Wywiad
dla 'Dziennika Wschodniego' -
[kwiecień 2000]
Rozmowa z Romanem Antoszewskim, polskim naukowcem,
bibliofilem, pisarzem i Internautą od ośmiu lat
mieszkającym w Nowej Zelandii. W tym miesiącu (maj)
pojawi się w Polsce, aby promować swoją powieść
"Kariera na trzy karpie morskie".
Po drugiej
stronie świata
- Pana książka to autobiografia,
sentymentalna podróż do Polski, klasyczna powieść
"z krwi i kości?", a może wszystko po trochu?
- Nigdy mi nie przyszło na myśl, żeby to precyzować.
Każdy coś pisze, nawet analfabeci czują potrzebę
gryzmolenia czegoś od czasu do czasu, ale chyba nie
precyzują, co to ma być. Dowiedziałem się o tym
jeszcze w szkole, kiedy to kazano nam napisać coś do
gazetki ściennej z okazji Miesiąca Pogłębiania
Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (było coś takiego -
zupełnie poważnie traktowane we wszystkich szkołach i
zakładach pracy! trudno w to teraz uwierzyć!)
W odruchu dziecięcego serca napisałem:
Wiersz dla Uczczenia Miesiąca
Pogłębiania Przyjaźni Polsko Radzieckiej
Uś!
Siuś!
Ruś!
Potem w bardzo poważnej rozmowie z
nauczycielem dowiedziałem się, że była to złośliwa,
wierszowana satyra, a zarazem poważne wykroczenie
polityczne.
Tak otrzymałem nauczkę o stylach literackich. Na
szczęście dalszych konsekwencji nie było.
Moja książka nie jest sentymentalnym powrotem (mało w
niej sentymentu), nie jest też powieścią "z krwi
i kości" (krwi mało, a kości chyba nie ma
wcale!). A już zdecydowanie nie jest autobiografią.
A było to tak.
Kiedy siedziałem kilka miesięcy w Niemczech w
absolutnej "nicości", oczekując na wizę
pewnego egzotycznego kraju, a szanse były znikome, bo
nawet nie miałem paszportu, po nocach chodziły mi po
głowie różne majaki, w których z uporem pojawiała
się postać pewnego naukowca. A, że czasem wypowiadała
ta postać zdumiewające myśli, które mnie samemu nigdy
by do głowy nie przyszły, zacząłem je zapisywać,
potem dopisywałem sytuacje, żeby nie zapomnieć jak to
było, i tak powoli robił się rosnący zbiór plików.
Wtedy akurat szalałem z pierwocinami komputerowymi
(miałem ZX Spectrum). Zaczęła gromadzić się sterta
tasm magnetofonowych, bo wtedy dysków jeszcze nie
używano. Był to mój pierwszy dłuższy tekst w
całości "robiony" na komputerze, jeśli ZX
można tak nazwać. Kiedy moja prywatna sytuacja jakoś
się uporządkowała, zamieszkałem w Nowej Zelandii, a
postać ta mnie nie opuściła. Wprost przeciwnie,
zaczęła żyć zupełnie samodzielnym życiem,
wędrować po Polsce, miewać najdziwniejsze rozmowy na
różnych szczeblach, podrywać dziewczyny itd. Muszę
przyznać, że straciłem nad tym facetem kontrolę
zupełnie. Samo zresztą trojakie zakończenie książki
"napadło" mnie po kilku latach dopiero i
dopiero na tym się rzecz skończyła.
Wynika stąd jasno, że nie jest to autobiografia. Nie
jest to jednak zupełna fikcja - wszystkie okoliczności
i sytuacje zdarzyły się, jeśli nie mnie, to innym,
dobrze mi znanym osobom, lub są w pełni naukowo
uzasadnialne, jak w przypadku morderstwa popełnionego z
wykorzystaniem kodu genetycznego (przypuszczam, ze ten
wątek jest precedensowy nawet w literaturze trącącej
nieco o science fiction).
Tak więc nie jest to powieść, bo powieści piszą
pisarze, a ja jestem biologiem, nie jest to
autobiografia, bo bohater zwariował, a ja jeszcze jakoś
ciągnę. Sam nie wiem co to jest. To się dopiero
okaże.
- Z zastrzeganiem się, że jest Pan
biologiem a nie pisarzem, to chyba jednak odrobina
kokieterii. Strona, którą Pan umieścił w Internecie,
Pańskie bogate zbiory polskich książek (największe po
tej stronie świata, gdzie ludzie chodzą do góry
nogami), w końcu napisana książka, świadczą o tym,
że nie jest Pan osobą typową dla współczesnej nauki,
gdzie obowiązuje postępująca specjalizacja, a nie
uniwersalizm zainteresowań.
- Moim zdaniem nie można być pisarzem zawodowym, a już
na pewno nie można zdob`yc zawodu pisarza, jak można
być aptekarzem, leśnikiem czy hodowcą drobiu. Żeby o
czymś pisać, to najpierw trzeba tym być. Bycie
pisarzem jest tylko pewnym dodatkiem do zawodu, jaki ma
się w ręku i o jakim ma się prawo pisać. Oczywiście
posiadanie zawodu oznacza, że człek się zetknął ze
światem, i nie musi pisać o butach, jeśli jest
szewcem. Ma oczywiście pełne prawo pisać i o butach, i
o klientach, o bydełku z którego się buty robi, o
ludziach, którzy buty noszą, ale musi być najpierw
porządnym szewcem. To samo ma prawo robić biolog, ale
musi być najpierw biologiem.
- Stworzył Pan w Nowej Zelandii stronę
internetową http://homepages.ihug.co.nz/~antora
na której można znaleźć m.in. klasyczne dzieła
literatury polskiej.
- Odwiedzają moją stronę ludzie z całego świata.
Kiedy widzę, że ktoś "bywał" u mnie np. z
Boliwii czy Wybrzeża Kości Słoniowej, to robi mi się
weselej. O to mi właśnie chodziło, żeby dotrzeć z
polskim słowem tam, dokąd w żaden inny sposób zrobić
tego nie można. Można spytać, po co tam docierać do
Polaków. Skoro aż tak daleko ich poniosło, to niech
ponoszą tego konsekwencje. Ale sprawa nie jest taka
prosta, pomyślałem. W olbrzymiej większości
przypadków, myśmy z Polski nie uciekali, ale nas
"ucieknięto". Czy to ze względów
ekonomicznych, czy politycznych Polacy ruszali w świat w
inny sposób niż zdobywcy tego świata. Najczęściej
zresztą nielegalnie. Bo przecież polskiej emigracji
takiej jak brytyjska czy np. holenderska, nigdy nie
było. Polacy nie jechali w świat jako zdobywcy, jechali
najczęściej jak ciury czy uciekinierzy, w najlepszym
razie jako desperaci. A ciura czy uciekinier chce czasem
pomyśleć, że przy całej mizerocie nowego życia
zostawił za sobą pewne wartości, że to nie jego wina,
że je zostawił itd.
Tak ja się kiedyś poczułem, kiedy przez parę
miesięcy siedziałem w kraiku, gdzie nie było nic
polskiego, przynajmniej przez pierwsze trzy miesiące.
Potem znalazłem na przyuniwersyteckim cmentarzyku grób
polskiego powstańca z Warszawy z polskim napisem na
płycie nagrobkowej! I tak po 'płycie do kłębka'
znalazłem Polaków. Byli, ale polskiego słowa byli tak
samo złaknieni jak ja. Kiedy więc po latach natknąłem
się na Internet, zauważyłem z niepokojem, że nie jest
on wykorzystywany do celu, do jakiego jest przeznaczony
ze swojej natury. Po angielsku jest w sieci już ponad
10.000 pozycji książkowych, praktycznie cała klasyka,
bardzo wiele jest po niemiecku, mają swoje biblioteki
Węgrzy i Finowie, których emigracja jest znacznie
mniejsza, a Polacy mają zaledwie kilkanaście pozycji...
Tak więc zabrałem się najpierw za skatalogowanie tego
co jest. Teraz rad jestem, że zaglądają na moją
stronę ludzie z całego świata, czasem piszą bardzo
wzruszające listy. Mam ich już całą kolekcję, a
wizytatorów miałem chyba z siedemdziesięciu czy
osiemdziesięciu krajów. Początkowo byli to głównie
Polacy z USA (ponad 50 proc.), Niemiec i Szwecji. Polacy
polscy stanowili zaledwie 20 proc. wizytatorów. Teraz
sytuacja się zmieniła. Polscy Polacy stanowią ponad 50
proc., 25 proc. to Amerykanie, reszta to cały świat, z
Omanem, Turcją, Islandią, Japonią, Chile, Urugwajem...
- Jak długo strona jest w sieci?
Strona funkcjonuje nieco poand dwa lata a
"stuknięć" jest już prawie 65.000. Zebrałem
wiele interesujących obserwacji dotyczących
internetowego światka, ale coraz bardziej ogarnia mnie
pasja "wydawania" na stronie książek
"niewydawalnych" - pozycji, których nikt już
nie wyda w wyniku komercjalizacji tego świata, a które
nie powinny być zapomniane.
Druga rzecz szalenie podniecająca dla bibliofila, to
możliwość "wydawania" książek takimi,
jakie one są. Jakie są teraz, po przejściu przez wielu
rąk, często rąk emigracyjnych. Można tu książkę
wydawać w całej jej krasie starości ? podniszczonej,
zmarniałej, zmaltretowanej nieraz, ale o pięknie
niepowtarzalnym, jaką ma "przechodzona"
książka dla bibliofila czy bibliomaniaka. A ja nim
niewątpliwie jestem.
Ostatnio zabrałem się za rzecz dużą, pewnie nad moja
miarę. Otóż mam zamiar umieścić w sieci cała
"Encyklpedyję Powszechna" Orgelbranda.
Dokładnie tak, jak została wydana w drugiej połowie
zaubiegłego wieku, dokładnie tak jak ją mam
(niekompletną nieco) w swoim księgozbiorze. Każdy
prawie tom z innego księgozbioru, każdy z innego
antykwariatu. Nie wiem czy mi się to uda, ale pomarzyć
można, prawda?
- Po 18 latach - w maju - będzie Pan
znowu w Polsce. Jak Pan wyobraża sobie teraz, z
perspektywy Antypodów, nasz kraj?
- Śledzimy tu dosyć dokładnie co się w Polsce dzieje.
Przez wiele lat mieliśmy periodyk, mamy radio, no i mamy
kontakt internetowy. Największa roznica, pewien komfort
bycia zagranicznikiem, choć duchowo Polakiem, polega w
moim przypadku na tym, że choćby nie wiem jakie
głupoty tam się działy, zawsze możemy sobie
powiedzieć, że to nas dotyczy w nieznacznym stopniu.
Kiedy się dzieją wielkie rzeczy, pozytywne, chwalebne,
oczywiście w całości jesteśmy tam, bo to nasze...
Taka jest przewrotność, chyba nie tylko moja.
Uważam jednak, że w wewnętrzne sprawy kraju nie
powinniśmy się mieszać. Polacy mają demokrację, tak
się wyśpią, jak sobie pościelą, a scislej - kiedy
sobie pościelą należycie, wtedy się wyspią, dodam z
nutką pewnej złośliwości. Dlatego w głosowaniach nie
biorę udziału.
W Polsce nie interesowałem się polityką. Do
"Solidarności" należałem od samego poczatku
z natury rzeczy, że tak powiem. Bardzo byłem
zaangażowany, nie politycznie, ale po prostu, po ludzku.
Byłem absolutnie zmordowany hipokryzją i perfidią tzw.
władzy ludu pracującego miast i wsi. I bardzo się
rozczarowałem potem, też nie tyle politycznie, ile ze
względu na tę głupotę, jaka przejawiła się w
dalszych losach kraju.
Czego oczekuję? Wolności, może nadużywanej,
perspektyw rozwoju i nadziei. No i kiełbasy w kapuście
i golonki z grochem. Była taka restauracja leśna pod
Mszczonowem.
Rozmawiał Krzysztof Janisławski
|