje sie pokute, wygnaniec
bedzie jeszcze bardziej wygnany.. W
subkulturze elektronicznej nic z tych rzeczy
- tam gdzie cenzury nie ma (nie ma
moderatora, czy jak to tam nazwac),
bezkarnosc jest absolutna. Owszem,
szczegolnie ciezko poszkodowani potrzasaja
straszakiem sadu, inni mordobicia, inni
uciekaja sie wreszcie do samosadu, o czym
osobno, ale skutecznosc tego postraszania
jest praktycznie zerowa.
Faktycznych,
proporcjonalnych powiedzialbym, skutkow
'aspolecznego' zachowania sie 'przestepca'
nie ponosi a ofiara zadnej satysfakcji nie
otrzymuje. Najwyzszym wymiarem kary jest
wykluczenie z grupy moderowanej, zreszta
rzadko stosowane i iluzoryczne, bo przeciez
nic nie stoi na przeszkodzie, by
'wykluczeniec' po prostu bral udzial w
dzialalnosci grupy pod zmienionym nazwiskiem,
jesli uczestniczenie w 'zyciu elektronicznym'
jest dlan wazne, o czym nizej.
Dodac
jednak trzeba, ze wykluczenie z grupy
traktowane bywa przez jej uczestnikow
wyjatkowo powaznie, co tez nalezy uznac za
pewna specyficzna ceche tej spolecznosci
zwiazana w sposob oczywisty z psychika
czlonkow grupy. Bywa, ze postraszony przez
'wlasciciela listy' wyrzuceniem zmienia nagle
styl, lasi sie wrecz, podlizuje, tak
nieznosna jest mu mysl o utracie tego
kontaktu ze swiatem. Niektorzy ukarani czy
skrzywdzeni, przekonani o swojej niewinnosci,
uciekaja sie do wielodniowych, megabitowych
'pyskowek', wreszcie do terroru, wymierzajac
kare przeciwnikom, zasypuja ich listami na
prywatne adresy. Bywaly przypadki zatykania
list 'bombami' informacyjnymi, przypadki
zastraszania itp. Jak w kazdej subkulturze
tak i na listach dyskusyjnych, terror jest
desperackim sposobem dochodzenia
sprawiedliwosci..
- Racje, dla ktorych
czlonek subkultury elektronicznej bierze
udzial w jej zyciu.
Wydaje
sie, ze najczestsza racja przynaleznosci do
jakiejs grupy dyskusyjnej jest po prostu
nieopanowana, przemozna chec wypowiedzenia
sie, chec wykazania, ze sie istnieje, ze sie
jest czyms, ze jest sie w stanie czegos
dokonac, jednym slowem, ze sie jest (gadam,
wiec jestem.., zeby sparafrazowac
kartezjuszowska mysl o istnieniu).
Ta
koniecznosc utwierdzania sie w swoim
istnieniu jest motywem ludzkiego postepowania
od czasow niepamietnych (od podpalania
Akropolu, uszkadzania 'Piety' czy dziel
Leonarda da Vinci, do rycia serca przebitego
strzala na pomnikach przyrody, czy wreszcie
uwieczniania sie przy pomocy grafitti).
Zwiazane
jest to niewatpliwie z osamotnieniem
czlowieka w spoleczenstwie.
Wbrew
pozorom 'latarnictwo', samotnosc jednostki w
tlumie, jest we wspolczesnym swiecie
czestsze, niz bysmy to byli sklonni uznac. Ta
dokuczliwa samotnosc, to zagubienie, poczucie
nicosci, to 'latarnictwo' posrod tlumow,
szczegolnie powszechne i dokuczliwe jest
wlasnie wsrod emigrantow roznej masci.
Nasuwa
sie tez smutne spostrzezenie, poparte
licznymi, czesto wrecz wzruszajacymi
wypowiedziami na listach dyskusyjnych, jak to
polscy emigranci, nawet w osrodkach o licznej
Polonii sa 'latarnikami'. Polacy na
emigracji, w odroznieniu od niektorych innych
narodowosci, nie lubia sie z bliska. Aktywny
udzial w elektronicznych dyskusjach,
klotniach czy pyskowkach daje te namiastke
ucieczki od 'latarnictwa'. Motywacja
uczestniczenia w listach profesjonalnych jest
zupelnie inna i dlatego chyba ton dyskusji na
tych listach nie posiada cech 'elektronicznej
subkultury', jest raczej przedluzeniem
kontaktow zawodowych czy pewnego rodzaju
turystyka zza biurka.
Te
racje polaczone z faktyczna bezkarnoscia
wypowiedzi przyciagaja do elektronicznego
swiatka osoby najrozniejszego autoramentu. Sa
tu ludzie spragnieni wymiany mysli, rzeczowej
konfrontacji pogladow, potrzebujacy porad,
ludzie, ktorym 'sie chce do czlowieka', ale
jest tez swiatek wyglupow, psikusow,
sztubackich zartow, przytulek dla roznego
rodzaju przyglupow i glupoli, oraz polswiatek
prostactwa, chamstwa, umyslowego i
obyczajowego prymitywizmu, no i zwyklego
wariactwa, psychopatologii czy opetania.
Z tymi
to racjami lezacymi u podstaw przynalezenia
do internetowej spolecznosci wiaza sie bardzo
istotne sprawy. Bardzo czesto, zbyt czesto,
dyskutanci roznych list wyzywaja sie, by
wyglaszac poglady, ktore na zadnym innym
forum wymiany mysli nie zostalyby
zaakceptowane 'do druku', a w przypadku
wyglaszania, autor by po prostu zostal
wypchniety ze sceny czy z podium za
obsceniczny jezyk, obrazliwe zwroty itp. Na
internecie moze sobie gadac ile chce i co
chce. Wielu dyskutantow traktuje wiec listy
dyskusyjne jako swojego rodzaju wyszalnie,
lub cos jak wychodek, latryne publiczna, w
ktorej mozna zalatwic potrzeby fizjologiczne,
puscic smrodliwego baka, zrobic glupia mine
do lustra, zajrzec przez wydlubana dziurke w
scianie, co robi sasiad... Wszystko to ze
slusznym przeswiadczeniem o absolutnej
anonimowosci i bezkarnosci. Stad tez widzimy
na niektorych listach przerazajaca liczbe
'nawiedzonych', maniakow, naprawiaczy swiata
z pozycji faktycznych lub potencjalnych
pacjentow domu wariatow, fanatykow gloszacych
najbardziej bzdurne, aspoleczne,
rasistowskie, faszystowskie i jakie tam
jeszcze poglady.
- Subkultura
elektroniczna odznacza sie tez specyficznym
stylem, jezykiem, zargonem, ksztaltuja sie w
niej pewne nowe cechy, nowa skladnia
wypowiedzi, jednym slowem jest to nowa forma
nie tylko obyczajowa, ale i literacka. Zwraca
uwage np. zanikanie pewnych tradycyjnych,
polskich zwrotow grzecznosciowych. Coraz
czesciej zastepuje sie polskie 'pan', -
'tykaniem'. Jest to chyba pewnym nietrafnym
nasladowaniem angielskiego 'you', ktore
przeciez wcale nie tlumaczy sie na polskie
'ty'. Angielskie 'you', niemieckie 'Sie', a
nawet rosyjskie 'Wy' wcale nie oznacza utraty
dystansu miedzy dyskutantami, co sugeruje
polskie 'ty'. We wielu przypadkach dystans
miedzy uczestnikami jest niezbedny i
pozyteczny, bardzo przydaje sie dla
utrzymania wlasciwej formy dyskusji, trudniej
na 'pan' przechodzic do wulgarnej pyskowki,
choc i od tego sa specjalisci. Uderza tez
niezwykla liczba stosowanych skrotow
fachowych (komputerowych) i pseudofachowych,
wymyslanych 'ad hoc', z checi skrocenie
klopotliwej procedury wystukiwania tekstu, a
czasem dla podkreslenia swojego swiatowego
obycia internetowego.
Z
innych cech specyficznych wymienic warto
latwosc 'odszczekiwania sie', latwosc
prowadzenia konwersacji w stylu kargulowych
konfrontacji pod plotem. Szczegolna cecha
listowych wypowiedzi jest latwosc cytowania,
czesto tendencyjnego wybranych zdan czy
pojedynczych slow dyskutanta. Stanowi to
idealne narzedzie dla uprawiania tasiemcowych
pyskowek o slowo, o wyrazenie, wreszcie o cos
co nie pozostaje w zadnym zwiazku z meritum
sprawy.
POLSZCZYZNA, STYL. I
PATOLOGIA.
Kilkanascie miesiecy temu
zainteresowalem sie polskimi listami dyskusyjnymi z
mysla o oczytaniu sie we wspolczesnym polskim jezyku
pisanym. Wiedza ta jest Polakom potrzebna,
szczegolnie przebywajacym na emigracji przez dluzszy
czas i tym, ktorzy maja przekazywac postawy jezyka
polskiego studentom czy familiantom.
Bardzo szybko okazalo sie
jednak, ze zamierzenie to nie jest do zrealizowania
przy pomocy sledzenia list dyskusyjnych. I to nie
tyle ze wzgledu na marna czesto polszczyzne (marna
polszczyzna, jesli powszechna, jest tez wspolczesna
polszczyzna!), ale ze wzgledu na ten specyficzny
dobor dyskutantow i panujaca atmosfere dyskusji.
Uczac sie jezyka polskiego, czy nauczajac jezyka
polskiego, nie sposob pominac tresci czytanych
tekstow i ignorowac atmosfere samej wymiany pogladow.
Trudno uczyc sie jezyka na przykladach mowy
karczemnej. W zasadzie nie przypominam sobie tematu
poruszonego na obserwowanych przeze mnie listach,
chocby nie wiem jak powaznego, ktory by predzej czy
pozniej nie przeksztalcil sie w pyskowke czy
karczemna awanture. Mamy tutaj do czynienia z czyms w
rodzaju degeneracji tresci i formy przekazu
informacyjnego.
Powiem wiecej,
im temat jest powazniejszy, tym wieksza szansa
szybkiego przeksztalcenia sie 'dyskusji' w pyskowke.
Gladko przechodza tylko banalne uwagi o pogodzie, o
kuchni, o chlaniu, w czym jedna z list sie wrecz
specjalizuje, czy o sprawach zupelnie obojetnych.
Istnieje pewien schemat
stopniowego zwyradniania sie tematow dyskusyjnych.
Najpierw znajduje sie adwersarz podwazajacy nie
meritum, ale intencje inicjatora dyskusji. Inicjator
zaczyna sie bronic podwazajac intencje oponenta. Do
sprawy wkrotce mieszaja sie inni, czesto nie ze
wzgledu na meritum rzeczy, ale zeby przy okazji komus
dolozyc, kogos zbesztac i zgnoic, a czasem tez
wylozyc swoje racje. Po kilku wymianach listow
('postingow', jak to przyjelo sie nazywac) okazuje
sie, ze dyskutanci po obu stronach barykady to chamy
i ignoranci, komuchy lub lewaki, niewolnicy
zakrystii, w najlepszym zas razie to zwykli zdrajcy
ojczyzny. Na jednej z list dyskusyjnych
przeprowadzilem przekomiczny i wielce pouczajacy
eksperyment socjologiczny. Otoz jednemu z
najzagorzalszych dyskutantow, takiemu co to wszystko
wie bez namyslu, pisze po dziesiec i wiecej
'postingow' dziennie i bez czytania wie na przyklad,
ze adwersarz jest 'lewusiem' czy imbecylem, itp.,
podetknalem 'psychologiczne lusterko' - po prostu
odpowiadalem mu w kilku kolejnych 'postingach'
dokladnie jego wlasnym jezykiem, jego wlasnymi,
czasem po prostu kopiowanymi argumentami. Doszlo do
niewiarygodnej w swej prostocie ilustracji sposobu, w
jaki degeneruje sie przekaz informacji na listach
dyskusyjnych. Rzecz te zamieszcze w 'Antologii', o
ktorej za chwile.
Na szczescie, dzieki
odleglosci oddzielajacych uczestnikow pyskowek, no i
naturalnemu sprzezeniu zwrotnemu obowiazujacemu w
tego rodzaju zjawiskach spolecznych, klotnie
zacichaja, bez zadnych wnioskow, ale za to z duza
liczba uraz. Uczestnicy wynosza jednak osobotworcze
korzysci, wynosza przeswiadczenie, ze cos znacza, ze
komus przylozyli, ze kogos zgnoili, ze wykazali
dokumentnie, ze tamci to zdrajcy, idioci i chamy,
itp. Jednym slowem wykazali, ze istnieja (vide -
gadam wiec jestem, gegam wiec jestem..) Jest to
przebieg wydarzen prawdziwy prawie we wszystkich
obserwowanych przeze mnie przypadkach dlugotrwalych
dyskusji w 'pyskowkowym' stylu na kilku polskich
listach.
Dlaczego wiec tyle osob
bierze udzial w dyskusjach, kruszy kopie, rozpala sie
do czerwonosci, drzy ze strachu, zeby ich z listy nie
wyrzucono... No coz, jest to nic, czasem jedyna,
wiazaca 'latarnika' z innym czlowiekiem, z grupa
spoleczna jego pokroju i mentalnosci. Po wielu
ostracyzmach, jeszcze jedno odrzucenie wydaje sie nie
do zniesienia. Ot, po prostu jeszcze jeden przejaw
'latarniczej' psychiki.
Trzeba dodac,
ze dla niektorych uczestnictwo w zyciu grup
dyskusyjnych to prawie pelno etatowe zajecie. Sa
osoby piszace kilkadziesiat 'postingow' dziennie,
czasem ponad dziesiec na jedna i te sama liste.
Niektore listy, w ramach samoregulacji wprowadzily
ograniczenia liczby wypowiedzi przyjmowanych na
dobe.
Jednym slowem
aktywne 'listowe' zycie to odruch psychologicznej
samoobrony - ucieczka, desperacka czasem, przed
'latarnictwem' wsrod tlumow.
WLASCICIELE.
Szczegolna role odgrywaja w
tej subkulturze tak zwani 'wlasciciele listy'. Dlugo
nie moglem pojac, co to wlasciwie jest. Okazuje sie,
ze to osoby najczesciej szczerze oddane sprawie -
chca cos zrobic, gotowi ofiarowac swoj czas i
pieniadze czy swoje stosunki na uczelniach po to, by
takie listy finansowac i prowadzic. W niektorych
przypadkach wlascicielami kieruja motywy polityczne,
ale raczej rzadko.
Wlasciwie znam tylko jeden
taki przypadek. Czesto sa to motywy religijne czy
spolecznikowskie, ale najczesciej, zwyczajnie jest to
przemozna potrzeba bycia czyms czy kims. Wlasciciel
listy ma w swoich rekach 'rzad dusz', i to mu
potrzebne jest do istnienia.
No coz, chwala
im za to. Swoim poswieceniem zaspakajaja potrzeby
swoje i innych - co jest dostatecznym uzasadnieniem i
usprawiedliwieniem ich dzialania. O wlascicielach
list mozna by mowic wiele, ale boje sie, ze jak
zaczne gadac, to mnie wyleja z listy...
A tak na powaznie, to w
ramach moich zainteresowan przeplywem informacji w
systemach biologicznych i spolecznych zamierzam
rozpisac ankiete skierowana do wlascicieli list
polskich i anglojezycznych. O wynikach powiadomie.
'PATRIOTYZM LISTOWY' I
CHLOPCY DO BICIA.
Jest jeszcze jedna cecha
list, pewna prawidlowosc, na ktora warto zwrocic
uwage. Otoz po jakims czasie, o ile 'wlasciciel'
sprawnie rzadzi swoimi duszyczkami, pojawia sie cos w
rodzaju 'listowego patriotyzmu' charakteryzujacego
sie postawa - wara od naszej listy! Kazda wypowiedz,
jesli nie po 'linii', jesli nosi w sobie cos z
listowej nieprawomyslnosci, budzi solidarny odruch
obronny. Szczegolnie podejrzanie traktowane sa osoby
postronne, a nie daj Boze osoby z innych list, o
innym profilu. Zaraz wychodzi 'spiskowa' natura
wtretow - naslano go by nas zniszczyc, psuje nam
opinie, dziala na nasza szkode itp. itd. Ciezkie
zycie maja wlasciciele jednych list wystepujacy
rownoczesnie na innych listach. Od razu posadza sie
ich o wredna robote werbunkowa, o pelnienie funkcji
obcej wtyczki w zdrowym organizmie listy, dochodzi
nieraz do okropnych scysji, pelnych patosu i
komizmu..
Najczesciej
jest to przejaw elektronicznej paranoi. Okazuje sie
najczesciej, ze 'cudze' listy dyskusyjne sa i tak
zbyt malo zorganizowane aby uprawiac dywersje i
sabotaz, ale atmosfera zagrozenia podnosi spoistosc
grupy, a o to przeciez chodzi w kazdym patriotyzmie,
chocby tak miniaturowym. W istocie, to raczej
osobnicy, o nadmiernej potrzebie samopotwierdzenia
sie, dzialaja 'w imieniu slusznej sprawy', 'w imie
patriotyzmu', w imie 'rozumienia prawdziwej prawdy',
itp.
Prawie kazda obserwowana
przez mnie lista ma tez swoich 'chlopcow do bicia',
zwykle zreszta podtykajacych z wlasnej woli swoje
tylki do tego zabiegu. Bywa, ze jest to jedna i ta
sama osoba na kilku listach, bywa, ze obsada
personalna sie zmienia, ale regula pozostaje regula.
W jednym znanym mi dobrze przypadku, kiedy pewien
homoseksualista juz nie budzil sensacji obwolywaniem
sie pedalem, stwierdzil, ze homoseksualista byl tez
Sw. Maksymilian Kolbe. Wzbudzil tym wyzwaniem jeszcze
troche obrzydzenia, a potem przeniosl sie na inna
liste, gdzie ja skutecznie ozywil. Inny psychopata
nawolywal do kazirodztwa na wszystkich mozliwych
listach. Nie bylo sposobu sie go pozbyc. Na szczescie
jakos ucichl, chyba zwariowal z kretesem. Innym
polem, na ktorym postacie tego typu sie wyzywaja, to
rozne pseudoreligie, ekoterroryzm, prosemityzm,
antysemityzm, itp, itd.
Taki 'chlopiec
do bicia' odznacza sie niewatpliwymi cechami
psychopatycznymi, jest w nim cos z masochisty i
ekshibicjonisty rownoczesnie. Najczesciej nie
odznacza sie spojnoscia pogladow, ale obdarzony bywa
misja, wewnetrznym przymusem podtykania sie. Nazywa
sie ich slusznie 'nawiedzonymi'. Gotowi walczyc o
sprawe wszystkimi metodami, przy tym nie jest
istotne, ze sprawa nie zawsze jest dla nich jasna,
ale kazdy adwersarz musi byc chamem i nalezy go
zgnoic. I tak rozpoczynaja sie i kontynuowane sa
olbrzymim nakladem czasu i psychicznej energii
wielkie bitwy elektronowe prowadzone przez malych,
podstarzalych, zagubionych w zyciu michalkow, bitwy
na kapiszony czy prowadzone przy pomocy proc
zrobionych z gumek wyciagnietych z majteczek mamus,
zon, corek czy wnuczek.. Trzeba jednak tym wojownikom
oddac sprawiedliwosc. To oni utrzymuja wiele list
przy zyciu. W przypadku list umierajacych pelnia role
robakow ozywiajacych nieboszczyka - wszedzie sie
wkreca, wszedzie sa zywi, a nieboszczyk jest martwy,
no bo jest martwy.. Z ich braku listy martwieja,
dlatego podtrzymuje sie i kultywuje to listowe
robactwo - stwarza ono szanse przetrwania wielu
listom.
A swoja droga
interesujace, ze jakos nie slychac o listach, ktore
by sie same zamykaly. Sa martwe, ale sa. Liste
latwiej stworzyc, niz zamknac. Z listami dyskusyjnymi
to bywa tak troche jak z dziecmi, ktore przeciez
latwiej urodzic, niz. im 'leb ukrecic'...
Zastanawia stosunkowo nikly
udzial kobiet, pan, panienek, dziewic, dziewczyn,
itp., na polskich listach dyskusyjnych. Dyc zwyklo
sie uwazac, ze Bozia buzia obdarzyla je hojnie. Ale
choc liczebnie stanowia zdecydowana mniejszosc, bywa,
ze potrafia dotrzymac placu w najbardziej wyszukanych
pyskowkach, co ma ilustrowac, m.in., moja
'Antologia'.
ANTOLOGIA.
Wszystko co powyzej
napisalem opiera sie na przedziwnej antologii, jaka
zbieram od kilkunastu miesiecy. Poczatkowo chodzilo o
ilustracje jezyka polskiego, jak juz wspomnialem, ale
szybko rzecz przeksztalcila sie w niezmiernie
interesujaca, miejscami pocieszna, miejscami ponura,
a miejscami obrzydliwa ilustracje tej nowej
subkultury, jaka jest subkultura elektroniczna czy
internetowa.
O zbieraniu czegos w
rodzaju 'antologii polskich wypowiedzi w sieci
internetu' informowalem w kilka miesiecy po podjeciu
tej inicjatywy ubieglego roku. Reakcje byly rozne,
jedni pochwalali, niektorzy wrecz zamawiali rzecz na
pniu, inni oburzali sie, zabraniali, a nawet
odgrazali sie na rozne sposoby. Podwazano etycznosc
takiej antologii, legalnosc, uczciwosc, i co tam nie
jeszcze.
Moje stanowisko w tej
sprawie jest takie:
Listy,
korespondentami ktorych moze byc kazdy zglaszajacy
sie, oraz listy ktorych archiwa dostepne sa
powszechnie nawet osobom nie bedacym ich
subskrybentami, sa w pelni 'cytowalne'. Oczywiscie
antologia, jak sama nazwa wskazuje (z greki: anthos -
kwiat, lego - zbieram), nie moze byc ani kompletna,
ani obiektywna. Zawiera kwiatki z niezmierzonej i
rozrastajacej sie laki czy dzungli elektronicznej
subkultury.
Antologie
swoja kompiluje z morza materialow docierajacych
codziennie na moj ekran. Wybieram co smakowitsze
kaski z codziennej poczty kierujac sie czasem
tematyka, czasem nazwiskami. Z przykroscia przyznaje,
ze wiekszosci 'postingow' nie czytam ze wzgledow
oczywistych. A z 'postingow' przeczytanych wybieram
tylko fragmenty frapujace zdajac sobie w pelni
sprawe, ze moga one skrzywiac intencje autora, moga
byc krzywdzace w wyborze, itp. Z tego to wzgledu
najczesciej zasmarowywuje nazwiska elektronicznym
tuszem. Moga miec o to pretensje autorzy
najtrafniejszych wypowiedzi, ale wyobrazam sobie, co
by bylo, gdybym wszedzie autorow podawal, bez zadnego
wyjatku.
W dokumentacji
swojej trzymam, oczywiscie, dane zrodlowe i w
przypadkach szczegolnych moge sie do nich odwolac.
Czesto podaje liste, na ktorej rzecz sie pojawila,
ale tez nie zawsze, z tych samych wzgledow co wyzej.
Nie chce urazac listowiczowych patriotow no i sam nie
chce sie narazac, oczywista!
Zbierajac te
antologie ze zdumieniem zauwazylem, ze mysli
glebokich, wypowiedzi ktore zapadaja w pamiec,
sklaniaja do przemyslen, jest na listach dyskusyjnych
niezmiernie malo, zastraszajaco czy zawstydzajaco
malo, jak na tony elektronow bijacych codziennie w
moj ekran. Wiecej jest wypowiedzi nic nie znaczacych,
ale mnostwo wypowiedzi szokujacych, czy to
'nawiedzeniem', czy brutalnoscia, prostactwem, czasem
tez niezamierzonym wcale humorem.
Bylo jednak
kilkanascie wypowiedzi szczerych, glebokich, czasem
wzruszajacych i rozbrajajacych.
Najczesciej
szybko zostaly jednak zagluszone jazgotem pyskowek i
zmarly w archiwach. Staram sie je wyluskiwac z
pieczolowitoscia, choc miewam tu wiele trudnosci. W
tych przypadkach oczywiscie nie pomijam autorow.
Uderza szczegolnie fakt, ze wypowiedzi szczere,
wzruszajace, sa czesto pisane przez nowicjuszy na
listach. Szybko jednak parza sie im palce, uciekaja z
list, a bywa, ze wybieraja anonimowosc jako sposob
wypowiedzi. Jakos inaczej znosi sie prostactwo
adresowane na inne nazwisko, jakos proscie wystepowac
w karnawalowej masce. Wiedziano o tym dawno, zanim
wynaleziono nie tylko listy dyskusyjne, ale samo
pismo..
Nie pomijam
tez autorow w tych przypadkach, kiedy wypowiedzi ich
odznaczaja sie wyjatkowo obrazliwym prymitywizmem,
wrecz chamstwem, czy maja ahumanitarne czy
zdecydowanie spolecznie szkodliwe podteksty. Robie to
w intencji sklonienia 'listowiczow' do wiekszej
samokontroli, do wiekszej odpowiedzialnosci za slowo
pisane, chocby tylko elektronami na szklanym
ekranie..
Zaiste
nieodpowiedzialnosc wypowiedzi na listach jest
zaskakujaca. Znacznie wieksza niz w knajpach czy
przyslowiowych podworkowych dyskusjach o d... Maryni.
Chcialoby sie wolac rejtanowsko - ludzie! czytajcie
to, co sami piszecie!
'Jedzmy, nikt
nie wola..'.
W szeregu wypowiedziach,
szczegolnie tych na listach o 'patriotycznym listowym
kregoslupie' pojawia sie sprawa przenoszenia
'postingow' z jednych list na inne. Osobiscie nie
robie tego czesto, a scislej, zrobilem to kilka razy
w intencji przekazania konkretnej informacji, co
raczej nie budzi kontrowersji, a raz tylko zrobilem
to ze wzgledow zasadniczych. A mianowicie kiedy
niejaki pan A. Brandt prostacko i obrazliwie wyrazal
sie o innych listach i emigrantach w tak prymitywny i
politycznie szkodliwy, moim zdaniem, sposob, ze nie
zdzierzylem.
Ale w zasadzie
w przenoszeniu 'postingow' nie widze nic zdroznego
czy szkodliwego. Jesli wypowiedz kogos warta jest
tego zeby zapoznac z nia innych wspoldyskutantow, to
czemu mialbym tego nie zrobic? Taka jest chyba
intencja autora - autor chce, by jego poglady
rozpowszechniac. Jezeli tego by nie chcial, to
przeciez by nie pisal na powszechnie dostepnej
liscie. Jesli natomiast na jakiejs liscie dzieja sie
rzeczy skandaliczne, obrazajace wartosci zasadnicze
czy gloryfikujace spoleczne zwyrodnienia, dlaczego
nie maja wiedziec inni czlonkowie elektronicznej
spolecznosci ze gdzies smierdzi?
O intencjach
takiego flancowania mozna dyskutowac tylko po fakcie.
Nie widze jednak nic zlego w tym, ze ktos z listy np.
faszystow przeniesie na inne listy wypowiedzi, ktore
owych faszystow dyskryminuja czy osmieszaja, nie
widze tez problemu w tym, jesli moje wypowiedzi
zostana dokads przeniesione.
W takich
jednak sytuacjach zachowana musi byc zasada
przenoszenia wypowiedzi w sposob uczciwy, zgodny z
pryncypiami obowiazujacymi w kulturalnej dyskusji.
Komentarz powinien byc minimalny. Za swoje slowa
biore odpowiedzialnosc, za komentarz bierze
odpowiedzialnosc komentator. Wypada tez autora
poinformowac o tym zabiegu, a takze o ewentualnych
reperkusjach, jakie to przeniesienie wywoluje.
Omawiana 'Antologia'
grubieje, a zasoby odlozone 'na potem' mierza sie w
MB. Nie wiem w jaki sposob zostanie ona udostepniona
i kiedy. Prawdopodobnie bedzie to cala seria. Ale
zapewniam - to naprawde pouczajaca lektura. Takie
zdanie wyrazali ci, ktorym ja prywatnie udostepnilem
w roboczej wersji, takiego zdania jestem ja sam. Nie
trzeba dodawac, ze kwiatki owe zbieram bez zadnych
diabolicznych czy dywersyjnych intencji.
Poza scisle
intelektualna uciecha wynikajaca z czytania pyramidy
bzdur, intencja moja jest lepsze zrozumienie
funkcjonowania kultury elektronicznej jako nowego
zjawiska spolecznego, a przy okazji, jesli zachodzi
taka okazja, osmieszanie nieopanowanego rozwolnienia
'kiszki mozgowej', jakie to rozwolnienie panuje i
terroryzuje w elektronicznej wymianie pogladow i
pyskowkach. Chcialbym tez, ma sie rozumiec,
przyczynic sie do podniesienia poczucia
odpowiedzialnosci za slowo wypowiadane i pisane,
chocby tak ulotnie i latwo, jak to sie robi na
szklanym ekranie. Zauwazone przeze mnie wypowiedzi o
glebszych wartosciach zostana odpowiednio
wyeksponowane, oczywista.
PERSPEKTYWY.
Nie jestem zbyt dobrej
mysli o przyszlosci list dyskusyjnych.
Wprawdzie
liczba ich rosnie, bo rosnie 'ukomputerowanie'
spoleczenstwa, ale poziom tych list, wedle moich
obserwacji, nie wzrasta.
Chyba dlatego
tak sie dzieje, ze coraz nizsze, lepiej moze
powiedziec, jakosciowe gorsze warstwy inteligencji
pseudointeligencji, lumpeninteligencji i zwyklej
cwierc-inteligencji maja do internetu dostep, czesto
darmowy, w miejscach pracy. Zdumiewajace, ze na
znanych mi polskich listach nie zauwazylem nazwiska
zadnego liczacego sie pisarza czy filozofa. Widocznie
nie jest to miejsce, gdzie pisarze z prawdziwego
zdarzenia szukaliby natchnienia, a filozofowie
widzieliby miejsce do prawdziwej, glebokiej dyskusji
i zadumy.
Wieksze,
prawie nieograniczone perspektywy widze w zakresie
gromadzenia informacji, latwego do niej dostepu i
formowania nowych sposobow ekspozycji. Teksty naukowe
i podreczniki pisane w formacie HTML, ktorych jest
coraz wiecej na sieci, to zupelnie nowa forma
przekazu naukowej informacji i nauczania. To samo
dotyczy czasopismiennictwa. Coraz wiecej
najpowazniejszych periodykow naukowych ukazuje sie w
dwoch wersjach - 'papierowej' i 'elektronicznej'.
Coraz wiecej jest tez liczacych sie periodykow
redagowanych wylacznie w wersji elektronicznej. Przez
jakis czas bedzie panowal ten dualizm. Taki dualizm
panowal przy przechodzeniu z zapisu na kamieniu na
zapis papirusowy, z pergaminu na papier, przy
przechodzeniu z gesiego piora i inkaustu na
maszynopisanie. Wydaje sie jednak, ze wersja
elektroniczna wygra na dluga mete..
Klopot jednak
w tym, ze nadmiar informacji, latwosc emitowania
wszystkiego, co kazdemu slina na klawiature przynosi,
oznacza w sumie brak informacji, jest szumem
informacyjnym. Ktos okreslil internet jako najwieksza
biblioteke swiata, w ktorej poszczegolne dziela
porozrzucane sa po wszystkich podlogach i katach.
Dodajmy,
potrafia tez zmieniac miejsce lokaty 'bez dania
racji' czy zapowiedzi, a nawet znikac bez sladu.
Przegladarki nie na wiele sie zdaja w tym
balaganie.
Na dodatek, co
jest chyba najwiekszym szkopulem internetowego
przekazu, trudno okreslic, co jest wartosciowe, co
zawiera prawdziwa informacje, a co jest pisanina
'nawiedzonych', czy maniakow i psychopatow. A tu
przegladarki sa zupelnie na nic. Jestem przekonany,
ze po tej ilosciowej rewolucji informacyjnej nastapi
rewolucja jakosciowa (ilosc przechodzi w jakosc! Skad
my to znamy?). Nie mam pojecia jaki bedzie miala
charakter ta rewolucja, ale jezeli nie nastapi, grozi
nam zaduszenie bzdura, nonsensem i informacyjna
szmira.
Tymczasem
starajmy sie nie zwariowac w wyniku coraz
glosniejszego informacyjnego szumu, w wyniku
wymieszania wartosciowych materialow w gigantycznym
kogel-moglu z bzdura, szmira, grafomania, wreszcie
prostactwem i duractwem.
Starajmy sie
tez 'nie wariowac' innych...
UWAGI KONCOWE.
Kultura elektroniczna i jej
subkultury, jak subkultura list dyskusyjnych,
subkultura tzw 'stron domowych' (witryn, home pages)
w internecie, specyfika internetowej pedagogiki,
internetowe muzealnictwo, subkultura i etyka handlu
internetowego, internetowy seks, internetowa religia
(jest juz cos takiego!), to zupelnie nowe i szalenie
frapujace pola badawcze.
Niezmiernie
interesujace wydaja sie byc tez problemy pokrewne -
psychologia 'listowicza', 'anatomia' wlascicieli list
dyskusyjnych, zagadnienia cenzury i moderowania,
porownanie polskich list dyskusyjnych z listami
obcojezycznymi, i wiele, wiele innych.
Zachecam do
podjecia tych tematow.
Uwazam ze
periodyk 'Kultura Internetowa' moglby byc doskonalym
forum wymiany pogladow i mysli, a moze nawet
osrodkiem zachecajacym do podjecia studiow w tym
zakresie i udostepniajacym wyniki badan.
Mysl te
podsuwam Czytelnikom i Redakcji.
Roman
Antoszewski
Auckland, Nowa Zelandia pazdziernik
- listopad 1997.
http://homepages.ihug.co.nz/~antora
antora@xtra.co.nz
|