Roman Antoszewski
Kariera na trzy karpie morskie
powieść (660 str.)
Wyd.:
Philip Wilson, Warszawa 2000
[dostępna w księgarniach, także wysyłkowych]
rozdział okazowy "MAZURY"

 

 

(2.1)

MAZURY

       Po powrocie do rodziców natychmiast musiałem zaprzęgnąć się do ciężkiej roboty. Tyle spraw się nagromadziło przez czas okupacji, tyle rzeczy trzeba było uładzić, że całe dnie, a nieraz i noce miałem zajęte trudnymi, często nieprzyjemnymi sprawami.
        Zaczęło się od szukania i przeprowadzki na nowe, mniejsze mieszkanie. Rodzice przed wojną zajmowali dosyć wygodne mieszkanie, które teraz świeciło pustkami i bardzo kłuło w oczy wszystkich dookoła. Napływ różnych repatriantów, zabużańców, byłych więźniów obozów koncentracyjnych był tak wielki, że PUR lokował przybyszów, gdzie się dało. Bywało, że dokwaterowywano nowych lokatorów do większych, "niedostatecznie zagęszczonych? mieszkań, nie pytając nawet o zdanie właścicieli czy dotychczasowych lokatorów. Lepiej więc było przejść na mniejsze mieszkanie i być na swoich śmieciach. Zresztą rodzinka się rozbiegła. Siostry poszły w świat, a ja też nie myślałem długo tu zagrzewać miejsca.
        Teraz nawet to mniejsze mieszkanie świeciło pustkami. Meble wyprzedano w czasie wojny za żywność. Nabywcami najczęściej byli chłopi z okolicznych wsi, którzy narażając się na wywózkę na roboty do Niemiec czy do łagru przywozili do miasta a to nieco masła czy szynki z nielegalnego uboju, a to czasem drób. Pieniędzy nikt nie chciał. W którymś szczególnie ciężkim roku wywędrował w ten sposób nasz ulubiony bujak, na którym huśtaliśmy się zapamiętale i wymyślali różne sposoby baraszkowania. Wywędrowały też krzesła, a metalowy sprzęt kuchenny trzeba było zdać Niemcom na produkcję armat.
               Nowe mieszkanie było przytulniejsze, ale mimo to strasznie ponure.
        Nic z przedwojennej atmosfery spokoju i zasobności. Dominowała niepewność o każdy dzień, o każdy moment prawie. Na dodatek ojciec rozchorował się i wkrótce zostałem jedynym żywicielem rodziny.
        Trzeba było zacząć jakoś zarabiać. Praca w potocznym tego słowa znaczeniu nie była wtedy najlepszym sposobem zdobycia pieniędzy. W miasteczkach nad byłą niemiecką granicą wielu mężczyzn i co dzielniejszych kobiet zajmowało się szabrem. Był to niezwykle w tych stronach popularny zawód, graniczący prawie ze sportem, wymagający wiele inicjatywy, odwagi i sprytu, zawód bardzo ryzykowny, ale często bardzo lukratywny. Ponieważ wypady bywały niebezpieczne, bardziej przedsiębiorczy szabrownicy organizowali się w grupy i zespołowo wyprawiali się na "Ziemie Obiecane". I ja zaciągnąłem się do jednej z nich.
        Obrotnym organizatorem wielu wypraw, coraz odleglejszych i bardziej ryzykownych, ale też znanych z dochodowości, był Bronek Dziamło. Nie cieszył się zbyt dobrą opinią, miał jakąś przeszłość kryminalną, ale kto by teraz takie rzeczy pamiętał. W czasie wojny pracował w cegielni jako strażnik. Choć dosyć niepozornej postury, silne było chłopisko i umiał - co było istotne - obchodzić się z bronią. Nasza grupa składała się z dwunastu chłopa, Bronek zorganizował jakąś ciężarówkę na "holcgas?, każdy brał wałówę, wódkę dla zdrowia i hajda w drogę.
        Przewąchaliśmy kilkanaście wsi na Mazurach bez większego zysku. Jakieś nieliczące się łupy w postaci połcia słoniny wywleczonej z na pół zawalonej piwnicy, jakaś stara maszyna do szycia, trochę narzędzi, pozbieraliśmy nieco broni. Tego było w lasach pełno, do wyboru i do koloru - niemiecka, rosyjska, amerykańska z dostaw dla Armii Czerwonej. Bronek wrzucił parę karabinów do ciężarówki, a gnata dźwigał za pasem. Dla zabawy mieliśmy kilka panzerfaustów. Jako dowódca musiał być uzbrojony. A i niektórzy z bandy też nie byli bezbronni. Po kilku dniach humory nam się pogorszyły, nic nie można było już znaleźć, wszystkie wsie były przeszukane, okradzione, najczęściej też spalone. Większość miasteczek była obsadzona rosyjskimi wojskami i armia w sposób systematyczny i zorganizowany oczyszczała tereny z maszyn, wszelkich urządzeń, rozbierano nawet tory kolejowe i szyny wieziono na wschód. Niezliczone stada bydła zasiliły radzieckie kołchozy.
        Tak więc w przygasłych nastrojach nasza banda myszkowała tu i tam. Smutno jednak nie było, załatwiliśmy jakąś gorzelnię, było co popić, w jednej wsi wpadły nam w łapy niemieckie dziewczyny, już wprawdzie przetrzepane nieco przez Armię Czerwoną, ale zawszeć to spódnice. Chłopaki miały radochę, ja trzymałem się z boku. Ale zarobku też nie było. Aż wreszcie któregoś ranka wpadł do naszej izby Bronek z dobrą nowiną:
        - No, chłopaki, dobra nasza, słyszeliśta te anielskie dzwony raniutko? Nie słyszeliśta? Do takich grzeszników to nawet dzwony kościelne nie przemówią. Widzita tą szwabską kirche tam za jeziorkiem? Musi tam być coś żywego, bo rano ktoś zwoływał duszyczki na meszkę. A gdzie meszka, tam jakaś świźta osoba, a gdzie święta osoba, to i jakieś owieczki. Poskubiewa im z trocha pierza, chłopaki, i... hajda do domciu.
        Przyjęliśmy wiadomość z zadowoleniem i raz dwa byliśmy gotowi do akcji. Wieczorem jeszcze zaopatrzyliśmy się w paliwo do samochodu wyrąbując kawał lasu. I ruszyliśmy w drogę. Przystanęliśmy w pobliżu wiejskiego kościółka. Cisza. Ani żywej duszy. Wieś, owszem, piękna, zadbana widać i zasobna.
        - Chopaki! - piał ze szczęścia Bronek. - Złote jabłko, chopaki, szczęściarze z nas - popluł w dłonie i mocno złapał w łapska obuszek małej siekierki. Oczy mu błyszczały, ledwie mógł ustać w miejscu, jak chart, co zwęszył ofiarę.
        Wokół panowała absolutna cisza. Słuchaliśmy tej ciszy nieco zdziwieni, bo wieś niewątpliwie była zamieszkana. Widać to było po schludnych obejściach, popodlewanych kwiatkach w oknach, nawet przed kościołem był duży, starannie ograbiony klomb bujanów. Wiosenne różowe kiełki wychylały się z przysypanego popiołem gruntu.
        - To szwabskie sukinsyny, my tu głód, naloty, cierpienia, partyzantka, a te sukinsyny kwiatki sobie hodują. A to szwabskie nasienia - dodawał sobie i nam patriotycznego animuszu Bronek.
        Na mnie miejsce to zrobiło niecodzienne wrażenie. Wszystkie mijane dotąd wsie i osady, polskie, jak i niemieckie, były w ruinie. Albo zniszczone w czasie działań wojennych, albo uśpione w letargu niepewności, albo "planowo zagospodarowane" przez wojsko radzieckie, albo splądrowane już przez polskie wyprawy szabrowników. Tu było jednak coś zupełnie innego. Przez dziwny zbieg okoliczności wieś położona była daleko od jakiejkolwiek drogi przejazdowej i dodatkowo ukryła się w zagłębieniu nad jeziorem - nie była wcale widoczna. Jak dotąd nie dotarły tu watahy zdobywców. Patrząc tak na to złote jajo przed naszymi oczyma usłyszeliśmy nagle pisk prosiaka w szopce przy jednym z domów na skraju wsi. Było to hasło do rozpoczęcia akcji.
        - Chłopaki, za mną w imię boże, bij Niemca! - zawołał Bronek.
        Dopadliśmy do chaty z piszczącym prosiakiem. Chędoga była, z werandą obsadzoną krzewiastym lilakiem, dookoła pięknie przygotowane grzędy na wiosnę. Wpadliśmy na ganek i już Bronek miał ciachnąć siekierką w błyszczącą mosiężną klamkę, gdy drzwi otworzyły się szeroko i pokazał się w nich siwy, brodaty staruszek z drewnianą tacą w ręku. Na tacy leżał brązowy okrągły bochenek chleba i mały talerzyk z odrobiną soli. Staruszek skłonił się nisko:
        - Dobro pożałować, żdali na was mnogo let... - i podsunął tacę pod nos Bronkowi.
        Patrzyliśmy na to w osłupieniu, ale Bronek nie dał się zbić z pantałyku.
        - To ścierwo - zawołał - będzie mi tu po słowiańsku gadał! - i trzasnął starucha w mordę, na odlew, ale tylko gołą pięścią; nie żeby zabić czy skrzywdzić, ale tylko żeby rozumu nauczyć. No bo i z jakiej racji jakaś szwabska świnia ma Słowianina udawać?
        Staruszek zachwiał się i upadł twarzą naprzód prosto pod nasze nogi. Taca wypadła mu z ręki, bochenek chleba potoczył się na grządki przed gankiem.
        Bronek, a my za nim wpadliśmy do chaty. Stłoczona pod ścianą stała gromadka kobiet i drobiazgu. Bronek nie znęcał się nad bezbronnymi, choć był pies na Niemców, wrzasnął tylko:
        - Poszli wont! Szwaby zawszone!
        Na tę komendę kobiety potruchtały przez tylne wyjście najpierw na podwórko, ale jak ten krzyknął na nie: "Poszli! Żebym ja tu was więcej!? i potrząsnął znacząco obuszkiem, udały się w kierunku kościółka. Tylko jedna z nich, staruszka pokręcona reumatyzmem, spojrzała na nas bladymi, jakby spłowiałymi oczami:
        - Pozwolcie, dobry pan, zaniatsja moim mużom - i odważnie postąpiła w kierunku leżącego na schodach staruszka. Nie przeszkadzaliśmy jej w tym, bo i po co. Choć Szwabka, niech tam, niech wie, że jesteśmy Polakami... Nie zapomnę jej bladych oczu koloru zwietrzałej słomy, patrzących bez strachu na nas, ale jakoś tak, jakby z innego świata. Nieswojo mi się zrobiło, ale nie czas był na filozoficzne rozmyślania.
        Wpadliśmy do chaty. Bronek skinął na któregoś z nas wskazując na duży zegar stojący pod ścianą, wysoki, sięgający od podłogi pod prawie sam sufit, z olbrzymim złocistym talerzem wahadła dyndającym miarowo. Wynieśliśmy zegar na ciężarówkę i zwaliliśmy na inne graty. Wahadło w leżącym na wozie zegarze zatrzymało się i już ani drgnęło. Zegar przestał chodzić. "Ot, szwabski szajs? - warknął któryś z naszych. Wróciliśmy do akcji. Za zegarem poszła maszyna do szycia, Singer. Dobra rzecz, chwalił się któryś znajomością rzeczy. Za maszyną poszły garnki, łyżki, pierzyny, obrusy i talerze. Bronek powstrzymał nas w zapędzie.
         - Nie ładować tych zapluskwionych szwabskich pluchów - zakomenderował. - Mamy przed sobą całą wieś! Składać pod chałupą, potem się zobaczy.
        Złożyliśmy posłusznie piernaty pod chatą na ziemi. Po "zorganizowaniu" tej zagrody pospieszyliśmy do następnych zabudowań. Tu już nas nikt nie witał chlebem i solą na ganku. Grupki ludzi, najczęściej starych kobiet i dzieci, pokornie, ale z godnością wychodziły z domów, jak tylko zaczęliśmy dobijać się do drzwi. Nikt drzwi nie zamykał, wiedziano, że i tak je wywalimy. Teraz zbieraliśmy tylko co lepsze rzeczy na samochód, takie jak maszyny do szycia, zegary, budziki, gdzieś było nawet radio niemieckie, zwykły volksempfaenger, szły na samochód co lepsze buty, kożuchy; drobiazg kuchenny zostawialiśmy na miejscu.
        - Niech ludziska też coś mają, choć to Szwaby! - wołał w przystępie łaskawości rozanielony Bronek, który kazał też rekwirować rowery. Niewiele ich we wsi było, jako że armia niemiecka większość rowerów zarekwirowała jeszcze w czasie zwycięstw na froncie wschodnim. Wiedzieliśmy, że po obłowieniu się, dla wszystkich miejsca na samochodzie nie będzie. Po spenetrowaniu całej wsi, w sumie kilkunastu domów, Bronek warknął:
        - No, to teraz pogadamy sobie ze świętą osobą - i zarechotał niedwuznacznie.
        Udaliśmy się pod kościółek. Zanim jednak zaczęliśmy walić w kościelne wrota, tak jak w pierwszej chacie, drzwi się otworzyły i ujrzeliśmy w nich duchownego w kościelnych szatach z krzyżem w rękach wyciągniętych w naszą stronę, jakby z błogosławieństwem. Za nim w głębi kościółka widać było stłoczoną gromadkę bab wiejskich, niektóre z umazanymi sadzami policzkami, wszystkie stare lub "zrobione na staro? i kupę dzieci.
        Zorientowałem się, że nie mógł to być kościół katolicki ani protestancki. Nie było w nim ołtarzy jak w znanym mi podgórskim kościółku ani też surowości protestanckich świątyń, jakich wiele było na Pomorzu. Natomiast tu każdy kawałek ściany czy przepierzenia był zamalowany lub pokryty, miejsce przy miejscu, świętymi obrazami, wotami, relikwiami i czym tam jeszcze.
        Duchowny, który pojawił się w kościelnych wierzejach, też nie był nasz i w ręku nie nasz krzyż trzymał, tylko prawosławny, przekreślony w poprzek; nie było na nim klejnotów, żadne srebro, żadne złoto, tylko duży, z surowego drewna misternie rzeźbiony krzyż. Bronka nie interesowały subtelności wyznań religijnych i obrządków ani snycerskie mistrzostwo, nie był w tych sprawach mocny, nie na tym polegało zresztą jego zadanie, żeby wdawać się w teologiczne rozważania. Tu chodziło tylko o to, by załatwić jeszcze jedno gniazdo oporu nienawistnego Niemca i tyle.
        Już chciał trzasnąć klechę w jego obmierzłą, zarośniętą siwą szczeciną gębę, nawet zamachnął się, kiedy usłyszeliśmy warknięcie, jakby rozwścieczony buldog obnażył kły:
        - Nie trogaj!
        Zwróciliśmy wszyscy oczy na Hryhora.
        Był to siłacz w naszej bandzie. Kiedyś podniósł cały samochód, jak wpakowaliśmy się do błotnistego rowu, prawie jak ten z "Nędzników", ale nikt go dotąd nie słyszał mówiącego. Uważaliśmy go za niemowę. Nikt też dokładnie nie wiedział, skąd się ten osiłek w miasteczku wziął. Mówiono tylko, że on zza Buga, a po cichu opowiadano, że to Rusin gdzieś z Polesia, że jak Rosjanie wkroczyli przeganiając stamtąd Niemców, to jeden z Ruskich dobierał się do jego córki. Broniła się biedaczka jak mogła, ale szans nie miała żadnych. W ostatniej chwili, kiedy mołojec miał ją już pod sobą, przybiegł znad jeziora Hryhor, złapał gwałciciela za chachół jedną ręką, podniósł z dziewczyny, poniósł dwa kroki jak kociaka i przydusił do ściany. Gwałciciel najpierw fikał w powietrzu nogami, potem sfajtał się w na pół opuszczone portki, potem pochrząkał, wreszcie bluznął krwią na ścianę i zwisnął bezwładnie w rękach Hryhora. Wtedy ten go puścił, nie znęcał się wcale, tylko zwolnił żelazny uścisk. Napastnik opadł na podłogę jak zmięta szmata i nawet nikt go nie próbował cucić.
        Hryhorowi nic innego nie pozostało, jak wziąć nogi za pas i przyłączyć się do grupy polskich uciekinierów, zanim władze radzieckie odnalazły kochliwego wojownika rozmiażdżonego na ścianie Hryhorowej chaty. Tak przywędrował do naszego miasteczka i żył spokojnie jako siłacz-niemowa. Teraz widocznie coś się z nim stało, albo się zbiesił, a może poznał w popie swoją wiarę i mowę, która niewiele różniła się od mowy w jego wsi i stanął w obronie swoich świętości, tak jak kiedyś stanął w obronie cnoty swojej córki. Bronek zorientował się, że to nie żarty, popatrzył tylko krzywo na Hryhora i powiedział:
        - Dobra jest, niech tam. Kto by chciał krzywdzić świźtą osobę...
        Wycofaliśmy się jak niepyszni pozostawiając w spokoju popa i jego trzódkę.
        Nie mogłem pojąć, skąd tu na Mazurach pop, ruska mowa, cerkiew i prawosławny obrządek, ale nie było czasu na rozważania - mieliśmy ważniejsze sprawy do załatwienia. Choć po tym incydencie pod cerkiewką upadłem nieco na duchu. To prawda, potrzebowałem pieniędzy, no bo rodzice, bo dziecko w drodze, bo Baśka. Ale rodzaj pracy zaczynał mi się nie podobać. Nawet nie mógłbym powiedzieć, dlaczego; ostatecznie Niemców trzeba było niszczyć i zabijać wszędzie, to był zasadniczy imperatyw i bezdyskusyjna prawda. Ale jakoś zmalał mój zapał. Nic jednak w tej chwili nie mogłem zrobić, nawet nie mogłem zdradzić się ze swoimi myślami. Na pewno Bronek znalazłby sposób na pozbycie się obrońcy Szwabów i "foksa?. Milczałem więc i czekałem na rozwój wydarzeń.
        Postanowiliśmy przenocować we wsi, jako że było to ciche miejsce, i następnego dnia raniutko ruszyć w drogę powrotną. Podróżowanie nocą nie było rzeczą bezpieczną, a zresztą nie było się co spieszyć. Bractwo porozłaziło się po różnych kątach. Noc była wiosenna, ale jeszcze chłodna. Nie czuliśmy żadnego zagrożenia, pozajmowaliśmy więc co lepsze chaty na wypoczynek. Niektórzy rżnęli w karty, inni pokładli się do łóżek pod pierzyny, jeszcze inni woleli siano i stodoły. W chatach nikt z miejscowych nie nocował, kto żyw skrył się w cerkwi. Wieść się już rozniosła, że cerkiew jest bezpieczna. Hryhor zajął stanowisko w jej pobliżu, położył się na ganku jak pies, podścielił sobie tylko wiązkę siana na gołe dechy. Lepiej było mu nie wchodzić w drogę.
        Ja postanowiłem pochodzić sobie po wsi, dla uporządkowania myśli. Stanąłem nad strumykiem przepływającym w pobliżu jednej gospodarki i przysłuchiwałem się wiosennym szmerom. Zastanawiałem się, jakie tu mogą żyć pantofelki, czy takie same jak w moim podgórskim strumyku i zastoiskach, czy też i tu mógłbym znaleźć Tłuściochów czy Przypłaszczonych - myślałem z pewną nostalgią. I nagle czas spędzony w mojej samotni wydał mi się tak piękny, tak pełen spokoju, tak wiele dający zadowolenia. Siedzisz sobie i patrzysz w mikroskop, a w nim cały świat stworzonek żyje swoim życiem, nic go nie obchodzi wojna, polityka, pieniądze, wyznanie, narodowość... Tamten świat wydał mi się wyjątkowo piękny po dniu pełnym plądrowania, zarabiania, po ataku na bezbronnego gościnnego staruszka, chociaż Szwaba.
        Postanowiłem wtedy, że muszę się stąd wydostać, że to ostatnia moja wyprawa. Zbiorę swoją dolę i zrobię wszystko, by do pantofelkowego świata wrócić. Nie żebym czuł jakieś wyrzuty sumienia. Nie byłem romantykiem i nie rozczulałem się na jakimś staruchem. Po prostu mi to zbrzydło. To nie było to, czego szukałem. Był to drugi, po owym znalezieniu mikroskopu, decydujący moment, który zaważył o moim prawdziwym zawodzie.
        Stojąc tak nad strumykiem i dumając o paramecjach usłyszałem w ciemności ciche kroki, jakby ktoś się skradał pod szopą. Wytężyłem wszystkie zmysły i wkrótce zobaczyłem jakąś postać pod jednym z zabudowań gospodarczych. Nie był to nikt z naszych - nie poruszałby się tak ostrożnie i cicho, zresztą większość kompanów mocno spała po różnych kątach. Choć nasze zapasy wódki skończyły się już dawno, powywlekano z domowych apteczek przeróżne nalewki spirytusowe, domowe leki, znalazło się też doskonałe niebieskie wino z chabru, tutejsza specjalność. Dość, że bractwo spało już snem niewiniątek.
        Czekałem pod wierzbą na zbliżającą się w moim kierunku postać. Teraz już byłem pewien, że to dziewczyna w długiej szarej spódnicy myszkująca po zabudowaniach gospodarskich. Inna grupa szabrowników - pomyślałem - ale skąd dziewczyna? Musi miejscowa, ale co robi sama we wsi opanowanej przez bandę szabrowników? Wreszcie podeszła tak blisko do mnie, że nie wytrzymałem i postanowiłem zobaczyć ki diabeł. Dobrze wymierzonym ruchem chwyciłem ją mocno za rękę i ścisnąłem aż do bólu, uniemożliwiając ucieczkę czy próbę wyrwania się.
        Dziewczyna stanęła, ale nie wydała okrzyku, nie wołała o pomoc. Patrzyła mi prosto w oczy, mimo ciemności doskonale to czułem, i coś szeptała. Zorientowałem się, że modli się po cichu. Lewą rękę trzymała w dużej kieszeni luźnej długiej spódnicy. Zauważyłem też, że nie modli się ani po polsku, ani po niemiecku, modli się innym językiem, zrozumiałym dla mnie, ale nie po naszemu. Coś jakby z ruska - pomyślałem. - Co u czorta z tymi Ruskami? Cerkiew, pop, krzyż prawosławny i teraz jeszcze ta rozmodlona poniemiecka dziewucha na naszych "Ziemiach Odzyskanych? mamrocze po rusku! Diabli nadali! Ale trzymałem ją mocno, nie wiedząc, co począć. Wreszcie warknąłem niezbyt głośno:
        - Co tu robisz, ścierwo!? Kraść ci się zachciało, ty... - i już chciałem bluznąć zwykłą wiązanką, kiedy pomyślałem, jak śmiesznie musi brzmieć obwinianie kogoś o kradzież przeze mnie, członka szabrowniczej bandy. Refleksje nie popłacają, obniżają tylko nasze zdolności bojowe...
        Dziewczyna przestała się modlić i odezwała się mieszaniną polsko-słowiańską:
        - Ja zdzieszna, rebjatam w cerkwi. Nada szto na snidanie prigotowić, a batiuszka niczewo nie imiejet, on swiatyj czełowiek, nie prigotowilis na takoje nieszczastie. Pazwoltie, dobry pan...
        Przeszedłem na niemiecki i spytałem groźnie:
        - Was hast du da!? Etwas gestohlen? - i wskazałem groźnie na kieszeń. Znów przyszło mi na myśl, że głupio gadam, no bo i co mogła kraść miejscowa dziewczyna w rozszabrowanych chatach dla przygotowania posiłku dzieciom schowanym w cerkwi? Pokazała mi kilka jaj, pajdę chleba, kawał kiełbasy. Puściłem jej rękę, ale nie uciekała. Chowała powoli swą zdobycz do obszernej kieszeni i zauważyłem, że było tam coś jeszcze.
         - A to co? - spytałem ostro.
        Popatrzyła mi prosto w oczy.
        - Messer.
        - O ty, swołocz! Ja do ciebie jak do człowieka, a ty na mnie z nożem? Ja ci, kurwa, pokażę! - i już szykowałem się, żeby jej dać nauczkę i przede wszystkim wyrwać nóż z ręki. Ale nie było potrzeby. Wcale nie zamierzała się na mnie nożem, nawet go nie dotykała. Patrzyła mi wciąż prosto w oczy, w bladym świetle księżyca widziałem jej regularną twarz, na głowie szarą chustę z białą obwódką, szarą narzutkę na białej koszuli i ciemniejszą nieco, długą pofałdowaną spódnicę.
        - To nie na ciebie - wyjaśniła rzeczowo po niemiecku. - To na mnie - dotknęła palcem własnej piersi. - Zabieramy zawsze nóż ze sobą, jak wychodzimy na wieś. Jakby nam coś zagrażało, wiem dokładnie, co zrobić. Nauczyłyśmy się tego. O tu - pokazała delikatnie pod lewą piersią - jak się nie pomyli, to nie trwa długo i nie boli. Nie boli - powtórzyła jeszcze, jakby chciała się upewnić.
        Popatrzyłem na nią. Była prawdziwie piękna w księżycowej poświacie. Przypomniałem sobie, jak pisałem w szkole wiersze o takiej właśnie dziewczynie, której na czole zawisła pajęczyna, a wszystko to w świetle księżyca. Dziecinada, a prześladuje przez całe życie - pomyślałem, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, że istnieją dziewczyny, które noszą w kieszeni nóż i wyćwiczyły się w sposobach popełniania samobójstwa...
        Przypatrzyłem się jej jeszcze raz dokładniej. Była drobna, delikatna w budowie, piekielnie zgrabna i kobieca. Koloru oczu ani włosów nie było widać, ale twarz miała bardzo regularną. Piersi kształtne i wydatne mocno opinała biała koszula. Mogła mieć z siedemnaście, góra osiemnaście lat.
        - Dziewczyno - powiedziałem - uciekaj szybko do swojego schowka, czy nie widzisz, że tu niebezpiecznie? Niech no by cię moi zobaczyli...
        Jacy to moi? - pomyślałem. Zauważyła moje wahanie i natychmiast to wykorzystała, bo odezwała się rozbrajająco:
        - Nie mogę wracać, bo jeszcze nie uzbierałam dość jedzenia dla moich dzieciątek - tak powiedziała: Kinderchen - i znów popatrzyła mi prosto w oczy.
        Zrozumiałem. Bez namysłu pociągnąłem ją w stronę chaty, którą zajmowałem z jednym tylko kompanem. Nie stawiała oporu, może zaufała mi, a może pewna była swego noża. Wiedziałem, że w kuchni jest nieco wiktuałów, była jakaś mąka, kasza, groch, jakieś zaprawy, chyba też mięso w weckach. Po cichu wśliznęliśmy się do chaty, zaprowadziłem dziewczynę do mojego pokoju, a sam z małą świeczką wybrałem się do kuchni myszkując za jedzeniem dla jej dzieciątek. Wyprawa była owocna. Wkrótce miałem w torbie to, co mogło się przydać uciekinierom pozostającym pod opieką popa i Hryhora. Wróciłem do izby. Dziewczyna czekała spokojnie, nie uciekała, pewnie domyśliła się, co robię. Nagle usłyszałem w sieni człapanie. To Franek szwendał się po chacie obudzony naszym przybyciem.
        W dziewczynę jakby wlazł diabeł. Zerwała nagle przykrycie głowy, zburzyła ręką gładko uczesane i zaplecione piękne blond włosy, zwinnie wsunęła się pod pierzynę i lekko, leciutko rozchyliła dekolt w swojej białej, lnianej koszuli, komenderując obcesowo:
        - Rozbieraj się i wchodź pod pierzynę!
        Nie dowierzając temu, co widzę i słyszę (ostra musi być - pomyślałem - jak to pozory mogą człowieka zmylić w łóżkowych sprawach), rozchełstywałem w pośpiechu koszulę i już zacząłem niepewnie grzebać przy portkach, gdy Franek wetknął głowę w drzwi:
        - A to szczęściarz z ciebie, przeszukaliśmy całą wieś i nic, a tobie sama w łóżko wlazła - zarechotał i wycofał się subtelnie z izby.
        Zrozumiałem. Instynkt, a może doświadczenie kazało odegrać jej tę scenkę. Wiedziała, że gdyby kompan zastał nas na konwersacji, szczególnie po niemiecku, nie zostawiłby nas w spokoju. Czułby się współkompanem, natomiast w tak niedwuznacznej sytuacji męska solidarność wzięła górę. Rozumowanie było poprawne i, jak się okazało, bardzo skuteczne.
        Mamy noc dla siebie - marzyłem. - Krew nie woda, majtki nie pokrzywy - dodawałem sobie odwagi. Zbliżyłem się do łóżka i nachyliłem się nad dziewczyną. Zapach jakichś ziół, rumianku czy macierzanki, zapach świeżości odurzył mnie i podniecił. Wsunąłem się pod pierzynę i dotknąłem delikatnie jej piersi, ale dziewczyna stanowczo postawiła się:
        - Nein! - nie broniła się jednak, zdając sobie widocznie sprawę, że w tej sytuacji wszelka obrona i tak byłaby nieskuteczna. Zauważyłem jednak, jak sprawdza, czy nóż jest pod ręką. Zrozumiałem jej determinację i zaprzestałem niechcianych karesów. Dziewczyna przyjęła to z ulgą. Leżeliśmy grzecznie obok siebie nasłuchując, co robi Franek. Ten wrócił na swoje leże i zaczął chrapać. Już chciałem na powrót zabierać się do amorów, gdy dziewczyna przytuliła się do mnie i zaczęła cicho płakać, jak skrzywdzone dziecko. Pomyślałem sobie, że to naprawdę dziecko jeszcze, pewnie dziewica. Postanowiłem nie płoszyć jej i jeszcze nieco odczekać. Byłem najlepszych myśli. Uspokoiła się rzeczywiście, jakby zapadła w sen. Przysunąłem się nieco do niej, ale kiedy tylko poczuła, że się poruszyłem, przytuliła się do mnie mocniej przez sen. Jak do ojca - pomyślałem. Leżałem tak rozmyślając o dziwnych kolejach losu, o Baśce w ciąży, o pani Beacie cieszącej się ze spodziewanego maleństwa, mimo wszystkich udręk powojennego życia wdowy, o gościnnym chłopie tak brutalnie potraktowanym przez Bronka i wreszcie niespodzianym zachowaniu się Hryhora. Tak zatopiony w odurzającej pasywności usłyszałem cichą skargę, wypowiedzianą jakby przez sen, po niemiecku:
        - Czemu Bóg tak ciężko nas doświadcza? I żeby tylko nas, dorosłych grzeszników - widać zaliczała się do dorosłych - ale czemu skazuje na cierpienia niewinne dzieci, starców, co całe życie nie splamili się niegodziwością i bluźnierstwem czy skargą? Kiedy to wszystko się skończy...
        Jej cicha skarga zamieniła się w modlitwę, tę samą, którą szeptała, gdy ją złapałem pod wierzbą. Też nie ma lepszej okazji do wnoszenia prawosławnych modłów, tylko leżąc z chłopem w łóżku - rozważałem. - Jak to z tymi dziewczynami nigdy nic nie wiadomo... Nie przeszkadzałem jej. Jak się pomodli, to potem będzie łatwiej - pomyślałem. Wyraźnie uspokajała się przytulona do mnie.
        - Ja tu bluźnię na Boga miłościwego, a dzieciątka moje jutro nie będą miały co jeść - odezwała się nagle z wyrzutem do samej siebie. - Bóg wie, co robi, to tylko my tego nie rozumiemy. Boże, przebacz - zaczęła żegnać się po swojemu.
        Zauważyłem, że od dobrej chwili nie zaciska już ręki na zbawiennym nożu. Podniosłem się powoli z łóżka, porządkując swoją garderobę. Dziewczyna zrobiła to samo, zgrabnym ruchem uporządkowała piękne włosy i podniosła obie ręce zakładając na głowę chustę upiętą jak czepek. Była naprawdę śliczna i zgrabna. Dopiero teraz przypatrzyłem się jej dokładnie. Migotliwe światło ogarka dodawało scenie uroku. Miała okrągłą regularną twarz, wydatne usta, ciemne brwi i rzęsy, co przy słomianego koloru włosach ujętych w szary czepeczek dodawało scenie prawie perwersyjnego uroku. Jak zakonnica z pamiętników Casanowy - pomyślałem. Zauważyłem też, że wsuwając się do łóżka zrzuciła tylko polowe buciory i zdjęła chustę z głowy; przez cały czas otulona była aż do stóp w długą, ciężką spódnicę z mocnym paskiem skórzanym i prawie wojskową sprzączką, na której zamiast "Gott mit uns" były jakieś kościelne symbole. Stopy miała nadspodziewanie małe jak na takie buciory, a zgrabną kibić podkreślała jeszcze gruba spódnica z ciężkim pasem. Ruchy, choć skromne, niepozbawione kobiecej kokieterii - pomyślałem. Ot, choćby to zakładanie czepeczka na głowę, kiedy tak pięknie pokazała kształtne, pełne piersi. Nawet przez grubą koszulę zarysowywały się ostre koniuszki.
        Przysunąłem się do łóżka i zacząłem całować najpierw delikatnie jej brwi, potem usta, rękę wsunąłem pod koszulę dotykając pożądliwie twardych piersi. Nie broniła się, zamknęła tylko oczy, ale nie oddawała pocałunków; poddawała mi się biernie jak w hipnozie.
        - Nein, bitte, nein - usłyszałem powtarzane wiele razy.
        Jak można się kochać ze szlochającym rozpaczliwie dzieckiem? Powoli wycofałem rękę zawiązując tasiemkę ujmującą pod szyją jej bluzkę. Ciężko byłoby na siłę dobrać się do tak zapakowanego skarbu... nie używając sowieckiej techniki - zastrzegłem się w duchu. Dziewczyna otarła łzy piąstką (jak dziecko - pomyślałem) i uporządkowała szybko swoją garderobę. Nie zakładała ciężkiej narzuty, w pokoju było ciepło, i piersi jej sterczały nieskromnie, ale najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Była trochę zakłopotana nagłym wybuchem intymności i spoglądała na mnie niepewnie z tym odwiecznym dziewczęcym zapytaniem w oczach: co on sobie o mnie pomyśli?
        Nagle dziewczyna zupełnie się odmieniła. Stanęła przede mną wyprostowana, dumna, z rękami ułożonymi na biodrach, spojrzała mi prosto w oczy, jakby podjęła jakąś ważką decyzję i powiedziała bez zmrużenia powiek, że ona wcale tego nie chce, ale jeżeli ja muszę, jeśli mi to pomoże, to ona gotowa, no, jakby to powiedzieć, gotowa się poświęcić, powiedziała bez zająknięcia, mateczka pewnie zrozumie i wybaczy...
        Nie czekała na moją reakcję, zresztą musiałem wyglądać strasznie głupio; takie ogarnęło mnie zdumienie, że nie wiedziałem, co mam robić. Chyba nawet rozdziawiłem jołopowato gębę. Dziewczyna tymczasem położyła się na łóżku. Prosto, na plecach, ręce skrzyżowała na piersi, nogi ułożyła prościutko i przykryła się do samych kostek długą, ciemną spódnicą. Spod spódnicy wystawały tylko zgrabne nogi odziane w grube, wełniane, czarne pończochy. Leżała spokojnie, oczy miała przymknięte, a wargi lekko zaciśnięte, jakby oczekiwała bolesnego zastrzyku.
        Siadłem na brzegu łóżka. Nie poruszyła się, tylko piersi zaczęły falować szybciej. Pogłaskałem ją po buzi, ręką dotknąłem warg i powoli zacząłem rozwiązywać tasiemkę pod szyją, którą sam przed chwilą starannie zawiązałem. Sięgnąłem ręką głęboko. Westchnęła i wyprężyła się. Powoli podniosłem długą suknię aż do samego szerokiego paska. Czułem pod palcami grube pończochy podciągnięte daleko za kolana, przypięte żabkami do białych gumek przyszytych do lnianego, świeżo wykrochmalonego staniczka. Staniczek był zasznurowany mocno na biodrach i zawiązany na kokardkę. Powoli uwalniałem spod tasiemek sprężystą skórę na biodrze... Zacząłem się plątać w tasiemkach, głaszcząc podbrzusze. Dziewczyna nie reagowała; oddychała tylko głęboko, nie broniła się, ale też i nie zachęcała żadnym najmniejszym odruchem.
        Spełnia ofiarę - myślałem ponuro, czując, jak całe podniecenie mnie opuszcza. Bezradny, położyłem się obok niej i przytuliłem głowę do jej obnażonych piersi. Czułem jak ich koniuszki nabrzmiewają, ale nic mi to nie pomogło. Czy to ze względu na zaplątanie się w tasiemkach stanika i majtek, czy na temperaturę w pokoju, wszelka ochota mnie odeszła. Leżałem cichutko nie wiedząc, co zrobić.
        Dziewczyna otworzyła oczy, poprawiła sznurówki, przykryła się spódnicą, przykryła biust koszulką, a potem ujęła obiema dłońmi moją głowę i ucałowała mnie lekko w czoło.
        - Danke, Gott sei dank - i jakby nigdy nic zapytała, czy nie mam ochoty na herbatę. Zaprzeczyłem ruchem głowy i leżeliśmy tak w nocnej ciszy. Byłem przekonany, że zaraz mnie zapyta, czy nie trzeba mi pocerować skarpetek...
        Nie spaliśmy. Nie wiem, o czym myślała, ale ja zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak ma na imię. Nie powiem, żeby mnie to teraz specjalnie interesowało. Nie miałem nastroju na wdawanie się w intymne rozmowy i zwierzenia, ale sama zaczęła.
        - Pewnie dziwisz się, że tak się zachowuję jak wariatka, ale musisz zrozumieć, że ja jestem z zakonu. Ślubowałam dochować czystości, ale nie wiem, co się ze mną stało, nigdy jeszcze nie byłam w łóżku z mężczyzną. My, starowiery, żyliśmy w tej wsi od kilku pokoleń prawie w zupełnej izolacji od świata, nawet Niemcy dali nam spokój, choć używaliśmy i w cerkwi, i w domu język ruski. Dzieci tylko musiały chodzić do niemieckiej szkoły, zresztą wszyscy tu znają język niemiecki, jak widzisz, zupełnie dobrze, ale w domu wszyscy się uczyli po naszemu, baciuszka bardzo tego pilnował. Książek do nauki nie było, ale po co książki, jak były modlitewniki. Są też stare książki pisane po mazursku, tylko innym alfabetem, tym samym, co stare książki niemieckie, a przecież mowę mazurską też rozumieliśmy - mówiła nieco nieskładnie, ale przecie nie była docentem Jagiellonki. - Nawet Rosjanie dali nam spokój. Było parę rabunków i gwałtów - tu zaczerwieniła się. Czyżby i ją zgwałcono? - pomyślałem z przestrachem.
        - Nie, mnie się nic nie stało, ale Praskowia... potem sobie życie odebrała, choć to wielki grzech. Ja od tego czasu mam zawsze nóż przy sobie i wiem, jak się nim posłużyć, przeczytałam w książce lekarskiej, między którymi żebrami jest serce i jak głęboko trzeba wbić nóż.
        - Miałam piętnaście lat, jak rodzice dali mnie do zakonu. Jest tu przy cerkwi nasz zakon starowierów. Wtedy było tylko pięć dziewczyn. W czasie wojny, kiedy chłopaków ze wsi pobrali do wojska, więcej dziewczyn przyszło do zakonu, nawet była jedna Polka, którą baciuszka, nasz pop, przyjął po kryjomu, bo to było zakazane. Ale z naszych była, nie ze starowierów wprawdzie, ale prawosławna z Białostocczyzny... - nie była pewna, czy mnie to interesuje, ucichła na chwilę, ale że nie reagowałem, ciągnęła dalej. - Ja nazywam się po zakonnemu Atanazija, ale z domu jestem Gertruda Rutke. O, tam niedaleko - wskazała w kierunku okna - jest mój dom.
        Spojrzałem we wskazanym kierunku. Na dworze było jeszcze ciemno i nic nie zobaczyłem. A Gertruda zreflektowała się:
        - Boże moj - zawołała z przestrachem. - Ranek się zbliża, za chwilę słońce wzejdzie, mateczka nasza ze strachu umiera, co się ze mną stało. Wysłała mnie po prowiant, a ja tu sobie pogaduję - skromnie zapomniała o łóżku i o pokusach. To i dobrze - pomyślałem. Nie miałem ochoty dodawać zgryzot do jej spokojnego życia.
        Podniosła z podłogi swoje zawiniątko i włożyła z powrotem do obszernej kieszeni spódnicy, wzięła też ode mnie siatkę z naszykowanym prowiantem dla jej dzieciątek. Wyszliśmy po cichutku, żeby nie zbudzić Franka, kto wie, może by chciał "na drugiego", no bo jak dziewczyna poszła do łóżka z jednym, to dlaczego nie miałaby pójść z drugim? Ostatecznie po to jest i po to to ma, gadali chłopaki. Pewna racja w tym jest, nie da się ukryć. Nie stosowało się to jednak do naszej sytuacji, więc zaoferowałem jej ochronę, ot - na wszelki wypadek. Zbliżyliśmy się do cerkiewki, ale ona znała swoje ścieżki, uścisnęła mi rźkź, powiedziała: "Bóg zapłać, będę się za ciebie modliła do naszej świętej Patronki? i znikła nagle uchylając jej tylko znaną deskę w wysokim płocie, ogradzającym gospodarskie zabudowania cerkiewki i zakonu.
        Hryhor pełnił swoją ochotniczą straż pochrapując pod gankiem wiodącym do cerkwi. Dla takiego wszystko jest proste - ma swojego Boga, wie, kogo bronić, ma krzepę... Wróciłem na swoje puste łoże i żałowałem, że byłem taki głupi i nie przerżnąłem jednak prawosławnej ślicznotki. Jeszcze bardziej by się pewnie za mnie modliła do swojej patronki - dodawałem sobie animuszu. - Taka okazja się więcej nie zdarzy - żałowałem po czasie.
        Rankiem, czuć świt, skrzyknęliśmy się wszyscy przy ciężarówce, upchali wszystko, co było wartościowe, poprzewiązywali linami, resztę porzuciliśmy na małym placyku, na którym jeszcze stał postument po pomniku, pewnie jakiegoś Hindenburga czy Bismarcka. Jak przewidywaliśmy, dla nas nie było w samochodzie miejsca. Bronek siadł za kierownicą, my wskoczyliśmy na rowery i powoli ruszyliśmy do Polski.
        Przez parę kilometrów Bronek jechał powolutku po wybojach, podążaliśmy za nim gęsiego. Nagle na asfaltowej szosie uderzył w gaz i szybko zaczął się oddalać. Pośpieszyliśmy za nim, ale Bronek przyspieszał coraz bardziej. Najpierw wysiadł kulawy Jasio.
        - Chłopaki - krzyknął zasapany - ja nie daję rady, jak ten skurwysyn nie zwolni... - zatrzymał się, zsiadł z roweru i wyciągnął się w rowie. - Spotkawa siź w najbliższym miasteczku - krzyknął jeszcze za nami.
        Pędziliśmy dalej, ale rzecz wyglądała coraz bardziej podejrzanie. Czy on zwariował? - myślałem. Wkrótce nie można było mieć wątpliwości: Bronek uciekał przed nami z towarem. Mnie było w zasadzie wszystko jedno. I tak chciałem się urwać już od tego towarzystwa, nawet gotów byłem zrezygnować ze swojej doli, jak sobie przypomniałem brodatego starowiera walącego się jak snop pod nasze nogi i ten bochen chleba toczący się po wygrabionych rabatach. Postanowiłem jednak czekać na rozwój wypadków.
        Tymczasem pędziliśmy jak szaleni za perkoczącym holcgazem, a peleton coraz bardziej się wydłużał - jeszcze ze dwóch czy trzech kompanów spasowało na poboczu, ale reszta gnała dalej. Było jednak do przewidzenia, że Bronek nas wykołuje. Nagle sytuacja przyjęła zupełnie inny obrót. Coś z samochodem zaczęło być nie tak, perkotał głośniej, potem silnik zaczął pokasływać, samochód zwolnił, wreszcie zatrzymał się na poboczu. Byliśmy kilkaset metrów za nim i zbliżaliśmy się szybko, każdy z nas wściekły na oszusta. Ja zwolniłem, nie chciałem wdawać się w bójkę, bo do bójki teraz dojść musi, byłem pewien. Bractwo było zbyt rozwścieczone.
        Widziałem, jak Bronek wyskoczył z ciężarówki i zaczął wrzucać kostki drzewa do wieżyczki paleniska. To był błąd. Gdyby natychmiast zaczął strzelać, może by nas utrzymał w szachu, uruchomił silnik i nawiał, ale on dopiero teraz sięgnął po gnata, jak już jeden z nas był za samochodem. Strzelił, nie trafił. Powtórzył i widocznie zranił tylko napastnika, bo ten zawył z bólu i tarzał się po asfalcie za samochodem, zraniony chyba w brzuch. Bronek wycelował do następnego z nas, strzelił, ale nie trafił i tylko powietrze z tylnego koła zaczęło ulatniać się z sykiem. Bronek chciał poprawić, ale okazało się, że miał tylko trzy pociski w magazynku.
        Ferajna otoczyła go kołem, nikt nie chciał zacząć naparzanki, wiedzieli, co za siłacz z Bronka. Ten tymczasem próbował obrócić wszystko w żart:
        - No chłopaki, popedałowaliźwa sobie, popstrzykali, a teraz jazda dalej.
        Ale było już za późno. Może gdyby nie ranny tarzający się w piachu, chłopaki by mu podarowali, mówię może, bo kto przewidzi reakcję zdradzonego szabrowniczego gangu. Tymczasem jednak stali niezdecydowanie w półkolu. Bronek już nawet gnata schował do kieszeni, w ręku trzymał tylko olbrzymi przegarniacz paleniska.
        Pierwszy ruszył Hryhor uzbrojony tylko w pompkę od roweru.
        - Ty na baciuszku ruku podniał. Ty sobaczyj syn.
        Nadspodziewanie zręcznie odparował Bronkowe uderzenie, pompka zgięła się, ale Hryhor złapał Bronka za rękę, w której ten trzymał przegarniacz. Coś chrupnęło, jakby kto złamał gałąź owiniętą w koc i przegarniacz potoczył się na ziemię. Bronek zbladł, ale nawet nie wrzasnął. Mimo złamanej ręki zamierzył się na Hryhora i walnął go lewą. Hryhor się nie osłaniał, przyjął cios nawet nie uchylając głowy i powoli, jak na zwolnionym filmie, chwycił Bronka za gardło, podniósł z ćwierć metra nad ziemię, poszedł z nim ze dwa kroki pod starą sosnę, przyparł go tak wiszącego do pnia i drugą pięścią rozmaślił mu głowę na pniu. Trzymał go jeszcze chwilę w tej pozycji, mocniej przygniótł do drzewa, słychać było tylko, jak pękają żebra, i puścił. Ciało Bronka opadło pod sosnę. Nie wyglądał teraz wcale tak mocarnie. Ot, kupka ubrana w wyszarzałą marynarkę, z rozpływającym się okiem gdzieś na kołnierzyku brudnej koszuli. Na korze sosny nawet nie było widać zbyt wiele krwi. A może to naturalny czerwonawy kolor złuszczyny sosnowej maskował Bronkową krew?
        Hryhor nie odezwał się słowem, odwrócił się do ferajny, zaszczerzył zębami jak osaczony pies, przeszedł między nami, jakby nas nie widział, podszedł do swojego roweru, przerzucił nogę nad siodełkiem i popędził z powrotem. Pewnie do wsi, do cerkwi, do swojego popa, do swojego świata.
        Popatrzyliśmy na siebie w zakłopotaniu, jakby zawstydzeni, że Hryhor za nas całą robotę tak szybko i solidnie odwalił. Trzeba przyznać, może aż za solidnie...
        Samochód nie nadawał się do jazdy, kto by wtedy miał zapasowe ogumienie? Każdy zaczął kręcić się niewyraźnie, jakby sobie przypomniał, że w domu zostawił kuchenkę gazową z karmonadą na patelni. Chłopaki zaczęli oglądać się za swoimi rowerami i powoli, jeden za drugim, w dużych ostępach ruszali; jedni szosą, inni woleli najbliższe ścieżynki, byle w las, byle daleko od rozmaślonej głowy prowodyra. Rannego umieścili na drewnianych noszach podwieszonych między dwoma rowerami.
        Zostałem sam siedząc w rowie. Kilkanaście metrów od sceny wydarzeń, jakby powiedział reporter. Głupio się przyznać, ale zrobiło mi się mdło. Od dzieciństwa nie znosiłem widoku krwi. Nie było na to rady, nie mogłem się opanować i musiałem się wyrzygać. Siedziałem tak nie wiem, jak długo. Zbliżało się południe, słońce zaczęło grzać, usłyszałem wiosenne muchy. Brzęczały już nad ciałem Bronka. Zwymiotowałem jeszcze raz gorzką śliną, potem zerwałem się, podbiegłem do samochodu, zdarłem jakiś koc czy kapę i trzymając ją przed sobą, powoli, żeby się nie przewrócić, zbliżałem się do tego, co było Bronkiem.
        Nie patrząc na rozpływające się oko (to oko najbardziej mnie przerażało) rzuciłem kapę na ciało. Teraz dopiero zauważyłem, że była to ciemnozielona, aksamitna kapa z wytłoczonym wzorkiem jakichś egzotycznych kwiatów, chyba hibiskusów. Zerwaliśmy ją z jakiegoś łóżka, bo łatwo było w Polsce ją opchnąć. Używało się takich kap dla ochędożenia mieszkania na dzień, po starannym zasłaniu piernata i wyrównaniu pierzyny kijem od szczotki na kant. Kapa pasowała do trawy, ciało skryło się pod zielenią aksamitu. Ulżyło mi. Spędzone muchy zajęły się teraz resztkami mózgu Bronka na pniu sosny, ale to mi już nie przeszkadzało. Usiadłem w cieniu samochodu i zacząłem zastanawiać się nad sytuacją.
        Mam rower, odpocznę trochę, jutro rano będę w domu. Do miasteczka było teraz zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Nawet jak nocą nie będę mógł jechać, to i tak najpóźniej jutro wieczorem będę na miejscu, nie ma się co spieszyć. I tak zdrzemnąłem się w cieniu samochodu, odrabiałem nieprzespaną noc spędzoną bezrozpustnie z prawosławną siostrą. W drzemkowych majakach znów byłem w łóżku z Gertrudą, tylko już nie tak niewinnie, a potem Gertruda nagle zamieniła się w Barbarę z dużym, ciężkim brzuchem. Zastanawiałem się, jak to możliwe, żeby tak szybko brzuch urósł, przy tym nie pamiętałem, co było między nami kilka miesięcy temu, ale co było tu, na sianie przed chwilą z Gertrudą. Getruda zapewniała, że będzie się za mnie modliła, że ona tego wcale nie chciała, ale robienie rzeczy nieczystych samemu z sobą jest grzechem większym niż robienie tego z dziewczyną, choćby z zakonnicą. Taka była jej interpretacja katechizmu po fakcie.
        Z przydługiej drzemki ocknąłem się dobrze po południu. Szosa była już w cieniu, robiło się chłodnawo, a ja tylko w koszuli. Ubrałem się szybko i chciałem już jechać. Nawet mi na myśl nie przyszło zająć się porzuconym przez wszystkich zdobycznym bagażem, a zresztą, co weźmiesz na stary, zdezelowany rower w kilkudziesięciokilometrową drogę, pomyślałem. Już z nogą na pedale przeszło mi przez myśl: "A co z Bronkiem?? i gorącość mnie opanowała, nieracjonalna zgroza, jak na nim te muchy i inne robactwo... Ciarki mnie przeszły, chociaż bzdura była oczywista - bo przecież czy na ziemi, czy pod ziemią, i tak robaki go zeżrą, co to dla niego za różnica. Ale równocześnie przypomniałem sobie, jak kiedyś przepadła mi w górach koza, moja ulubiona Pyćka, figlarna taka, i potem jak ją znalazłem w rozkładzie. A najgorsze było to, że czy to psy, czy lisy porozwlekały jej wnętrzności po okolicznych kępach trawy. Też mi się wtedy niedobrze się zrobiło. Nie miałem żadnej kapy, ale ściągnąłem swoją koszulę, zebrałem, co zebrać się dało po mojej Pyciuni, wygrzebałem dół, zasypałem i przykryłem wszystko najładniejszym kamieniem, jaki mogłem na hali znaleźć. Po tym jakoś lżej mi było myśleć o tej figluśce.
        Opanowany tymi myślami z determinacją zdjąłem nogę z pedału, starannie odstawiłem rower pod nieco dalszym drzewem, jakby chcąc wygrać na czasie, otworzyłem szoferkę, wyciągnąłem łopatę i zacząłem kopać dół tuż przy zielonej kapie z Bronkiem, żeby go wsunąć, zasypać i nie patrzeć na to rozmaślone oko.
        Za małe pół godzinki (umiałem jeszcze machać łopatą) płytki grób był gotowy. Ziemia była kamienista, ale piasek z kamieniem, nie to co w górach, gdzie nieraz ruszysz łopatą, a tu lita skała. Kopanie grobu i drzemka rozładowały napięcie nerwowe i już spokojniej zabrałem się za pochówek pechowego prowodyra. Pomyślałem, że należy sprawdzić dokumenty w kieszeniach. Po co mają może kiedyś w przyszłości trupa odkopać, odczytać, robić dochodzenia, szukać krewnych czy Bóg wie co. W przypadku Bronka i tak niepotrzebna robota, a może być dużo ambarasu - myślałem. Ostrożnie odchyliłem kapę, ale na tyle tylko, żeby sprawdzić kieszenie spodni i marynarki.
        Też się, cholera, musiał jeszcze sfajdać, zauważyłem, widocznie to opowiadanie o Hryhorze i Rusku w amorach z jego córką było prawdziwe...
        W prawej kieszeni gnat, teraz wystrzelany - niech idzie razem z nim do piachu. Dosyć strzelania. W lewej jakieś śrubki, wentyl samochodowy, kawał łatki, żadnych papierów. W bocznych kieszeniach marynarki też nic ciekawego, jakiś ręcznie pisany bilet kolejowy, podarłem i wyrzuciłem w krzaki (wiadomo, po bilecie można robić dochodzenia, węszyć). Pozostała jeszcze tylko wewnętrzna kieszeń marynarki - pomyślałem z ulgą. Wyjąłem coś w rodzaju portfela, obszarpanego na brzegach, widocznie noszonego latami. W portfelu parę rosyjskich czerwieńców (wtedy była to używana waluta), jakieś kartki na żywność wystawione w naszym miasteczku. Czerwieńce zostawiłem, kartki podarłem i wyrzuciłem. W ostatniej przegródce było jakieś zdjęcie. Popatrzyłem dokładniej - kobieta o nieokreślonym wieku, raczej młoda, ale szczegóły były zatarte, w pozie jak do rosyjskich dokumentów osobistych albo jak po aresztowaniu. Na odwrocie nic, tylko rok 1942 i rozkraczającym się piórem napisane cyrylicą, ciężką, niewprawną ręką - Marija. I nic więcej.
        Nie miałem sumienia podrzeć zdjęcia i wyrzucić. To trochę tak, jakby zabić człowieka. Z drugiej jednak strony nie chciałem fotografii zostawić z nieboszczykiem. Wiadomo, zdjęcia przy nieboszczykach zawsze zwracają uwagę i zaraz podobizny w prasie, poszukiwania. Po co mu to wszystko - pomyślałem i zagrzebałem zdjęcie osobno pod krzakiem jałowca, kilka metrów głębiej w las.
        Już zacząłem zsuwać Bronka w mogiłę, kiedy zauważyłem, że w wyświechtanej marynarce jest jeszcze jedna wewnętrzna kieszeń, po prawej stronie, raczej rzecz niezwykła dla tego kroju marynarki, i postanowiłem sprawdzić, czy czegoś tam przypadkiem nie ma. Wsadziłem rękę i ukłułem się w palec jakąś szpilą. Cofnąłem rękę i zakląłem głośno nad nieboszczykiem. Poczułem się głupio, jakbym się niewłaściwie zachował, prawie gotów byłem go przeprosić za nietakt. Jakie w człowieku tkwią głupie konwenanse - myślałem - przepraszać nieboszczyka z rozwaloną czachą za zaklęcie mu nad głową!
        Wsadziłem rękę ostrożniej i pomacałem. Było tam jakieś zawiniątko. Może dlatego Bronek wydawał się bardziej barczysty i mocarny niż był w rzeczywistości, skoro kieszenie miał powypychane takimi paczkami. Wyjąłem. Była to zwykła niebieska koperta pełna papierów, wsadzona do innej, grubej koperty po jakiejś ofrankowanej przesyłce pocztowej. Przedarłem zaklejoną niebieską kopertą i zrobiło mi się gorąco ze zdumienia: to dopiero klops! Dolary, kupa dolarów. Nigdy jeszcze nie miałem takiej forsy w ręku.
        Z wrażenia przysiadłem nad grobem i zacząłem liczyć. Gdyby mnie w tej chwili ktoś zobaczył, jak liczę pieniądze z nieboszczykiem na poły wsuniętym do grobu u moich stóp, miałby prawo mnie zastrzelić jak psa bez sądu i wyroku. Ale wtedy na bocznych drogach mazurskich całymi dniami nie pokazywały się pojazdy, ludzie, jeśli byli, woleli chodzić sobie tylko znanymi ścieżkami, a jeszcze lepiej przesmykiwać się w szuwarach małymi łódkami czy kryć się w gąszczu. Szabrownicy rzadko zapuszczali się na jeziora.
        Siedziałem tak więc i liczyłem. Setki osobno, dwudziestki osobno, potem jeszcze dziesiątki, było też parę jedynek. Nie żadne pieniądze z banku czy podrabiane; wszystko porządny, przechodzony pieniądz. Razem dokładnie trzy tysiące sześćset dwadzieścia siedem dolarów. Była to olbrzymia suma, nie tylko na moje warunki i nie tylko na tamte czasy.
        - Jezus Maria - mówiłem do siebie. - Jezus Maria... Co z tym fantem zrobić? - zastanawiałem się tępo, a nieboszczyk dyndał nad grobem. Zagrzebać z nieboszczykiem nie zagrzebię, dopiero by to było - znajdują jakiegoś truposza z przegniłą kupą pieniędzy w kieszeni, dopiero by się zaczęło - myślałem sobie.
        Zabrać? - ale to okradanie nieboszczyka. Ale czy można coś ukraść nieboszczykowi, który sam, jak ten palec boży... A może, jak z tą Mariją na fotografii, osobno pod krzak... Ale tyle pieniędzy zakopać bez pożytku? A może wziąć i zostawić pokwitowanie: "Ja, taki to a taki, oświadczam, iż otrzymałem od Bronka (nawet nie wiem, jak się nazywa - pomyślałem z desperacją) otrzymałem 3627 dolarów amerykańskich, słownie...?? I nagle zdałem sobie sprawę z bzdurności pomysłu. Coś mi chyba na mózg uderza - zreflektowałem się.
        Słońce na dobre zaczęło chować się za drzewa, ocknąłem się, schowałem koperty do kieszeni i postanowiłem odłożyć decyzję na potem. Pogrzebałem szybko Bronka i skleciłem krzyż z przyciętych gałęzi. Po wykonaniu tego ludzkiego obowiązku poczułem się jakoś raźniej. Wsiadłem na rower, ujechałem kilkanaście kilometrów, znalazłem pustą stodołę, schowałem rower pod słomę, zaszyłem się w kąt i postanowiłem przeczekać do rana.
        Myśl o fortunie nie dawała mi spokoju. Skąd ten facet mógł wziąć taki pieniądz? A może wrócić do starowierów, może to łup z tej wyprawy. Ostatecznie każdy z nas pracował w dużej mierze samodzielnie, mógł Bronek znaleźć zielone w jakiejś szufladzie i schował nie mając zamiaru oddać do wspólnej zdobywczej puli... No, ale jak wrócisz, zwołasz parafię popową i spytasz, kto trzymał ponad trzy tysiące dolarów w niebieskiej kopercie... Znów bzdurna myśl - pomyślałem.
        Zaraz zaraz, a ten adres na kopercie, może to coś da. Wyjąłem pakunek z kieszeni licząc, że może pieniądze znikły, może zamieniły się w bibułki "solali?. Nie, wszystko było na miejscu. Zapaliłem ostrożnie zapałkę. Kto przyświeca sobie zapałką w stodole? - pomyślałem. W górach gospodarz by mnie widłami z gospodarki wypędził, ale tu i tak wszystko na stratę. Ale adresu żadnego z wytartej koperty nie doczytałem się, był tylko znaczek z Generalnej Guberni, a data i miejscowość nie do odcyfrowania. Schowałem kopertę do kieszeni i starałem się zasnąć.
        Teraz w majakach poczynałem sobie zupełnie śmiało z Gertrudą, która była już bliska rozwiązania i zamieniła się w Baśkę. Baśka z grubym brzuchem mówiła mi, bym bardzo uważał, bo dziecko jest już duże i można uszkodzić, ale mnie to jeszcze bardziej podniecało. Wreszcie podjechał pod stodołę, w której się tak w trójkę kochaliśmy, zaprzęg w trzy konie, nikt z powozu nie wysiadał, był pusty. Wsadziłem teraz już obie ciężarne dziewczyny do środka, spuściłem składany daszek, podciąłem batogiem konie i popędziliśmy oddać dolary popowi. Pędziliśmy wyboistymi leśnymi ścieżkami, aż nagle jeden koń, ten z lewa, zahaczył o gruby rudawy pień sosny, o który rozwalił sobie łeb... Rozmyte oko spływało po korowinie...
        Obudziłem się spocony i zmęczony sennym majakiem. Pod stodołą stała mała furka zaprzęgnięta w niedużego mazurskiego konika i jakiś chłop w rybackim kapeluszu zgarniał słomę widłami i wrzucał na wóz. Postanowiłem nie zdradzać swojej obecności i po jakimś czasie wóz poturlał się. Był ranek.
        Wsiadłem na rower i koło południa byłem w domu. Nie zdradziłem się ze swoim bogactwem, bo i po co. Następnego dnia zgłosiłem się do nowej Rady Miejskiej. Werbowano robotników do rozbierania spalonek i oczyszczania cegły. Takie instrukcje przyszły z góry. Dla niepoznanki podjąłem pracę, ale wiedziałem, że długo w miasteczku nie posiedzę. Zgłosiło się do roboty coś ze dwadzieścia chłopa. W tym czasie podjęcie regularnej pracy fizycznej było czymś niezwykłym. Co innego być rolnikiem, sklepikarzem, rzemieślnikiem, czeladnikiem albo nawet uczniem, ale iść zwyczajnie do godzinowo płatnej roboty na ulicy?
        Dla mnie nie było w tym nic nadzwyczajnego ani upokarzającego. Lubiłem robotę fizyczną, nie miałem lęku przestrzeni, a nogą, choć nieco skrzywioną kalectwem, posługiwałem się sprawnie jak niejeden zawodowy biegacz. Praca polegała na wspinaczce po murach spalonych domów, zakładaniu kotwiczki z linką w słabe miejsce murów spalonki, zgrabnym spuszczeniu się na dół i następnie pomocy przy przewracaniu murów. Robotę mieliśmy zapewnioną na długo, bo prawie całe miasteczko było spalone i przewracające się mury po wiosennych odwilżach stanowiły poważne niebezpieczeństwo przede wszystkim dla dzieci i podrostków, które kochały zabawy w partyzantów, w wieszanie "foksów?, właśnie w dżungli spalonych ścian i sterczących kominów. Na szczęście domy w miasteczku były niskie, najwyższy miał zaledwie trzy piętra, wliczając w to poddasze, niemniej był to problem dla nowych władz.
        Kierownik naszego zespołu, nie wiadomo dlaczego nazywany "kierownikiem budowy? (pewnie taka akurat była pozycja w budżecie), wybierał spalonkę, wydawał sprzęt i potem wołał z nami wszystkimi "hoo-oop?, pomagając rozbujać mur. Po kilkunastu pociągnięciach rozhuśtana ściana waliła się z łoskotem, a my rozbiegaliśmy się w różne strony, aby uciec od chmur pyłu i zabłąkanych cegieł. Jeśli to było możliwe, walono ścianę do środka spalonki, jeśli nie - leciało wszystko na ulicę i zabieraliśmy się do następnej roboty. Nikomu to nie przeszkadzało, bo poza główną ulicą, i tak pilnowaną przez Rosjan, ruchu kołowego w miasteczku nie było.
        Po przewróceniu wyższych murów przyszła kolej na oczyszczanie cegieł i ustawianie ich w regularne sześciany, wedle miary. Cegły musiały być starannie oczyszczone z zaprawy, nie mogły być popękane, stłuczki ustawiało się osobno, a gruz zwykle wsypywało się do obnażonych piwnic.
        Lubiłem tę robotę. Siedzisz sobie na murku, opukujesz cegłę, powoli spuszczasz ją na kupkę, żeby się nie utłukła, bierzesz następną i widzisz, jak ci kupka czyściutkich cegieł narasta, jak ci spalonka spod tyłka ubywa, aż jesteś już na ziemi. Znów włazisz na występ, znów opukujesz - a w międzyczasie widzisz w wyobraźni, jak z tych cegieł domy powstają, jak ludzie się wprowadzają do tych domów, jak dzieciaki wrzeszczą na schodach, jak gruba gospodyni śmieci wynosi na dokładnie wymiecione podwórko, jak kot rozciągnął się na parapecie okna na trzecim piętrze... Takie normalne życie zwykłych ludzi. Myślisz tak, a kawałek spalonki znów ubyło ci spod tyłka... Konstruktywna była to praca, choć polegała na rozwalaniu.
        Bywały też niespodzianki w tej robocie i dni prawdziwej radochy, nie tylko dla ciebie, ale dla wszystkich. Nie zapomnę, jak kiedyś, już będąc prawie na gruncie, stuknąłem młotkiem niby w posadzkę spalonki, a tu głuchy odgłos. Od razu wiadomo - niezapadła piwnica. A w takiej piwnicy można spodziewać się wszystkiego. Stukasz, wywalasz welbunek, wciągasz nosem - spalenizna, stęchlizna, ale czasem także co innego. W spalonce po sklepie spożywczym odkryłem piwnicę - prawdziwą kopalnię cukierków. Nie żeby takich przedwojennych, w papierkach i z zapachem! Ale cała kopalnia skarmelizowanego cukru rozlanego brązowymi jęzorami od ściany do ściany. Kierownik niemieckiego sklepu zachachmęcił jakąś dostawę przydziałów, schował w piwnicy i zamurował na czarną godzinę. Wszystko się sfajczyło, ale do piwnicy ogień nie dotarł. A że gorąca była, cukier, jak w kotle u Piaseckiego, najpierw się rozpuścił, zaczął gotować, karmelizować, potem wszystko powolutku się wystudziło, no i powstały karmelki pierwszego gatunku. A że niektóre miały nieco ziarenek piasku czy jakieś piwniczne rupiecie? A co to dzieciskom szkodowało, co to przez pięć lat cukierka nie widziały?
        Innym znów razem wykopałem cały słój handlowych papierów. Czego tam nie było! I carskie banknoty sturublowe z cesarzową Katarzyną, i niemieckie banknoty na miliony i miliardy z czasów przedhitlerowskich, ale najciekawsze były czeki i obligacje. Można było czytać całymi godzinami, że Szmul Rotszwanc żyruje Mośkowi Kepele tyle to a tyle złotych polskich, że Moira Pieniążek zwróci Srulowi Doberstam tyle to a tyle tego to a tego, a jeśli nie, to ten weźmie na własność jej wózek z warzywami, itp. itd...
        Długo trzymałem te dokumenty w swoich papierach i często do nich wracałem; tak mi przypominały dawne dobre czasy.
        Owszem, spotykałem czasami kompanów z wyprawy na Mazury. Jakoś jednak tak się składało, że albo za późno się zauważaliśmy, by skinąć sobie głową, albo akurat coś ciekawego działo się po drugiej stronie ulicy... Niechętnie wracałem myślami do Bronka, popa i starucha na progu. Czasem tylko Atanazija kusiła mnie swoją niewinnością i biustem pod napiętą lnianą koszulą.
        Popracowałem jako rozbieracz i cukierkowy górnik zaledwie kilka tygodni. Początkowo nie płacono wcale, były tylko darmowe śniadania i obiady, rozdano też stare niemieckie mundury do roboty. Mówiono, że zapisuje się dniówki i jak przyjdzie pora, będzie zapłata. Potem wydawano kartki rysowane ołówkiem na papierze pakowym, opatrzone urzędowymi pieczątkami, upoważniające do pobrania chleba, czasem mąki, mydła lub cukru. Potem przyszły pierwsze pieniądze. Uznałem wtedy, że na mnie pora. Pobrałem ostatnią pensję, kartki na chleb i mydło i już wiedziałem, co dalej robić.
        Oddałem wszystkie zarobione pieniądze i kartki matce. Stosunki w domu nie układały się najlepiej. Pożegnałem się z nią mówiąc niewyraźnie, że muszę jakieś sprawy pozałatwiać w Warszawie. Ojciec podreperował się nieco na zdrowiu, podjął nawet jakąś pracę i całymi dniami przebywał poza domem. Nawet go nie widziałem przed odjazdem.
        Wybrałem się rowerem do lasu, odszukałem starą sosnę, na której jeszcze teraz wisiał partyzancki różaniec, i zakopałem pod nią moje Bronkowe dolary w ciemnej butelce po piwie, zabezpieczywszy starannie korek parafiną. Tylko kilkadziesiąt dolarów zabrałem ze sobą na czarną godzinę i wyjechałem do Warszawy.

(C) wyd. Philip Wilson, Warszawa

wersję sieciową opracował
Roman Antoszewski

Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
luty, 2000
adresy internetowe: XTRA lub IHUG

patrz także:
Polska bibliografia internetowa
(NETOGRAFIA)
Strona domowa