|
Pana książka "Kariera na trzy karpie
morskie" to autobiografia, sentymentalna podróż do Polski, klasyczna
powieść "z krwi i kości?", a może wszystko po trochu?
Moja książka nie jest sentymentalnym powrotem (mało w niej
sentymentu), nie jest tez powieścią "z krwi i kości" (krwi mało, a kości
chyba nie ma wcale!). A już zdecydowanie nie jest autobiografia. A było to
tak. Kiedy siedziałem kilka miesięcy w Niemczech w absolutnej "nicości",
oczekując na wizę pewnego egzotycznego kraju, a szanse były znikome, bo
nawet nie miałem paszportu, po nocach chodziły mi po głowie rożne majaki,
w których z uporem pojawiała się postać pewnego naukowca. A, ze czasem
wypowiadała ta postać zdumiewające myśli, które mnie samemu nigdy by do
głowy nie przyszły, zacząłem je zapisywać. Potem dopisywałem sytuacje,
żeby nie zapomnieć jak to było, i tak powoli robił się rosnący zbiór
plików. Kiedy moja prywatna sytuacja jakoś się uporządkowała i
zamieszkałem w Nowej Zelandii, to postać ta mnie nie opuściła. Wprost
przeciwnie, zaczęła żyć zupełnie samodzielnym życiem, wędrować po Polsce,
miewać najdziwniejsze rozmowy na rożnych szczeblach, podrywać dziewczyny
itd. Musze przyznać, ze straciłem nad tym facetem kontrole zupełnie.
Wynika stad jasno, ze nie jest to autobiografia. Nie jest to jednak
zupełna fikcja - większość sytuacji zdarzyła się, jeśli nie mnie, to
innym, dobrze mi znanym osobom.
Skąd pomysł tytułu: "Kariera
na trzy karpie morskie"?
Dziwna sprawa. Pisałem zawsze myśląc,
ze piszę po prostu "Karierę". Kiedy zaczęło się wszystko jakoś "kafkować",
jakoś mi tytuł niezbyt pasował. Zaczęliśmy z Agentem kombinować, było parę
wersji, ale karpie morskie przyszły na samiutkim końcu - kiedy wyszło tez
trojakie zakończenie. Z zakończeniem, jak z każdą robotą wykonywaną z
zaangażowaniem, były kłopoty. Trzecia, ta karpiowa wersja, przyśniła mi
się po prostu. Zamiast wybierać miedzy wersjami, wpadliśmy na pomysł, żeby
dać wszystkie trzy. I tak pozostało i utrwaliło się w tytule.
Przez lata udało się panu zgromadzić pokaźną bibliotekę - ok.
10 000 tomów...
Ma pan swój osobisty kanon literatury?
Głupio się przyznać, ale mam półkę książek, coś jak jedna z
sióstr w amerykańskiej Świątyni (w mojej powieści), a na niej - "Kubuś
Puchatek", "Mały Książe", "Colas Breugnon", "Prostaczek", "Alicja w
Krainie Czarów", "Podróże Guliwera", "Robinson Cruzoe", "Zwierzęta
niezwierzęta", "Krople z drzew leśnych", "Wykład profesora Mmaa", no i z
nowszych - trochę Lema i parę rzeczy tego rodzaju. Ale dla uciszenia
umysłowego rozgardiaszu lubię otwierać encyklopedie na przypadkowej
stronie (lub losowo z dysku) - im encyklopedia starsza, tym lepsza (lubię
Orgelbranda). Lubię przeglądać słowniki (Linde jest wspaniały) i po prostu
czytać słowa. I wyobrażać sobie, w jakich okolicznościach słowa te mogły
być użyte lub mogły by być użyte. Przepadam za słownikami etymologicznymi
i słownikami wyrazów obcych, rzadkich, zapomnianych i językowych
dziwolągów. Mam takich rzeczy mnóstwo dookoła siebie.
Stworzył
pan w Nowej Zelandii stronę internetowa
(http://homepages.ihug.co.nz/~antora), na której można znaleźć m.in.
klasyczne dzieła literatury polskiej...
Odwiedzają moja stronę
ludzie z całego świata. Kiedy widzę, ze ktoś "bywał" u mnie np. z Boliwii
czy Wybrzeża Kości Słoniowej, to robi mi ie. weselej. O to mi właśnie
chodziło, żeby dotrzeć z polskim słowem tam, dokąd w żaden inny sposób
dotrzeć niesposób. Zauważyłem z niepokojem, ze Internet nie jest
wykorzystywany do celu, do jakiego jest przeznaczony ze swojej natury. Po
angielsku jest w sieci już ponad 10.000 pozycji książkowych, praktycznie
cala klasyka, bardzo wiele po niemiecku, maja swoje biblioteki Węgrzy i
Finowie, których emigracja jest znacznie mniejsza, a Polacy zaledwie
kilkanaście pozycji... Tak wiec zabrałem się najpierw za skatalogowanie
tego co jest. Teraz rad jestem, ze zaglądają na moja stronę ludzie z
całego świata, czasem piszą bardzo wzruszające listy. Mam już cala
kolekcje, a wizytatorów miałem chyba z siedemdziesięciu czy
osiemdziesięciu krajów. Polscy Polacy stanowią ponad 50 proc., 25 proc. to
Amerykanie, reszta to cały świat, z Omanem, Turcją, Islandią, Japonią,
Chile, Urugwajem.
Jak wygląda polonia w Nowej Zelandii - kim
są tamtejsi Polacy, jak żyją, czy coś ich łączy?
Polacy są
wszędzie. W Nowej Zelandii liczy się, ze jest nas około pięciu tysięcy.
Ale w życiu polonijnym bierze udział zaledwie kilkaset, i to w bardzo
skromnym wymiarze. Rzecz w tym, ze najstarsza fala emigracyjna - tzw.
Sierotki, wymierają, a nowsze fale (posolidarnisciowe na przykład)
twierdzą, ze nie po to uciekali z Polski, by to za sobą wlec. Otrzeźwienie
następuje potem, najczęściej w drugim pokoleniu, ale już na zupełnie
innych zasadach. Owe Sierotki, to grupa polskich sierot, które udało się
wyprowadzić z Sowietów wraz z Armia Andersa. Do Nowej Zelandii trafiło ich
ponad siedemset, i to głownie dzięki przypadkowi i staraniom prof.
Wodzickiego (zoologa), który był w tym czasie konsulem Rządu Emigracyjnego
w Nowej Zelandii. Był to niezwykły przypadek eksperymentu socjalnego.
Stworzono im tu niebiańskie warunki w stosunku do Rosji, zorganizowano
polskie szkolnictwo, i wszystko, co dzieciom-sierotom dać można. Wyrośli z
nich dzielni ludzie, bardzo polscy, bardzo anty-sowieccy, bardzo
antyreżimowi. To oni nadali ton życiu polonijnemu w tym kraju i oni
nastawili społeczeństwo nowozelandzkie bardzo życzliwie do spraw polskich.
Oni tez bardzo przejmowali się sprawa "Solidarności" i razem z innymi,
przezywali na tym tle wszystkie kolejne rozczarowania. Nowe fale
emigracyjne maja - jak wspomniałem - inne nastawienie. Starają się jak
najszybciej wcielić w nowe społeczeństwo, czasem wręcz żenująco szybko.
Osobiście staram się przekonywać, jeśli mam do tego okazje, że
obcokrajowcem się bywa, z wyboru lub z musu, Polakiem natomiast się jest i
to jest sprawa od nas niezależna. Dużą role odgrywa w sprawach integracji
Polonii tutejsza parafia, która działa od wielu lat, prowadzi szkółkę
sobotnią dla dzieci, organizuje spotkania z okazji świąt narodowych i
kościelnych, itp. Od kilku lat mamy "Polskie Radio Auckland" (godzina
tygodniowo). Podobne jest w Wellingtonie.
Mieszka pan na
drugiej półkuli, w innym klimacie i w otoczeniu innych ludzi. Czy nasze
kraje (Polskę i Nową Zelandię) można w ogóle porównywać? Czy Polacy mogą
się czegoś nauczyć od Nowozelandczyków i odwrotnie?
Klimat jest
wspaniały, choć czasem nieco "nudny", przynajmniej w rejonie Auckland, na
Wyspie Północnej, gdzie jest cieplej, bo bliżej równika. Zimy nie ma wcale
w naszym tego słowa znaczeniu. Ciągle wszystko jest zielone, i to tak
soczyście zielone, że początkowo aż w oczy kluje. Potem się przywyka.
Powietrze jest bardzo czyste - przemysł niesmrodliwy lub okiełznany.
Niesamowite i nieskończone są plaże, co przy małym zaludnieniu daje
poczucie nieograniczoności przestrzeni rekreacyjnej. Nowozelandczycy, do
niedawna przynajmniej, to byli Anglicy, tylko bardziej angielscy, bardziej
wiktoriańscy, bardziej prowincjonalni. W zasadzie lubią się izolować.
Marzeniem każdego Nowozelandczyka jest własny dom otoczony choćby kilkoma
metrami trawnika, no i łódź albo zagłówka. Trzeba dodać, ze marzenie to w
olbrzymiej większości przypadków jest realizowane. Miasta są rozlegle
(Auckland jest drugim co do obszaru, miastem świata), bloków mieszkalnych,
poza kilkoma ekskluzywnymi, właściwie nie ma. A łódek w zatokach i na
morzu - od groma. Nowozelandczycy nigdy nie mieli poważniejszych kłopotów
zewnętrznych czy wewnętrznych. Wysyłali żołnierzy by bronić swojej
ojczyzny w czasie pierwszej i drugiej wojny, ale ojczyzny - Anglii. W
zasadzie nie wiedzą co to bieda w sensie głodu czy bezdomności. To nadaje
dosyć szczególny ton życiu codziennemu. Ogólnie mówiąc jest tu ospale i
leniwie, w porównaniu np. do takiej Australii, nie mówiąc o USA czy
Niemczech. Każdy otrzymuje zasiłek emerytalny niezależnie od zarobków
poprzednich i aktualnych. Jak sobie zaoszczędził, to ma wiele więcej, jak
nie, to tez nie zginie. Rzecz, która mnie uderzyła od samego początku -
nikt się nie dziwuje, ze ktoś mówi innym językiem, ze ma swoje obyczaje.
Po prostu tego się nie spostrzega. Najważniejszą różnicą w stosunku do
życia w Polsce jest niesamowicie duże poczucie stabilności społecznej.
Wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone. I na dodatek zabronione
musi być jasno i klarownie. Policji nie widzi się wcale (poza policyjnymi
samochodami kontrolującymi ruch), przestępczość rosnąca, ciągle jednak
jest na poziomie drobnych włamań. Napady należą do rzadkości. Polaka
uderza niezwykła areligijność mieszkańców i kraju, Kościółki tu wyglądają
jak małe domki mieszkalne, świątków ni krzyży nie uświadczy, a kościoły
święcą pustkami. Zaledwie kilka procent mieszkańców żyje sprawami
religijnymi. No cóż, nikt nigdy nikogo nie prześladował za wiarę, to i tak
się skończyło... Czego Polacy mogliby się nauczyć? Chyba porządku
społecznego, dbałości o środowisko, poszanowanie prawa i demokracji, jaką
tu wszyscy maja we krwi do tego stopnia, ze dyskusje na ten temat są po
prostu śmieszne. Natomiast Nowozelandczycy od Polaków mogą nauczyć się
chyba tej zaradności życiowej w sytuacjach nadzwyczajnych. Ale po co im
ona, skoro życie jest unormowane i powstań ani wojen wewnętrznych nie
przewiduje się.
Po 18 latach w maju będzie pan znowu w Polsce.
Jak pan wyobraża sobie teraz, z perspektywy Antypodow, nasz kraj?
Śledzimy tu dokładnie co się w Polsce dzieje. Przez wiele lat
mięliśmy periodyk, mamy radio, no i mamy kontakt internetowy. Największa
różnica, pewien komfort bycia zagranicznikiem, choć duchowo Polakiem,
polega w moim przypadku na tym, ze choćby nie wiem jakie głupoty tam się
działy, zawsze możemy sobie powiedzieć, ze to nas dotyczy w nieznacznym
stopniu. Kiedy się dzieją wielkie rzeczy, pozytywne, chwalebne, oczywiście
w całości jesteśmy tam, bo to nasze... Taka jest przewrotność, chyba nie
tylko moja. Uważam jednak, że w wewnętrzne sprawy kraju nie powinniśmy się
mieszać. Polacy maja demokracje, tak się wyśpią, jak sobie pościelą, a
ściślej - kiedy sobie pościelą, wtedy się wyśpią, dodaję to z nutką pewnej
złośliwości . Dlatego w głosowaniach nie biorę udziału. Czego oczekuje?
Wolności, może nadużywanej, perspektyw rozwoju i nadziei. No i kiełbasy w
kapuście i golonki z grochem. Była taka restauracja leśna pod
Mszczonowem.
Rozmawiali ELŻBIETA I KRZYSZTOF
JANISŁAWSCY
(Wywiad powstał tuż przed przyjazdem prof. Romana Antoszewskiego do
Polski.)
|