(2.1)
MAZURY
Po powrocie do rodziców
natychmiast musiałem zaprzęgnąć się do ciężkiej
roboty. Tyle spraw się nagromadziło przez czas
okupacji, tyle rzeczy trzeba było uładzić, że całe
dnie, a nieraz i noce miałem zajęte trudnymi, często
nieprzyjemnymi sprawami.
Zaczęło się od szukania i przeprowadzki
na nowe, mniejsze mieszkanie. Rodzice przed wojną
zajmowali dosyć wygodne mieszkanie, które teraz
świeciło pustkami i bardzo kłuło w oczy wszystkich
dookoła. Napływ różnych repatriantów, zabużańców,
byłych więźniów obozów koncentracyjnych był tak
wielki, że PUR lokował przybyszów, gdzie się dało.
Bywało, że dokwaterowywano nowych lokatorów do
większych, "niedostatecznie zagęszczonych?
mieszkań, nie pytając nawet o zdanie właścicieli czy
dotychczasowych lokatorów. Lepiej więc było przejść
na mniejsze mieszkanie i być na swoich śmieciach.
Zresztą rodzinka się rozbiegła. Siostry poszły w
świat, a ja też nie myślałem długo tu zagrzewać
miejsca.
Teraz nawet to mniejsze mieszkanie
świeciło pustkami. Meble wyprzedano w czasie wojny za
żywność. Nabywcami najczęściej byli chłopi z
okolicznych wsi, którzy narażając się na wywózkę na
roboty do Niemiec czy do łagru przywozili do miasta a to
nieco masła czy szynki z nielegalnego uboju, a to czasem
drób. Pieniędzy nikt nie chciał. W którymś
szczególnie ciężkim roku wywędrował w ten sposób
nasz ulubiony bujak, na którym huśtaliśmy się
zapamiętale i wymyślali różne sposoby baraszkowania.
Wywędrowały też krzesła, a metalowy sprzęt kuchenny
trzeba było zdać Niemcom na produkcję armat.
Nowe mieszkanie było
przytulniejsze, ale mimo to strasznie ponure.
Nic z przedwojennej atmosfery spokoju i
zasobności. Dominowała niepewność o każdy dzień, o
każdy moment prawie. Na dodatek ojciec rozchorował się
i wkrótce zostałem jedynym żywicielem rodziny.
Trzeba było zacząć jakoś zarabiać.
Praca w potocznym tego słowa znaczeniu nie była wtedy
najlepszym sposobem zdobycia pieniędzy. W miasteczkach
nad byłą niemiecką granicą wielu mężczyzn i co
dzielniejszych kobiet zajmowało się szabrem. Był to
niezwykle w tych stronach popularny zawód, graniczący
prawie ze sportem, wymagający wiele inicjatywy, odwagi i
sprytu, zawód bardzo ryzykowny, ale często bardzo
lukratywny. Ponieważ wypady bywały niebezpieczne,
bardziej przedsiębiorczy szabrownicy organizowali się w
grupy i zespołowo wyprawiali się na "Ziemie
Obiecane". I ja zaciągnąłem się do jednej z
nich.
Obrotnym organizatorem wielu wypraw, coraz
odleglejszych i bardziej ryzykownych, ale też znanych z
dochodowości, był Bronek Dziamło. Nie cieszył się
zbyt dobrą opinią, miał jakąś przeszłość
kryminalną, ale kto by teraz takie rzeczy pamiętał. W
czasie wojny pracował w cegielni jako strażnik. Choć
dosyć niepozornej postury, silne było chłopisko i
umiał - co było istotne - obchodzić się z bronią.
Nasza grupa składała się z dwunastu chłopa, Bronek
zorganizował jakąś ciężarówkę na "holcgas?,
każdy brał wałówę, wódkę dla zdrowia i hajda w
drogę.
Przewąchaliśmy kilkanaście wsi na
Mazurach bez większego zysku. Jakieś nieliczące się
łupy w postaci połcia słoniny wywleczonej z na pół
zawalonej piwnicy, jakaś stara maszyna do szycia,
trochę narzędzi, pozbieraliśmy nieco broni. Tego było
w lasach pełno, do wyboru i do koloru - niemiecka,
rosyjska, amerykańska z dostaw dla Armii Czerwonej.
Bronek wrzucił parę karabinów do ciężarówki, a
gnata dźwigał za pasem. Dla zabawy mieliśmy kilka
panzerfaustów. Jako dowódca musiał być uzbrojony. A i
niektórzy z bandy też nie byli bezbronni. Po kilku
dniach humory nam się pogorszyły, nic nie można było
już znaleźć, wszystkie wsie były przeszukane,
okradzione, najczęściej też spalone. Większość
miasteczek była obsadzona rosyjskimi wojskami i armia w
sposób systematyczny i zorganizowany oczyszczała tereny
z maszyn, wszelkich urządzeń, rozbierano nawet tory
kolejowe i szyny wieziono na wschód. Niezliczone stada
bydła zasiliły radzieckie kołchozy.
Tak więc w przygasłych nastrojach nasza
banda myszkowała tu i tam. Smutno jednak nie było,
załatwiliśmy jakąś gorzelnię, było co popić, w
jednej wsi wpadły nam w łapy niemieckie dziewczyny,
już wprawdzie przetrzepane nieco przez Armię Czerwoną,
ale zawszeć to spódnice. Chłopaki miały radochę, ja
trzymałem się z boku. Ale zarobku też nie było. Aż
wreszcie któregoś ranka wpadł do naszej izby Bronek z
dobrą nowiną:
- No, chłopaki, dobra nasza,
słyszeliśta te anielskie dzwony raniutko? Nie
słyszeliśta? Do takich grzeszników to nawet dzwony
kościelne nie przemówią. Widzita tą szwabską kirche
tam za jeziorkiem? Musi tam być coś żywego, bo rano
ktoś zwoływał duszyczki na meszkę. A gdzie meszka,
tam jakaś świźta osoba, a gdzie święta osoba, to i
jakieś owieczki. Poskubiewa im z trocha pierza,
chłopaki, i... hajda do domciu.
Przyjęliśmy wiadomość z zadowoleniem i
raz dwa byliśmy gotowi do akcji. Wieczorem jeszcze
zaopatrzyliśmy się w paliwo do samochodu wyrąbując
kawał lasu. I ruszyliśmy w drogę. Przystanęliśmy w
pobliżu wiejskiego kościółka. Cisza. Ani żywej
duszy. Wieś, owszem, piękna, zadbana widać i zasobna.
- Chopaki! - piał ze szczęścia Bronek.
- Złote jabłko, chopaki, szczęściarze z nas - popluł
w dłonie i mocno złapał w łapska obuszek małej
siekierki. Oczy mu błyszczały, ledwie mógł ustać w
miejscu, jak chart, co zwęszył ofiarę.
Wokół panowała absolutna cisza.
Słuchaliśmy tej ciszy nieco zdziwieni, bo wieś
niewątpliwie była zamieszkana. Widać to było po
schludnych obejściach, popodlewanych kwiatkach w oknach,
nawet przed kościołem był duży, starannie ograbiony
klomb bujanów. Wiosenne różowe kiełki wychylały się
z przysypanego popiołem gruntu.
- To szwabskie sukinsyny, my tu głód,
naloty, cierpienia, partyzantka, a te sukinsyny kwiatki
sobie hodują. A to szwabskie nasienia - dodawał sobie i
nam patriotycznego animuszu Bronek.
Na mnie miejsce to zrobiło niecodzienne
wrażenie. Wszystkie mijane dotąd wsie i osady, polskie,
jak i niemieckie, były w ruinie. Albo zniszczone w
czasie działań wojennych, albo uśpione w letargu
niepewności, albo "planowo zagospodarowane"
przez wojsko radzieckie, albo splądrowane już przez
polskie wyprawy szabrowników. Tu było jednak coś
zupełnie innego. Przez dziwny zbieg okoliczności wieś
położona była daleko od jakiejkolwiek drogi
przejazdowej i dodatkowo ukryła się w zagłębieniu nad
jeziorem - nie była wcale widoczna. Jak dotąd nie
dotarły tu watahy zdobywców. Patrząc tak na to złote
jajo przed naszymi oczyma usłyszeliśmy nagle pisk
prosiaka w szopce przy jednym z domów na skraju wsi.
Było to hasło do rozpoczęcia akcji.
- Chłopaki, za mną w imię boże, bij
Niemca! - zawołał Bronek.
Dopadliśmy do chaty z piszczącym
prosiakiem. Chędoga była, z werandą obsadzoną
krzewiastym lilakiem, dookoła pięknie przygotowane
grzędy na wiosnę. Wpadliśmy na ganek i już Bronek
miał ciachnąć siekierką w błyszczącą mosiężną
klamkę, gdy drzwi otworzyły się szeroko i pokazał
się w nich siwy, brodaty staruszek z drewnianą tacą w
ręku. Na tacy leżał brązowy okrągły bochenek chleba
i mały talerzyk z odrobiną soli. Staruszek skłonił
się nisko:
- Dobro pożałować, żdali na was mnogo
let... - i podsunął tacę pod nos Bronkowi.
Patrzyliśmy na to w osłupieniu, ale
Bronek nie dał się zbić z pantałyku.
- To ścierwo - zawołał - będzie mi tu
po słowiańsku gadał! - i trzasnął starucha w mordę,
na odlew, ale tylko gołą pięścią; nie żeby zabić
czy skrzywdzić, ale tylko żeby rozumu nauczyć. No bo i
z jakiej racji jakaś szwabska świnia ma Słowianina
udawać?
Staruszek zachwiał się i upadł twarzą
naprzód prosto pod nasze nogi. Taca wypadła mu z ręki,
bochenek chleba potoczył się na grządki przed gankiem.
Bronek, a my za nim wpadliśmy do chaty.
Stłoczona pod ścianą stała gromadka kobiet i
drobiazgu. Bronek nie znęcał się nad bezbronnymi,
choć był pies na Niemców, wrzasnął tylko:
- Poszli wont! Szwaby zawszone!
Na tę komendę kobiety potruchtały przez
tylne wyjście najpierw na podwórko, ale jak ten
krzyknął na nie: "Poszli! Żebym ja tu was
więcej!? i potrząsnął znacząco obuszkiem, udały
się w kierunku kościółka. Tylko jedna z nich,
staruszka pokręcona reumatyzmem, spojrzała na nas
bladymi, jakby spłowiałymi oczami:
- Pozwolcie, dobry pan, zaniatsja moim
mużom - i odważnie postąpiła w kierunku leżącego na
schodach staruszka. Nie przeszkadzaliśmy jej w tym, bo i
po co. Choć Szwabka, niech tam, niech wie, że jesteśmy
Polakami... Nie zapomnę jej bladych oczu koloru
zwietrzałej słomy, patrzących bez strachu na nas, ale
jakoś tak, jakby z innego świata. Nieswojo mi się
zrobiło, ale nie czas był na filozoficzne rozmyślania.
Wpadliśmy do chaty. Bronek skinął na
któregoś z nas wskazując na duży zegar stojący pod
ścianą, wysoki, sięgający od podłogi pod prawie sam
sufit, z olbrzymim złocistym talerzem wahadła
dyndającym miarowo. Wynieśliśmy zegar na
ciężarówkę i zwaliliśmy na inne graty. Wahadło w
leżącym na wozie zegarze zatrzymało się i już ani
drgnęło. Zegar przestał chodzić. "Ot, szwabski
szajs? - warknął któryś z naszych. Wróciliśmy do
akcji. Za zegarem poszła maszyna do szycia, Singer.
Dobra rzecz, chwalił się któryś znajomością rzeczy.
Za maszyną poszły garnki, łyżki, pierzyny, obrusy i
talerze. Bronek powstrzymał nas w zapędzie.
- Nie ładować tych zapluskwionych
szwabskich pluchów - zakomenderował. - Mamy przed sobą
całą wieś! Składać pod chałupą, potem się
zobaczy.
Złożyliśmy posłusznie piernaty pod
chatą na ziemi. Po "zorganizowaniu" tej
zagrody pospieszyliśmy do następnych zabudowań. Tu
już nas nikt nie witał chlebem i solą na ganku. Grupki
ludzi, najczęściej starych kobiet i dzieci, pokornie,
ale z godnością wychodziły z domów, jak tylko
zaczęliśmy dobijać się do drzwi. Nikt drzwi nie
zamykał, wiedziano, że i tak je wywalimy. Teraz
zbieraliśmy tylko co lepsze rzeczy na samochód, takie
jak maszyny do szycia, zegary, budziki, gdzieś było
nawet radio niemieckie, zwykły volksempfaenger, szły na
samochód co lepsze buty, kożuchy; drobiazg kuchenny
zostawialiśmy na miejscu.
- Niech ludziska też coś mają, choć to
Szwaby! - wołał w przystępie łaskawości rozanielony
Bronek, który kazał też rekwirować rowery. Niewiele
ich we wsi było, jako że armia niemiecka większość
rowerów zarekwirowała jeszcze w czasie zwycięstw na
froncie wschodnim. Wiedzieliśmy, że po obłowieniu
się, dla wszystkich miejsca na samochodzie nie będzie.
Po spenetrowaniu całej wsi, w sumie kilkunastu domów,
Bronek warknął:
- No, to teraz pogadamy sobie ze świętą
osobą - i zarechotał niedwuznacznie.
Udaliśmy się pod kościółek. Zanim
jednak zaczęliśmy walić w kościelne wrota, tak jak w
pierwszej chacie, drzwi się otworzyły i ujrzeliśmy w
nich duchownego w kościelnych szatach z krzyżem w
rękach wyciągniętych w naszą stronę, jakby z
błogosławieństwem. Za nim w głębi kościółka
widać było stłoczoną gromadkę bab wiejskich,
niektóre z umazanymi sadzami policzkami, wszystkie stare
lub "zrobione na staro? i kupę dzieci.
Zorientowałem się, że nie mógł to
być kościół katolicki ani protestancki. Nie było w
nim ołtarzy jak w znanym mi podgórskim kościółku ani
też surowości protestanckich świątyń, jakich wiele
było na Pomorzu. Natomiast tu każdy kawałek ściany
czy przepierzenia był zamalowany lub pokryty, miejsce
przy miejscu, świętymi obrazami, wotami, relikwiami i
czym tam jeszcze.
Duchowny, który pojawił się w
kościelnych wierzejach, też nie był nasz i w ręku nie
nasz krzyż trzymał, tylko prawosławny, przekreślony w
poprzek; nie było na nim klejnotów, żadne srebro,
żadne złoto, tylko duży, z surowego drewna misternie
rzeźbiony krzyż. Bronka nie interesowały subtelności
wyznań religijnych i obrządków ani snycerskie
mistrzostwo, nie był w tych sprawach mocny, nie na tym
polegało zresztą jego zadanie, żeby wdawać się w
teologiczne rozważania. Tu chodziło tylko o to, by
załatwić jeszcze jedno gniazdo oporu nienawistnego
Niemca i tyle.
Już chciał trzasnąć klechę w jego
obmierzłą, zarośniętą siwą szczeciną gębę, nawet
zamachnął się, kiedy usłyszeliśmy warknięcie, jakby
rozwścieczony buldog obnażył kły:
- Nie trogaj!
Zwróciliśmy wszyscy oczy na Hryhora.
Był to siłacz w naszej bandzie. Kiedyś
podniósł cały samochód, jak wpakowaliśmy się do
błotnistego rowu, prawie jak ten z
"Nędzników", ale nikt go dotąd nie słyszał
mówiącego. Uważaliśmy go za niemowę. Nikt też
dokładnie nie wiedział, skąd się ten osiłek w
miasteczku wziął. Mówiono tylko, że on zza Buga, a po
cichu opowiadano, że to Rusin gdzieś z Polesia, że jak
Rosjanie wkroczyli przeganiając stamtąd Niemców, to
jeden z Ruskich dobierał się do jego córki. Broniła
się biedaczka jak mogła, ale szans nie miała żadnych.
W ostatniej chwili, kiedy mołojec miał ją już pod
sobą, przybiegł znad jeziora Hryhor, złapał
gwałciciela za chachół jedną ręką, podniósł z
dziewczyny, poniósł dwa kroki jak kociaka i przydusił
do ściany. Gwałciciel najpierw fikał w powietrzu
nogami, potem sfajtał się w na pół opuszczone portki,
potem pochrząkał, wreszcie bluznął krwią na ścianę
i zwisnął bezwładnie w rękach Hryhora. Wtedy ten go
puścił, nie znęcał się wcale, tylko zwolnił
żelazny uścisk. Napastnik opadł na podłogę jak
zmięta szmata i nawet nikt go nie próbował cucić.
Hryhorowi nic innego nie pozostało, jak
wziąć nogi za pas i przyłączyć się do grupy
polskich uciekinierów, zanim władze radzieckie
odnalazły kochliwego wojownika rozmiażdżonego na
ścianie Hryhorowej chaty. Tak przywędrował do naszego
miasteczka i żył spokojnie jako siłacz-niemowa. Teraz
widocznie coś się z nim stało, albo się zbiesił, a
może poznał w popie swoją wiarę i mowę, która
niewiele różniła się od mowy w jego wsi i stanął w
obronie swoich świętości, tak jak kiedyś stanął w
obronie cnoty swojej córki. Bronek zorientował się,
że to nie żarty, popatrzył tylko krzywo na Hryhora i
powiedział:
- Dobra jest, niech tam. Kto by chciał
krzywdzić świźtą osobę...
Wycofaliśmy się jak niepyszni
pozostawiając w spokoju popa i jego trzódkę.
Nie mogłem pojąć, skąd tu na Mazurach
pop, ruska mowa, cerkiew i prawosławny obrządek, ale
nie było czasu na rozważania - mieliśmy ważniejsze
sprawy do załatwienia. Choć po tym incydencie pod
cerkiewką upadłem nieco na duchu. To prawda,
potrzebowałem pieniędzy, no bo rodzice, bo dziecko w
drodze, bo Baśka. Ale rodzaj pracy zaczynał mi się nie
podobać. Nawet nie mógłbym powiedzieć, dlaczego;
ostatecznie Niemców trzeba było niszczyć i zabijać
wszędzie, to był zasadniczy imperatyw i bezdyskusyjna
prawda. Ale jakoś zmalał mój zapał. Nic jednak w tej
chwili nie mogłem zrobić, nawet nie mogłem zdradzić
się ze swoimi myślami. Na pewno Bronek znalazłby
sposób na pozbycie się obrońcy Szwabów i
"foksa?. Milczałem więc i czekałem na rozwój
wydarzeń.
Postanowiliśmy przenocować we wsi, jako
że było to ciche miejsce, i następnego dnia raniutko
ruszyć w drogę powrotną. Podróżowanie nocą nie
było rzeczą bezpieczną, a zresztą nie było się co
spieszyć. Bractwo porozłaziło się po różnych
kątach. Noc była wiosenna, ale jeszcze chłodna. Nie
czuliśmy żadnego zagrożenia, pozajmowaliśmy więc co
lepsze chaty na wypoczynek. Niektórzy rżnęli w karty,
inni pokładli się do łóżek pod pierzyny, jeszcze
inni woleli siano i stodoły. W chatach nikt z
miejscowych nie nocował, kto żyw skrył się w cerkwi.
Wieść się już rozniosła, że cerkiew jest
bezpieczna. Hryhor zajął stanowisko w jej pobliżu,
położył się na ganku jak pies, podścielił sobie
tylko wiązkę siana na gołe dechy. Lepiej było mu nie
wchodzić w drogę.
Ja postanowiłem pochodzić sobie po wsi,
dla uporządkowania myśli. Stanąłem nad strumykiem
przepływającym w pobliżu jednej gospodarki i
przysłuchiwałem się wiosennym szmerom. Zastanawiałem
się, jakie tu mogą żyć pantofelki, czy takie same jak
w moim podgórskim strumyku i zastoiskach, czy też i tu
mógłbym znaleźć Tłuściochów czy Przypłaszczonych
- myślałem z pewną nostalgią. I nagle czas spędzony
w mojej samotni wydał mi się tak piękny, tak pełen
spokoju, tak wiele dający zadowolenia. Siedzisz sobie i
patrzysz w mikroskop, a w nim cały świat stworzonek
żyje swoim życiem, nic go nie obchodzi wojna, polityka,
pieniądze, wyznanie, narodowość... Tamten świat
wydał mi się wyjątkowo piękny po dniu pełnym
plądrowania, zarabiania, po ataku na bezbronnego
gościnnego staruszka, chociaż Szwaba.
Postanowiłem wtedy, że muszę się stąd
wydostać, że to ostatnia moja wyprawa. Zbiorę swoją
dolę i zrobię wszystko, by do pantofelkowego świata
wrócić. Nie żebym czuł jakieś wyrzuty sumienia. Nie
byłem romantykiem i nie rozczulałem się na jakimś
staruchem. Po prostu mi to zbrzydło. To nie było to,
czego szukałem. Był to drugi, po owym znalezieniu
mikroskopu, decydujący moment, który zaważył o moim
prawdziwym zawodzie.
Stojąc tak nad strumykiem i dumając o
paramecjach usłyszałem w ciemności ciche kroki, jakby
ktoś się skradał pod szopą. Wytężyłem wszystkie
zmysły i wkrótce zobaczyłem jakąś postać pod jednym
z zabudowań gospodarczych. Nie był to nikt z naszych -
nie poruszałby się tak ostrożnie i cicho, zresztą
większość kompanów mocno spała po różnych kątach.
Choć nasze zapasy wódki skończyły się już dawno,
powywlekano z domowych apteczek przeróżne nalewki
spirytusowe, domowe leki, znalazło się też doskonałe
niebieskie wino z chabru, tutejsza specjalność. Dość,
że bractwo spało już snem niewiniątek.
Czekałem pod wierzbą na zbliżającą
się w moim kierunku postać. Teraz już byłem pewien,
że to dziewczyna w długiej szarej spódnicy myszkująca
po zabudowaniach gospodarskich. Inna grupa szabrowników
- pomyślałem - ale skąd dziewczyna? Musi miejscowa,
ale co robi sama we wsi opanowanej przez bandę
szabrowników? Wreszcie podeszła tak blisko do mnie, że
nie wytrzymałem i postanowiłem zobaczyć ki diabeł.
Dobrze wymierzonym ruchem chwyciłem ją mocno za rękę
i ścisnąłem aż do bólu, uniemożliwiając ucieczkę
czy próbę wyrwania się.
Dziewczyna stanęła, ale nie wydała
okrzyku, nie wołała o pomoc. Patrzyła mi prosto w
oczy, mimo ciemności doskonale to czułem, i coś
szeptała. Zorientowałem się, że modli się po cichu.
Lewą rękę trzymała w dużej kieszeni luźnej długiej
spódnicy. Zauważyłem też, że nie modli się ani po
polsku, ani po niemiecku, modli się innym językiem,
zrozumiałym dla mnie, ale nie po naszemu. Coś jakby z
ruska - pomyślałem. - Co u czorta z tymi Ruskami?
Cerkiew, pop, krzyż prawosławny i teraz jeszcze ta
rozmodlona poniemiecka dziewucha na naszych
"Ziemiach Odzyskanych? mamrocze po rusku! Diabli
nadali! Ale trzymałem ją mocno, nie wiedząc, co
począć. Wreszcie warknąłem niezbyt głośno:
- Co tu robisz, ścierwo!? Kraść ci się
zachciało, ty... - i już chciałem bluznąć zwykłą
wiązanką, kiedy pomyślałem, jak śmiesznie musi
brzmieć obwinianie kogoś o kradzież przeze mnie,
członka szabrowniczej bandy. Refleksje nie popłacają,
obniżają tylko nasze zdolności bojowe...
Dziewczyna przestała się modlić i
odezwała się mieszaniną polsko-słowiańską:
- Ja zdzieszna, rebjatam w cerkwi. Nada
szto na snidanie prigotowić, a batiuszka niczewo nie
imiejet, on swiatyj czełowiek, nie prigotowilis na
takoje nieszczastie. Pazwoltie, dobry pan...
Przeszedłem na niemiecki i spytałem
groźnie:
- Was hast du da!? Etwas gestohlen? - i
wskazałem groźnie na kieszeń. Znów przyszło mi na
myśl, że głupio gadam, no bo i co mogła kraść
miejscowa dziewczyna w rozszabrowanych chatach dla
przygotowania posiłku dzieciom schowanym w cerkwi?
Pokazała mi kilka jaj, pajdę chleba, kawał kiełbasy.
Puściłem jej rękę, ale nie uciekała. Chowała powoli
swą zdobycz do obszernej kieszeni i zauważyłem, że
było tam coś jeszcze.
- A to co? - spytałem ostro.
Popatrzyła mi prosto w oczy.
- Messer.
- O ty, swołocz! Ja do ciebie jak do
człowieka, a ty na mnie z nożem? Ja ci, kurwa,
pokażę! - i już szykowałem się, żeby jej dać
nauczkę i przede wszystkim wyrwać nóż z ręki. Ale
nie było potrzeby. Wcale nie zamierzała się na mnie
nożem, nawet go nie dotykała. Patrzyła mi wciąż
prosto w oczy, w bladym świetle księżyca widziałem
jej regularną twarz, na głowie szarą chustę z białą
obwódką, szarą narzutkę na białej koszuli i
ciemniejszą nieco, długą pofałdowaną spódnicę.
- To nie na ciebie - wyjaśniła rzeczowo
po niemiecku. - To na mnie - dotknęła palcem własnej
piersi. - Zabieramy zawsze nóż ze sobą, jak wychodzimy
na wieś. Jakby nam coś zagrażało, wiem dokładnie, co
zrobić. Nauczyłyśmy się tego. O tu - pokazała
delikatnie pod lewą piersią - jak się nie pomyli, to
nie trwa długo i nie boli. Nie boli - powtórzyła
jeszcze, jakby chciała się upewnić.
Popatrzyłem na nią. Była prawdziwie
piękna w księżycowej poświacie. Przypomniałem sobie,
jak pisałem w szkole wiersze o takiej właśnie
dziewczynie, której na czole zawisła pajęczyna, a
wszystko to w świetle księżyca. Dziecinada, a
prześladuje przez całe życie - pomyślałem, ale wtedy
nie wiedziałem jeszcze, że istnieją dziewczyny, które
noszą w kieszeni nóż i wyćwiczyły się w sposobach
popełniania samobójstwa...
Przypatrzyłem się jej jeszcze raz
dokładniej. Była drobna, delikatna w budowie,
piekielnie zgrabna i kobieca. Koloru oczu ani włosów
nie było widać, ale twarz miała bardzo regularną.
Piersi kształtne i wydatne mocno opinała biała
koszula. Mogła mieć z siedemnaście, góra osiemnaście
lat.
- Dziewczyno - powiedziałem - uciekaj
szybko do swojego schowka, czy nie widzisz, że tu
niebezpiecznie? Niech no by cię moi zobaczyli...
Jacy to moi? - pomyślałem. Zauważyła
moje wahanie i natychmiast to wykorzystała, bo odezwała
się rozbrajająco:
- Nie mogę wracać, bo jeszcze nie
uzbierałam dość jedzenia dla moich dzieciątek - tak
powiedziała: Kinderchen - i znów popatrzyła mi prosto
w oczy.
Zrozumiałem. Bez namysłu pociągnąłem
ją w stronę chaty, którą zajmowałem z jednym tylko
kompanem. Nie stawiała oporu, może zaufała mi, a może
pewna była swego noża. Wiedziałem, że w kuchni jest
nieco wiktuałów, była jakaś mąka, kasza, groch,
jakieś zaprawy, chyba też mięso w weckach. Po cichu
wśliznęliśmy się do chaty, zaprowadziłem dziewczynę
do mojego pokoju, a sam z małą świeczką wybrałem
się do kuchni myszkując za jedzeniem dla jej
dzieciątek. Wyprawa była owocna. Wkrótce miałem w
torbie to, co mogło się przydać uciekinierom
pozostającym pod opieką popa i Hryhora. Wróciłem do
izby. Dziewczyna czekała spokojnie, nie uciekała,
pewnie domyśliła się, co robię. Nagle usłyszałem w
sieni człapanie. To Franek szwendał się po chacie
obudzony naszym przybyciem.
W dziewczynę jakby wlazł diabeł.
Zerwała nagle przykrycie głowy, zburzyła ręką
gładko uczesane i zaplecione piękne blond włosy,
zwinnie wsunęła się pod pierzynę i lekko, leciutko
rozchyliła dekolt w swojej białej, lnianej koszuli,
komenderując obcesowo:
- Rozbieraj się i wchodź pod pierzynę!
Nie dowierzając temu, co widzę i
słyszę (ostra musi być - pomyślałem - jak to pozory
mogą człowieka zmylić w łóżkowych sprawach),
rozchełstywałem w pośpiechu koszulę i już zacząłem
niepewnie grzebać przy portkach, gdy Franek wetknął
głowę w drzwi:
- A to szczęściarz z ciebie,
przeszukaliśmy całą wieś i nic, a tobie sama w
łóżko wlazła - zarechotał i wycofał się subtelnie
z izby.
Zrozumiałem. Instynkt, a może
doświadczenie kazało odegrać jej tę scenkę.
Wiedziała, że gdyby kompan zastał nas na konwersacji,
szczególnie po niemiecku, nie zostawiłby nas w spokoju.
Czułby się współkompanem, natomiast w tak
niedwuznacznej sytuacji męska solidarność wzięła
górę. Rozumowanie było poprawne i, jak się okazało,
bardzo skuteczne.
Mamy noc dla siebie - marzyłem. - Krew
nie woda, majtki nie pokrzywy - dodawałem sobie odwagi.
Zbliżyłem się do łóżka i nachyliłem się nad
dziewczyną. Zapach jakichś ziół, rumianku czy
macierzanki, zapach świeżości odurzył mnie i
podniecił. Wsunąłem się pod pierzynę i dotknąłem
delikatnie jej piersi, ale dziewczyna stanowczo
postawiła się:
- Nein! - nie broniła się jednak,
zdając sobie widocznie sprawę, że w tej sytuacji
wszelka obrona i tak byłaby nieskuteczna. Zauważyłem
jednak, jak sprawdza, czy nóż jest pod ręką.
Zrozumiałem jej determinację i zaprzestałem
niechcianych karesów. Dziewczyna przyjęła to z ulgą.
Leżeliśmy grzecznie obok siebie nasłuchując, co robi
Franek. Ten wrócił na swoje leże i zaczął chrapać.
Już chciałem na powrót zabierać się do amorów, gdy
dziewczyna przytuliła się do mnie i zaczęła cicho
płakać, jak skrzywdzone dziecko. Pomyślałem sobie,
że to naprawdę dziecko jeszcze, pewnie dziewica.
Postanowiłem nie płoszyć jej i jeszcze nieco
odczekać. Byłem najlepszych myśli. Uspokoiła się
rzeczywiście, jakby zapadła w sen. Przysunąłem się
nieco do niej, ale kiedy tylko poczuła, że się
poruszyłem, przytuliła się do mnie mocniej przez sen.
Jak do ojca - pomyślałem. Leżałem tak rozmyślając o
dziwnych kolejach losu, o Baśce w ciąży, o pani Beacie
cieszącej się ze spodziewanego maleństwa, mimo
wszystkich udręk powojennego życia wdowy, o gościnnym
chłopie tak brutalnie potraktowanym przez Bronka i
wreszcie niespodzianym zachowaniu się Hryhora. Tak
zatopiony w odurzającej pasywności usłyszałem cichą
skargę, wypowiedzianą jakby przez sen, po niemiecku:
- Czemu Bóg tak ciężko nas doświadcza?
I żeby tylko nas, dorosłych grzeszników - widać
zaliczała się do dorosłych - ale czemu skazuje na
cierpienia niewinne dzieci, starców, co całe życie nie
splamili się niegodziwością i bluźnierstwem czy
skargą? Kiedy to wszystko się skończy...
Jej cicha skarga zamieniła się w
modlitwę, tę samą, którą szeptała, gdy ją
złapałem pod wierzbą. Też nie ma lepszej okazji do
wnoszenia prawosławnych modłów, tylko leżąc z
chłopem w łóżku - rozważałem. - Jak to z tymi
dziewczynami nigdy nic nie wiadomo... Nie przeszkadzałem
jej. Jak się pomodli, to potem będzie łatwiej -
pomyślałem. Wyraźnie uspokajała się przytulona do
mnie.
- Ja tu bluźnię na Boga miłościwego, a
dzieciątka moje jutro nie będą miały co jeść -
odezwała się nagle z wyrzutem do samej siebie. - Bóg
wie, co robi, to tylko my tego nie rozumiemy. Boże,
przebacz - zaczęła żegnać się po swojemu.
Zauważyłem, że od dobrej chwili nie
zaciska już ręki na zbawiennym nożu. Podniosłem się
powoli z łóżka, porządkując swoją garderobę.
Dziewczyna zrobiła to samo, zgrabnym ruchem
uporządkowała piękne włosy i podniosła obie ręce
zakładając na głowę chustę upiętą jak czepek.
Była naprawdę śliczna i zgrabna. Dopiero teraz
przypatrzyłem się jej dokładnie. Migotliwe światło
ogarka dodawało scenie uroku. Miała okrągłą
regularną twarz, wydatne usta, ciemne brwi i rzęsy, co
przy słomianego koloru włosach ujętych w szary
czepeczek dodawało scenie prawie perwersyjnego uroku.
Jak zakonnica z pamiętników Casanowy - pomyślałem.
Zauważyłem też, że wsuwając się do łóżka
zrzuciła tylko polowe buciory i zdjęła chustę z
głowy; przez cały czas otulona była aż do stóp w
długą, ciężką spódnicę z mocnym paskiem skórzanym
i prawie wojskową sprzączką, na której zamiast
"Gott mit uns" były jakieś kościelne
symbole. Stopy miała nadspodziewanie małe jak na takie
buciory, a zgrabną kibić podkreślała jeszcze gruba
spódnica z ciężkim pasem. Ruchy, choć skromne,
niepozbawione kobiecej kokieterii - pomyślałem. Ot,
choćby to zakładanie czepeczka na głowę, kiedy tak
pięknie pokazała kształtne, pełne piersi. Nawet przez
grubą koszulę zarysowywały się ostre koniuszki.
Przysunąłem się do łóżka i
zacząłem całować najpierw delikatnie jej brwi, potem
usta, rękę wsunąłem pod koszulę dotykając
pożądliwie twardych piersi. Nie broniła się,
zamknęła tylko oczy, ale nie oddawała pocałunków;
poddawała mi się biernie jak w hipnozie.
- Nein, bitte, nein - usłyszałem
powtarzane wiele razy.
Jak można się kochać ze szlochającym
rozpaczliwie dzieckiem? Powoli wycofałem rękę
zawiązując tasiemkę ujmującą pod szyją jej bluzkę.
Ciężko byłoby na siłę dobrać się do tak
zapakowanego skarbu... nie używając sowieckiej techniki
- zastrzegłem się w duchu. Dziewczyna otarła łzy
piąstką (jak dziecko - pomyślałem) i uporządkowała
szybko swoją garderobę. Nie zakładała ciężkiej
narzuty, w pokoju było ciepło, i piersi jej sterczały
nieskromnie, ale najwyraźniej nie zdawała sobie z tego
sprawy. Była trochę zakłopotana nagłym wybuchem
intymności i spoglądała na mnie niepewnie z tym
odwiecznym dziewczęcym zapytaniem w oczach: co on sobie
o mnie pomyśli?
Nagle dziewczyna zupełnie się
odmieniła. Stanęła przede mną wyprostowana, dumna, z
rękami ułożonymi na biodrach, spojrzała mi prosto w
oczy, jakby podjęła jakąś ważką decyzję i
powiedziała bez zmrużenia powiek, że ona wcale tego
nie chce, ale jeżeli ja muszę, jeśli mi to pomoże, to
ona gotowa, no, jakby to powiedzieć, gotowa się
poświęcić, powiedziała bez zająknięcia, mateczka
pewnie zrozumie i wybaczy...
Nie czekała na moją reakcję, zresztą
musiałem wyglądać strasznie głupio; takie ogarnęło
mnie zdumienie, że nie wiedziałem, co mam robić. Chyba
nawet rozdziawiłem jołopowato gębę. Dziewczyna
tymczasem położyła się na łóżku. Prosto, na
plecach, ręce skrzyżowała na piersi, nogi ułożyła
prościutko i przykryła się do samych kostek długą,
ciemną spódnicą. Spod spódnicy wystawały tylko
zgrabne nogi odziane w grube, wełniane, czarne
pończochy. Leżała spokojnie, oczy miała przymknięte,
a wargi lekko zaciśnięte, jakby oczekiwała bolesnego
zastrzyku.
Siadłem na brzegu łóżka. Nie
poruszyła się, tylko piersi zaczęły falować
szybciej. Pogłaskałem ją po buzi, ręką dotknąłem
warg i powoli zacząłem rozwiązywać tasiemkę pod
szyją, którą sam przed chwilą starannie zawiązałem.
Sięgnąłem ręką głęboko. Westchnęła i
wyprężyła się. Powoli podniosłem długą suknię aż
do samego szerokiego paska. Czułem pod palcami grube
pończochy podciągnięte daleko za kolana, przypięte
żabkami do białych gumek przyszytych do lnianego,
świeżo wykrochmalonego staniczka. Staniczek był
zasznurowany mocno na biodrach i zawiązany na kokardkę.
Powoli uwalniałem spod tasiemek sprężystą skórę na
biodrze... Zacząłem się plątać w tasiemkach,
głaszcząc podbrzusze. Dziewczyna nie reagowała;
oddychała tylko głęboko, nie broniła się, ale też i
nie zachęcała żadnym najmniejszym odruchem.
Spełnia ofiarę - myślałem ponuro,
czując, jak całe podniecenie mnie opuszcza. Bezradny,
położyłem się obok niej i przytuliłem głowę do jej
obnażonych piersi. Czułem jak ich koniuszki
nabrzmiewają, ale nic mi to nie pomogło. Czy to ze
względu na zaplątanie się w tasiemkach stanika i
majtek, czy na temperaturę w pokoju, wszelka ochota mnie
odeszła. Leżałem cichutko nie wiedząc, co zrobić.
Dziewczyna otworzyła oczy, poprawiła
sznurówki, przykryła się spódnicą, przykryła biust
koszulką, a potem ujęła obiema dłońmi moją głowę
i ucałowała mnie lekko w czoło.
- Danke, Gott sei dank - i jakby nigdy nic
zapytała, czy nie mam ochoty na herbatę. Zaprzeczyłem
ruchem głowy i leżeliśmy tak w nocnej ciszy. Byłem
przekonany, że zaraz mnie zapyta, czy nie trzeba mi
pocerować skarpetek...
Nie spaliśmy. Nie wiem, o czym myślała,
ale ja zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak ma
na imię. Nie powiem, żeby mnie to teraz specjalnie
interesowało. Nie miałem nastroju na wdawanie się w
intymne rozmowy i zwierzenia, ale sama zaczęła.
- Pewnie dziwisz się, że tak się
zachowuję jak wariatka, ale musisz zrozumieć, że ja
jestem z zakonu. Ślubowałam dochować czystości, ale
nie wiem, co się ze mną stało, nigdy jeszcze nie
byłam w łóżku z mężczyzną. My, starowiery,
żyliśmy w tej wsi od kilku pokoleń prawie w zupełnej
izolacji od świata, nawet Niemcy dali nam spokój, choć
używaliśmy i w cerkwi, i w domu język ruski. Dzieci
tylko musiały chodzić do niemieckiej szkoły, zresztą
wszyscy tu znają język niemiecki, jak widzisz,
zupełnie dobrze, ale w domu wszyscy się uczyli po
naszemu, baciuszka bardzo tego pilnował. Książek do
nauki nie było, ale po co książki, jak były
modlitewniki. Są też stare książki pisane po
mazursku, tylko innym alfabetem, tym samym, co stare
książki niemieckie, a przecież mowę mazurską też
rozumieliśmy - mówiła nieco nieskładnie, ale przecie
nie była docentem Jagiellonki. - Nawet Rosjanie dali nam
spokój. Było parę rabunków i gwałtów - tu
zaczerwieniła się. Czyżby i ją zgwałcono? -
pomyślałem z przestrachem.
- Nie, mnie się nic nie stało, ale
Praskowia... potem sobie życie odebrała, choć to
wielki grzech. Ja od tego czasu mam zawsze nóż przy
sobie i wiem, jak się nim posłużyć, przeczytałam w
książce lekarskiej, między którymi żebrami jest
serce i jak głęboko trzeba wbić nóż.
- Miałam piętnaście lat, jak rodzice
dali mnie do zakonu. Jest tu przy cerkwi nasz zakon
starowierów. Wtedy było tylko pięć dziewczyn. W
czasie wojny, kiedy chłopaków ze wsi pobrali do wojska,
więcej dziewczyn przyszło do zakonu, nawet była jedna
Polka, którą baciuszka, nasz pop, przyjął po kryjomu,
bo to było zakazane. Ale z naszych była, nie ze
starowierów wprawdzie, ale prawosławna z
Białostocczyzny... - nie była pewna, czy mnie to
interesuje, ucichła na chwilę, ale że nie reagowałem,
ciągnęła dalej. - Ja nazywam się po zakonnemu
Atanazija, ale z domu jestem Gertruda Rutke. O, tam
niedaleko - wskazała w kierunku okna - jest mój dom.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Na
dworze było jeszcze ciemno i nic nie zobaczyłem. A
Gertruda zreflektowała się:
- Boże moj - zawołała z przestrachem. -
Ranek się zbliża, za chwilę słońce wzejdzie,
mateczka nasza ze strachu umiera, co się ze mną stało.
Wysłała mnie po prowiant, a ja tu sobie pogaduję -
skromnie zapomniała o łóżku i o pokusach. To i dobrze
- pomyślałem. Nie miałem ochoty dodawać zgryzot do
jej spokojnego życia.
Podniosła z podłogi swoje zawiniątko i
włożyła z powrotem do obszernej kieszeni spódnicy,
wzięła też ode mnie siatkę z naszykowanym prowiantem
dla jej dzieciątek. Wyszliśmy po cichutku, żeby nie
zbudzić Franka, kto wie, może by chciał "na
drugiego", no bo jak dziewczyna poszła do łóżka
z jednym, to dlaczego nie miałaby pójść z drugim?
Ostatecznie po to jest i po to to ma, gadali chłopaki.
Pewna racja w tym jest, nie da się ukryć. Nie
stosowało się to jednak do naszej sytuacji, więc
zaoferowałem jej ochronę, ot - na wszelki wypadek.
Zbliżyliśmy się do cerkiewki, ale ona znała swoje
ścieżki, uścisnęła mi rźkź, powiedziała:
"Bóg zapłać, będę się za ciebie modliła do
naszej świętej Patronki? i znikła nagle uchylając jej
tylko znaną deskę w wysokim płocie, ogradzającym
gospodarskie zabudowania cerkiewki i zakonu.
Hryhor pełnił swoją ochotniczą straż
pochrapując pod gankiem wiodącym do cerkwi. Dla takiego
wszystko jest proste - ma swojego Boga, wie, kogo
bronić, ma krzepę... Wróciłem na swoje puste łoże i
żałowałem, że byłem taki głupi i nie przerżnąłem
jednak prawosławnej ślicznotki. Jeszcze bardziej by
się pewnie za mnie modliła do swojej patronki -
dodawałem sobie animuszu. - Taka okazja się więcej nie
zdarzy - żałowałem po czasie.
Rankiem, czuć świt, skrzyknęliśmy się
wszyscy przy ciężarówce, upchali wszystko, co było
wartościowe, poprzewiązywali linami, resztę
porzuciliśmy na małym placyku, na którym jeszcze stał
postument po pomniku, pewnie jakiegoś Hindenburga czy
Bismarcka. Jak przewidywaliśmy, dla nas nie było w
samochodzie miejsca. Bronek siadł za kierownicą, my
wskoczyliśmy na rowery i powoli ruszyliśmy do Polski.
Przez parę kilometrów Bronek jechał
powolutku po wybojach, podążaliśmy za nim gęsiego.
Nagle na asfaltowej szosie uderzył w gaz i szybko
zaczął się oddalać. Pośpieszyliśmy za nim, ale
Bronek przyspieszał coraz bardziej. Najpierw wysiadł
kulawy Jasio.
- Chłopaki - krzyknął zasapany - ja nie
daję rady, jak ten skurwysyn nie zwolni... - zatrzymał
się, zsiadł z roweru i wyciągnął się w rowie. -
Spotkawa siź w najbliższym miasteczku - krzyknął
jeszcze za nami.
Pędziliśmy dalej, ale rzecz wyglądała
coraz bardziej podejrzanie. Czy on zwariował? -
myślałem. Wkrótce nie można było mieć
wątpliwości: Bronek uciekał przed nami z towarem. Mnie
było w zasadzie wszystko jedno. I tak chciałem się
urwać już od tego towarzystwa, nawet gotów byłem
zrezygnować ze swojej doli, jak sobie przypomniałem
brodatego starowiera walącego się jak snop pod nasze
nogi i ten bochen chleba toczący się po wygrabionych
rabatach. Postanowiłem jednak czekać na rozwój
wypadków.
Tymczasem pędziliśmy jak szaleni za
perkoczącym holcgazem, a peleton coraz bardziej się
wydłużał - jeszcze ze dwóch czy trzech kompanów
spasowało na poboczu, ale reszta gnała dalej. Było
jednak do przewidzenia, że Bronek nas wykołuje. Nagle
sytuacja przyjęła zupełnie inny obrót. Coś z
samochodem zaczęło być nie tak, perkotał głośniej,
potem silnik zaczął pokasływać, samochód zwolnił,
wreszcie zatrzymał się na poboczu. Byliśmy kilkaset
metrów za nim i zbliżaliśmy się szybko, każdy z nas
wściekły na oszusta. Ja zwolniłem, nie chciałem
wdawać się w bójkę, bo do bójki teraz dojść musi,
byłem pewien. Bractwo było zbyt rozwścieczone.
Widziałem, jak Bronek wyskoczył z
ciężarówki i zaczął wrzucać kostki drzewa do
wieżyczki paleniska. To był błąd. Gdyby natychmiast
zaczął strzelać, może by nas utrzymał w szachu,
uruchomił silnik i nawiał, ale on dopiero teraz
sięgnął po gnata, jak już jeden z nas był za
samochodem. Strzelił, nie trafił. Powtórzył i
widocznie zranił tylko napastnika, bo ten zawył z bólu
i tarzał się po asfalcie za samochodem, zraniony chyba
w brzuch. Bronek wycelował do następnego z nas,
strzelił, ale nie trafił i tylko powietrze z tylnego
koła zaczęło ulatniać się z sykiem. Bronek chciał
poprawić, ale okazało się, że miał tylko trzy
pociski w magazynku.
Ferajna otoczyła go kołem, nikt nie
chciał zacząć naparzanki, wiedzieli, co za siłacz z
Bronka. Ten tymczasem próbował obrócić wszystko w
żart:
- No chłopaki, popedałowaliźwa sobie,
popstrzykali, a teraz jazda dalej.
Ale było już za późno. Może gdyby nie
ranny tarzający się w piachu, chłopaki by mu
podarowali, mówię może, bo kto przewidzi reakcję
zdradzonego szabrowniczego gangu. Tymczasem jednak stali
niezdecydowanie w półkolu. Bronek już nawet gnata
schował do kieszeni, w ręku trzymał tylko olbrzymi
przegarniacz paleniska.
Pierwszy ruszył Hryhor uzbrojony tylko w
pompkę od roweru.
- Ty na baciuszku ruku podniał. Ty
sobaczyj syn.
Nadspodziewanie zręcznie odparował
Bronkowe uderzenie, pompka zgięła się, ale Hryhor
złapał Bronka za rękę, w której ten trzymał
przegarniacz. Coś chrupnęło, jakby kto złamał
gałąź owiniętą w koc i przegarniacz potoczył się
na ziemię. Bronek zbladł, ale nawet nie wrzasnął.
Mimo złamanej ręki zamierzył się na Hryhora i
walnął go lewą. Hryhor się nie osłaniał, przyjął
cios nawet nie uchylając głowy i powoli, jak na
zwolnionym filmie, chwycił Bronka za gardło, podniósł
z ćwierć metra nad ziemię, poszedł z nim ze dwa kroki
pod starą sosnę, przyparł go tak wiszącego do pnia i
drugą pięścią rozmaślił mu głowę na pniu.
Trzymał go jeszcze chwilę w tej pozycji, mocniej
przygniótł do drzewa, słychać było tylko, jak
pękają żebra, i puścił. Ciało Bronka opadło pod
sosnę. Nie wyglądał teraz wcale tak mocarnie. Ot,
kupka ubrana w wyszarzałą marynarkę, z rozpływającym
się okiem gdzieś na kołnierzyku brudnej koszuli. Na
korze sosny nawet nie było widać zbyt wiele krwi. A
może to naturalny czerwonawy kolor złuszczyny sosnowej
maskował Bronkową krew?
Hryhor nie odezwał się słowem,
odwrócił się do ferajny, zaszczerzył zębami jak
osaczony pies, przeszedł między nami, jakby nas nie
widział, podszedł do swojego roweru, przerzucił nogę
nad siodełkiem i popędził z powrotem. Pewnie do wsi,
do cerkwi, do swojego popa, do swojego świata.
Popatrzyliśmy na siebie w zakłopotaniu,
jakby zawstydzeni, że Hryhor za nas całą robotę tak
szybko i solidnie odwalił. Trzeba przyznać, może aż
za solidnie...
Samochód nie nadawał się do jazdy, kto
by wtedy miał zapasowe ogumienie? Każdy zaczął
kręcić się niewyraźnie, jakby sobie przypomniał, że
w domu zostawił kuchenkę gazową z karmonadą na
patelni. Chłopaki zaczęli oglądać się za swoimi
rowerami i powoli, jeden za drugim, w dużych ostępach
ruszali; jedni szosą, inni woleli najbliższe
ścieżynki, byle w las, byle daleko od rozmaślonej
głowy prowodyra. Rannego umieścili na drewnianych
noszach podwieszonych między dwoma rowerami.
Zostałem sam siedząc w rowie.
Kilkanaście metrów od sceny wydarzeń, jakby
powiedział reporter. Głupio się przyznać, ale
zrobiło mi się mdło. Od dzieciństwa nie znosiłem
widoku krwi. Nie było na to rady, nie mogłem się
opanować i musiałem się wyrzygać. Siedziałem tak nie
wiem, jak długo. Zbliżało się południe, słońce
zaczęło grzać, usłyszałem wiosenne muchy.
Brzęczały już nad ciałem Bronka. Zwymiotowałem
jeszcze raz gorzką śliną, potem zerwałem się,
podbiegłem do samochodu, zdarłem jakiś koc czy kapę i
trzymając ją przed sobą, powoli, żeby się nie
przewrócić, zbliżałem się do tego, co było
Bronkiem.
Nie patrząc na rozpływające się oko
(to oko najbardziej mnie przerażało) rzuciłem kapę na
ciało. Teraz dopiero zauważyłem, że była to
ciemnozielona, aksamitna kapa z wytłoczonym wzorkiem
jakichś egzotycznych kwiatów, chyba hibiskusów.
Zerwaliśmy ją z jakiegoś łóżka, bo łatwo było w
Polsce ją opchnąć. Używało się takich kap dla
ochędożenia mieszkania na dzień, po starannym
zasłaniu piernata i wyrównaniu pierzyny kijem od
szczotki na kant. Kapa pasowała do trawy, ciało skryło
się pod zielenią aksamitu. Ulżyło mi. Spędzone muchy
zajęły się teraz resztkami mózgu Bronka na pniu
sosny, ale to mi już nie przeszkadzało. Usiadłem w
cieniu samochodu i zacząłem zastanawiać się nad
sytuacją.
Mam rower, odpocznę trochę, jutro rano
będę w domu. Do miasteczka było teraz zaledwie
kilkadziesiąt kilometrów. Nawet jak nocą nie będę
mógł jechać, to i tak najpóźniej jutro wieczorem
będę na miejscu, nie ma się co spieszyć. I tak
zdrzemnąłem się w cieniu samochodu, odrabiałem
nieprzespaną noc spędzoną bezrozpustnie z
prawosławną siostrą. W drzemkowych majakach znów
byłem w łóżku z Gertrudą, tylko już nie tak
niewinnie, a potem Gertruda nagle zamieniła się w
Barbarę z dużym, ciężkim brzuchem. Zastanawiałem
się, jak to możliwe, żeby tak szybko brzuch urósł,
przy tym nie pamiętałem, co było między nami kilka
miesięcy temu, ale co było tu, na sianie przed chwilą
z Gertrudą. Getruda zapewniała, że będzie się za
mnie modliła, że ona tego wcale nie chciała, ale
robienie rzeczy nieczystych samemu z sobą jest grzechem
większym niż robienie tego z dziewczyną, choćby z
zakonnicą. Taka była jej interpretacja katechizmu po
fakcie.
Z przydługiej drzemki ocknąłem się
dobrze po południu. Szosa była już w cieniu, robiło
się chłodnawo, a ja tylko w koszuli. Ubrałem się
szybko i chciałem już jechać. Nawet mi na myśl nie
przyszło zająć się porzuconym przez wszystkich
zdobycznym bagażem, a zresztą, co weźmiesz na stary,
zdezelowany rower w kilkudziesięciokilometrową drogę,
pomyślałem. Już z nogą na pedale przeszło mi przez
myśl: "A co z Bronkiem?? i gorącość mnie
opanowała, nieracjonalna zgroza, jak na nim te muchy i
inne robactwo... Ciarki mnie przeszły, chociaż bzdura
była oczywista - bo przecież czy na ziemi, czy pod
ziemią, i tak robaki go zeżrą, co to dla niego za
różnica. Ale równocześnie przypomniałem sobie, jak
kiedyś przepadła mi w górach koza, moja ulubiona
Pyćka, figlarna taka, i potem jak ją znalazłem w
rozkładzie. A najgorsze było to, że czy to psy, czy
lisy porozwlekały jej wnętrzności po okolicznych
kępach trawy. Też mi się wtedy niedobrze się
zrobiło. Nie miałem żadnej kapy, ale ściągnąłem
swoją koszulę, zebrałem, co zebrać się dało po
mojej Pyciuni, wygrzebałem dół, zasypałem i
przykryłem wszystko najładniejszym kamieniem, jaki
mogłem na hali znaleźć. Po tym jakoś lżej mi było
myśleć o tej figluśce.
Opanowany tymi myślami z determinacją
zdjąłem nogę z pedału, starannie odstawiłem rower
pod nieco dalszym drzewem, jakby chcąc wygrać na
czasie, otworzyłem szoferkę, wyciągnąłem łopatę i
zacząłem kopać dół tuż przy zielonej kapie z
Bronkiem, żeby go wsunąć, zasypać i nie patrzeć na
to rozmaślone oko.
Za małe pół godzinki (umiałem jeszcze
machać łopatą) płytki grób był gotowy. Ziemia była
kamienista, ale piasek z kamieniem, nie to co w górach,
gdzie nieraz ruszysz łopatą, a tu lita skała. Kopanie
grobu i drzemka rozładowały napięcie nerwowe i już
spokojniej zabrałem się za pochówek pechowego
prowodyra. Pomyślałem, że należy sprawdzić dokumenty
w kieszeniach. Po co mają może kiedyś w przyszłości
trupa odkopać, odczytać, robić dochodzenia, szukać
krewnych czy Bóg wie co. W przypadku Bronka i tak
niepotrzebna robota, a może być dużo ambarasu -
myślałem. Ostrożnie odchyliłem kapę, ale na tyle
tylko, żeby sprawdzić kieszenie spodni i marynarki.
Też się, cholera, musiał jeszcze
sfajdać, zauważyłem, widocznie to opowiadanie o
Hryhorze i Rusku w amorach z jego córką było
prawdziwe...
W prawej kieszeni gnat, teraz wystrzelany
- niech idzie razem z nim do piachu. Dosyć strzelania. W
lewej jakieś śrubki, wentyl samochodowy, kawał łatki,
żadnych papierów. W bocznych kieszeniach marynarki też
nic ciekawego, jakiś ręcznie pisany bilet kolejowy,
podarłem i wyrzuciłem w krzaki (wiadomo, po bilecie
można robić dochodzenia, węszyć). Pozostała jeszcze
tylko wewnętrzna kieszeń marynarki - pomyślałem z
ulgą. Wyjąłem coś w rodzaju portfela, obszarpanego na
brzegach, widocznie noszonego latami. W portfelu parę
rosyjskich czerwieńców (wtedy była to używana
waluta), jakieś kartki na żywność wystawione w naszym
miasteczku. Czerwieńce zostawiłem, kartki podarłem i
wyrzuciłem. W ostatniej przegródce było jakieś
zdjęcie. Popatrzyłem dokładniej - kobieta o
nieokreślonym wieku, raczej młoda, ale szczegóły
były zatarte, w pozie jak do rosyjskich dokumentów
osobistych albo jak po aresztowaniu. Na odwrocie nic,
tylko rok 1942 i rozkraczającym się piórem napisane
cyrylicą, ciężką, niewprawną ręką - Marija. I nic
więcej.
Nie miałem sumienia podrzeć zdjęcia i
wyrzucić. To trochę tak, jakby zabić człowieka. Z
drugiej jednak strony nie chciałem fotografii zostawić
z nieboszczykiem. Wiadomo, zdjęcia przy nieboszczykach
zawsze zwracają uwagę i zaraz podobizny w prasie,
poszukiwania. Po co mu to wszystko - pomyślałem i
zagrzebałem zdjęcie osobno pod krzakiem jałowca, kilka
metrów głębiej w las.
Już zacząłem zsuwać Bronka w mogiłę,
kiedy zauważyłem, że w wyświechtanej marynarce jest
jeszcze jedna wewnętrzna kieszeń, po prawej stronie,
raczej rzecz niezwykła dla tego kroju marynarki, i
postanowiłem sprawdzić, czy czegoś tam przypadkiem nie
ma. Wsadziłem rękę i ukłułem się w palec jakąś
szpilą. Cofnąłem rękę i zakląłem głośno nad
nieboszczykiem. Poczułem się głupio, jakbym się
niewłaściwie zachował, prawie gotów byłem go
przeprosić za nietakt. Jakie w człowieku tkwią głupie
konwenanse - myślałem - przepraszać nieboszczyka z
rozwaloną czachą za zaklęcie mu nad głową!
Wsadziłem rękę ostrożniej i
pomacałem. Było tam jakieś zawiniątko. Może dlatego
Bronek wydawał się bardziej barczysty i mocarny niż
był w rzeczywistości, skoro kieszenie miał powypychane
takimi paczkami. Wyjąłem. Była to zwykła niebieska
koperta pełna papierów, wsadzona do innej, grubej
koperty po jakiejś ofrankowanej przesyłce pocztowej.
Przedarłem zaklejoną niebieską kopertą i zrobiło mi
się gorąco ze zdumienia: to dopiero klops! Dolary, kupa
dolarów. Nigdy jeszcze nie miałem takiej forsy w ręku.
Z wrażenia przysiadłem nad grobem i
zacząłem liczyć. Gdyby mnie w tej chwili ktoś
zobaczył, jak liczę pieniądze z nieboszczykiem na
poły wsuniętym do grobu u moich stóp, miałby prawo
mnie zastrzelić jak psa bez sądu i wyroku. Ale wtedy na
bocznych drogach mazurskich całymi dniami nie
pokazywały się pojazdy, ludzie, jeśli byli, woleli
chodzić sobie tylko znanymi ścieżkami, a jeszcze
lepiej przesmykiwać się w szuwarach małymi łódkami
czy kryć się w gąszczu. Szabrownicy rzadko zapuszczali
się na jeziora.
Siedziałem tak więc i liczyłem. Setki
osobno, dwudziestki osobno, potem jeszcze dziesiątki,
było też parę jedynek. Nie żadne pieniądze z banku
czy podrabiane; wszystko porządny, przechodzony
pieniądz. Razem dokładnie trzy tysiące sześćset
dwadzieścia siedem dolarów. Była to olbrzymia suma,
nie tylko na moje warunki i nie tylko na tamte czasy.
- Jezus Maria - mówiłem do siebie. -
Jezus Maria... Co z tym fantem zrobić? - zastanawiałem
się tępo, a nieboszczyk dyndał nad grobem. Zagrzebać
z nieboszczykiem nie zagrzebię, dopiero by to było -
znajdują jakiegoś truposza z przegniłą kupą
pieniędzy w kieszeni, dopiero by się zaczęło -
myślałem sobie.
Zabrać? - ale to okradanie nieboszczyka.
Ale czy można coś ukraść nieboszczykowi, który sam,
jak ten palec boży... A może, jak z tą Mariją na
fotografii, osobno pod krzak... Ale tyle pieniędzy
zakopać bez pożytku? A może wziąć i zostawić
pokwitowanie: "Ja, taki to a taki, oświadczam, iż
otrzymałem od Bronka (nawet nie wiem, jak się nazywa -
pomyślałem z desperacją) otrzymałem 3627 dolarów
amerykańskich, słownie...?? I nagle zdałem sobie
sprawę z bzdurności pomysłu. Coś mi chyba na mózg
uderza - zreflektowałem się.
Słońce na dobre zaczęło chować się
za drzewa, ocknąłem się, schowałem koperty do
kieszeni i postanowiłem odłożyć decyzję na potem.
Pogrzebałem szybko Bronka i skleciłem krzyż z
przyciętych gałęzi. Po wykonaniu tego ludzkiego
obowiązku poczułem się jakoś raźniej. Wsiadłem na
rower, ujechałem kilkanaście kilometrów, znalazłem
pustą stodołę, schowałem rower pod słomę, zaszyłem
się w kąt i postanowiłem przeczekać do rana.
Myśl o fortunie nie dawała mi spokoju.
Skąd ten facet mógł wziąć taki pieniądz? A może
wrócić do starowierów, może to łup z tej wyprawy.
Ostatecznie każdy z nas pracował w dużej mierze
samodzielnie, mógł Bronek znaleźć zielone w jakiejś
szufladzie i schował nie mając zamiaru oddać do
wspólnej zdobywczej puli... No, ale jak wrócisz,
zwołasz parafię popową i spytasz, kto trzymał ponad
trzy tysiące dolarów w niebieskiej kopercie... Znów
bzdurna myśl - pomyślałem.
Zaraz zaraz, a ten adres na kopercie,
może to coś da. Wyjąłem pakunek z kieszeni licząc,
że może pieniądze znikły, może zamieniły się w
bibułki "solali?. Nie, wszystko było na miejscu.
Zapaliłem ostrożnie zapałkę. Kto przyświeca sobie
zapałką w stodole? - pomyślałem. W górach gospodarz
by mnie widłami z gospodarki wypędził, ale tu i tak
wszystko na stratę. Ale adresu żadnego z wytartej
koperty nie doczytałem się, był tylko znaczek z
Generalnej Guberni, a data i miejscowość nie do
odcyfrowania. Schowałem kopertę do kieszeni i starałem
się zasnąć.
Teraz w majakach poczynałem sobie
zupełnie śmiało z Gertrudą, która była już bliska
rozwiązania i zamieniła się w Baśkę. Baśka z grubym
brzuchem mówiła mi, bym bardzo uważał, bo dziecko
jest już duże i można uszkodzić, ale mnie to jeszcze
bardziej podniecało. Wreszcie podjechał pod stodołę,
w której się tak w trójkę kochaliśmy, zaprzęg w
trzy konie, nikt z powozu nie wysiadał, był pusty.
Wsadziłem teraz już obie ciężarne dziewczyny do
środka, spuściłem składany daszek, podciąłem
batogiem konie i popędziliśmy oddać dolary popowi.
Pędziliśmy wyboistymi leśnymi ścieżkami, aż nagle
jeden koń, ten z lewa, zahaczył o gruby rudawy pień
sosny, o który rozwalił sobie łeb... Rozmyte oko
spływało po korowinie...
Obudziłem się spocony i zmęczony sennym
majakiem. Pod stodołą stała mała furka zaprzęgnięta
w niedużego mazurskiego konika i jakiś chłop w
rybackim kapeluszu zgarniał słomę widłami i wrzucał
na wóz. Postanowiłem nie zdradzać swojej obecności i
po jakimś czasie wóz poturlał się. Był ranek.
Wsiadłem na rower i koło południa
byłem w domu. Nie zdradziłem się ze swoim bogactwem,
bo i po co. Następnego dnia zgłosiłem się do nowej
Rady Miejskiej. Werbowano robotników do rozbierania
spalonek i oczyszczania cegły. Takie instrukcje
przyszły z góry. Dla niepoznanki podjąłem pracę, ale
wiedziałem, że długo w miasteczku nie posiedzę.
Zgłosiło się do roboty coś ze dwadzieścia chłopa. W
tym czasie podjęcie regularnej pracy fizycznej było
czymś niezwykłym. Co innego być rolnikiem,
sklepikarzem, rzemieślnikiem, czeladnikiem albo nawet
uczniem, ale iść zwyczajnie do godzinowo płatnej
roboty na ulicy?
Dla mnie nie było w tym nic
nadzwyczajnego ani upokarzającego. Lubiłem robotę
fizyczną, nie miałem lęku przestrzeni, a nogą, choć
nieco skrzywioną kalectwem, posługiwałem się sprawnie
jak niejeden zawodowy biegacz. Praca polegała na
wspinaczce po murach spalonych domów, zakładaniu
kotwiczki z linką w słabe miejsce murów spalonki,
zgrabnym spuszczeniu się na dół i następnie pomocy
przy przewracaniu murów. Robotę mieliśmy zapewnioną
na długo, bo prawie całe miasteczko było spalone i
przewracające się mury po wiosennych odwilżach
stanowiły poważne niebezpieczeństwo przede wszystkim
dla dzieci i podrostków, które kochały zabawy w
partyzantów, w wieszanie "foksów?, właśnie w
dżungli spalonych ścian i sterczących kominów. Na
szczęście domy w miasteczku były niskie, najwyższy
miał zaledwie trzy piętra, wliczając w to poddasze,
niemniej był to problem dla nowych władz.
Kierownik naszego zespołu, nie wiadomo
dlaczego nazywany "kierownikiem budowy? (pewnie taka
akurat była pozycja w budżecie), wybierał spalonkę,
wydawał sprzęt i potem wołał z nami wszystkimi
"hoo-oop?, pomagając rozbujać mur. Po kilkunastu
pociągnięciach rozhuśtana ściana waliła się z
łoskotem, a my rozbiegaliśmy się w różne strony, aby
uciec od chmur pyłu i zabłąkanych cegieł. Jeśli to
było możliwe, walono ścianę do środka spalonki,
jeśli nie - leciało wszystko na ulicę i zabieraliśmy
się do następnej roboty. Nikomu to nie przeszkadzało,
bo poza główną ulicą, i tak pilnowaną przez Rosjan,
ruchu kołowego w miasteczku nie było.
Po przewróceniu wyższych murów
przyszła kolej na oczyszczanie cegieł i ustawianie ich
w regularne sześciany, wedle miary. Cegły musiały być
starannie oczyszczone z zaprawy, nie mogły być
popękane, stłuczki ustawiało się osobno, a gruz
zwykle wsypywało się do obnażonych piwnic.
Lubiłem tę robotę. Siedzisz sobie na
murku, opukujesz cegłę, powoli spuszczasz ją na
kupkę, żeby się nie utłukła, bierzesz następną i
widzisz, jak ci kupka czyściutkich cegieł narasta, jak
ci spalonka spod tyłka ubywa, aż jesteś już na ziemi.
Znów włazisz na występ, znów opukujesz - a w
międzyczasie widzisz w wyobraźni, jak z tych cegieł
domy powstają, jak ludzie się wprowadzają do tych
domów, jak dzieciaki wrzeszczą na schodach, jak gruba
gospodyni śmieci wynosi na dokładnie wymiecione
podwórko, jak kot rozciągnął się na parapecie okna
na trzecim piętrze... Takie normalne życie zwykłych
ludzi. Myślisz tak, a kawałek spalonki znów ubyło ci
spod tyłka... Konstruktywna była to praca, choć
polegała na rozwalaniu.
Bywały też niespodzianki w tej robocie i
dni prawdziwej radochy, nie tylko dla ciebie, ale dla
wszystkich. Nie zapomnę, jak kiedyś, już będąc
prawie na gruncie, stuknąłem młotkiem niby w posadzkę
spalonki, a tu głuchy odgłos. Od razu wiadomo -
niezapadła piwnica. A w takiej piwnicy można
spodziewać się wszystkiego. Stukasz, wywalasz welbunek,
wciągasz nosem - spalenizna, stęchlizna, ale czasem
także co innego. W spalonce po sklepie spożywczym
odkryłem piwnicę - prawdziwą kopalnię cukierków. Nie
żeby takich przedwojennych, w papierkach i z zapachem!
Ale cała kopalnia skarmelizowanego cukru rozlanego
brązowymi jęzorami od ściany do ściany. Kierownik
niemieckiego sklepu zachachmęcił jakąś dostawę
przydziałów, schował w piwnicy i zamurował na czarną
godzinę. Wszystko się sfajczyło, ale do piwnicy ogień
nie dotarł. A że gorąca była, cukier, jak w kotle u
Piaseckiego, najpierw się rozpuścił, zaczął
gotować, karmelizować, potem wszystko powolutku się
wystudziło, no i powstały karmelki pierwszego gatunku.
A że niektóre miały nieco ziarenek piasku czy jakieś
piwniczne rupiecie? A co to dzieciskom szkodowało, co to
przez pięć lat cukierka nie widziały?
Innym znów razem wykopałem cały słój
handlowych papierów. Czego tam nie było! I carskie
banknoty sturublowe z cesarzową Katarzyną, i niemieckie
banknoty na miliony i miliardy z czasów
przedhitlerowskich, ale najciekawsze były czeki i
obligacje. Można było czytać całymi godzinami, że
Szmul Rotszwanc żyruje Mośkowi Kepele tyle to a tyle
złotych polskich, że Moira Pieniążek zwróci Srulowi
Doberstam tyle to a tyle tego to a tego, a jeśli nie, to
ten weźmie na własność jej wózek z warzywami, itp.
itd...
Długo trzymałem te dokumenty w swoich
papierach i często do nich wracałem; tak mi
przypominały dawne dobre czasy.
Owszem, spotykałem czasami kompanów z
wyprawy na Mazury. Jakoś jednak tak się składało, że
albo za późno się zauważaliśmy, by skinąć sobie
głową, albo akurat coś ciekawego działo się po
drugiej stronie ulicy... Niechętnie wracałem myślami
do Bronka, popa i starucha na progu. Czasem tylko
Atanazija kusiła mnie swoją niewinnością i biustem
pod napiętą lnianą koszulą.
Popracowałem jako rozbieracz i cukierkowy
górnik zaledwie kilka tygodni. Początkowo nie płacono
wcale, były tylko darmowe śniadania i obiady, rozdano
też stare niemieckie mundury do roboty. Mówiono, że
zapisuje się dniówki i jak przyjdzie pora, będzie
zapłata. Potem wydawano kartki rysowane ołówkiem na
papierze pakowym, opatrzone urzędowymi pieczątkami,
upoważniające do pobrania chleba, czasem mąki, mydła
lub cukru. Potem przyszły pierwsze pieniądze. Uznałem
wtedy, że na mnie pora. Pobrałem ostatnią pensję,
kartki na chleb i mydło i już wiedziałem, co dalej
robić.
Oddałem wszystkie zarobione pieniądze i
kartki matce. Stosunki w domu nie układały się
najlepiej. Pożegnałem się z nią mówiąc
niewyraźnie, że muszę jakieś sprawy pozałatwiać w
Warszawie. Ojciec podreperował się nieco na zdrowiu,
podjął nawet jakąś pracę i całymi dniami przebywał
poza domem. Nawet go nie widziałem przed odjazdem.
Wybrałem się rowerem do lasu,
odszukałem starą sosnę, na której jeszcze teraz
wisiał partyzancki różaniec, i zakopałem pod nią
moje Bronkowe dolary w ciemnej butelce po piwie,
zabezpieczywszy starannie korek parafiną. Tylko
kilkadziesiąt dolarów zabrałem ze sobą na czarną
godzinę i wyjechałem do Warszawy.
(C) wyd. Philip Wilson,
Warszawa
|