|
Roman Antoszewski |
|
[1.3] BASIA Teraz, po latach, nie mogę się nadziwić, od jakich to drobnych, wręcz śmiesznych rzeczy zależą losy człowiecze. Jestem pewien, że życie moje ułożyłoby się zupełnie inaczej, gdyby Baśka nie włożyła do małej paczuszki z aptekarskim sprzętem, który mi dała na odchodnym, kilku szkiełek podstawowych "z łezką". Wprawdzie na ćwiczeniach z botaniki nie używaliśmy tak kosztownego sprzętu (zakład był biedny i oszczędzał na czym tylko było można) ale, że już byłem nieco obeznany z mikroskopem, natychmiast zrobiłem odpowiedni z nich użytek. Tym bardziej, że sam już coś podobnego wymyśliłem nie mając pojęcia, że istnieją szkiełka mikroskopowe tego rodzaju. Kiedy obserwowałem pod moim mikroskopem żyjątka, które na wiosnę roiły się w zastoiskach wodnych przy strumyku, przykrywanie kropli szkiełkiem nakrywkowym mijało się z celem. Niektóre zwierzaki były zbyt duże i nie mogły się poruszać się swobodnie pod przykryciem, ale najgorsze było to, że i tak po krótkim czasie wszystko zamierało od zaduszenia. Co innego, kiedy najpierw układałem na szkiełku podstawowym dwie zapałki, kroplę z żyjątkami nakładałem na szkiełko przykrywkowe i zgrabnie odwracałem "do góry nogami" bacząc przy tym, by ani kropla nie spłynęła. Po kilkudziesięciu nieudanych próbach sztuczka udawała mi się bez pudła. Długo potem dowiedziałem się, że w fachowym języku jest to "obserwacja w kropli wiszącej". Dopiero wtedy było co oglądać pod mikroskopem! Dżungla pełna zakamarków i czyhających w nich potworów, niejako wilków polujących na pasące się niepodoal kózki. Kiedy taka kózka dostała się w zasięg rzęsek potwora, trzepotała się chwilę i bezlitośnie wchłaniana była przez napastnika. Oglądać to można było godzinami. Kłopot polegał jednak na tym, że preparat po jakimś czasie wysychał i trzeba było rzecz zaczynać od nowa. Kusiło mnie, żeby jeden i ten sam komplet stworów móc obserwować dłużej, zobaczyć dokładnie, co będzie działo się dalej. Co się stanie, kiedy liczba obżartych napastników wzrośnie, a liczba kózek-ofiar zmaleje. Czy wtedy napastnicy wezmą się za łby, a jeśli tak, co z tego wyniknie. Właśnie do tego rodzaju obserwacji owe szkiełka "z łezką" doskonale się nadawały. Teraz dokładnie widzę, że od tych właśnie szkiełek zaczęła się moja klęska życiowa. Wprawdzie wiele lat musiało minąć, zanim niewinne szkiełka wydały swoje "owoce zła", ale z perspektywy lat, wszystko naprawdę zaczęło się od tego, a nie od momentu "zorganizowania" mikroskopu Trzepucha. Używając sprzętu podarowanego mi przez Basię i wymyśliwszy jeszcze kilka sztuczek dla lepszego posługiwania się mikroskopem, nauczyłem się prowadzić hodowlę pantofelków, tych niewinnych niby-stworzonek, w ten sposób, że mogłem obserwować jedną i tę samą trzódkę przez kilkanaście dni albo i dłużej. Sposób mój polegał na tym, że z jednej strony szkiełka podawałem pożywkę przy pomocy sączka zrobionego z kłębka waty, a równocześnie z drugiej strony, przy pomocy podobnego sączka, odbierałem nadmiar płynu. Po wielu eksperymentach udało mi się opracować receptę na wspaniałą pożywkę dla moich potworków. Okazało się, że najlepiej rosły i rozmnażały się na wyciągu zrobionym z traw i roślin wodnych, rosnących w pobliskich zastoiskach, skąd pobrałem swoją trzódkę do rozpłodu. Tak więc moje pastwisko się odnawiało, trzódka się rozmnażała aż do momentu uzyskania pewnej równowagi. I teraz zaczęła się dziać rzecz dziwna. Dzięki ciągłej obserwacji jednego i tego samego zespołu byłem z nimi prawie na ty. Odróżniałem poszczególne osobniki po wielkości, po pewnym specyficznym ułożeniu rzęsek, wreszcie ? po sposobie poruszania się, a nawet po zapalczywości w atakowaniu ofiary. Jakież to było niesamowite ? nie
mogłem się nadziwić. Takie maleństwa, a mają w sobie
tyle indywidualności, powiedziałbym duszy, no bo chyba
indywidualność to nic innego przecież jak dusza.
Dusza, to właśnie to, co z nas i innych stworzeń
pozostaje, to coś specjalnego, co nie zlewa się z
morzem duchów, jakimi zapełnione być muszą niebieskie
pastwiska Pana Boga... Tej wiosny gospodarz jeszcze parę razy wysyłał mnie do Krakowa, a to z pajdą chleba, jak poprzednio, a to z kawałkiem kurczaka z nadzieniem, kiedyś też z kawałem ciasta upieczonego na Wielkanoc. Moja misja kończyła się zawsze tak samo; wracałem na swoją pustelnię nie pytany nawet, czy zastałem wskazaną sprzedawczynię i czy oddałem pakunek. Gospodarz miał do mnie pełne zaufanie, jak do robota wykonującego zadaną czynność. Do apteki Baśki wstydziłem się zaglądać; nawet nie zbliżałem się do Grodzkiej, choć chciałoby się popatrzeć na mury wiekowych gmaszysk Jagiellonki. Zawsze kręciłem się po Floryańskiej, Starym Rynku, Franciszkańskiej i znowu zawracałem na dworzec. Nic ciekawego w mieście nie widziałem, gnało mnie do moich kóz, a jeszcze bardziej do mojej mikroskopowej trzódki. Aż kiedyś nie wytrzymałem. Kiedy gospodyni podarowała mi nową koszulę, włożyłem zamiast pastwiskowych buciorów sparciałe pantofle przedwojenne, wyciągnąłem nawet stary krawat i wybrałem się w podróż. Metamorfozy z butami i krawatem dokonałem dopiero w pociągu, bo gdzieby tam po błockach chodzić w pantoflach i na dodatek pokazać się wsiowym ludziskom w krawacie! A w Krakowie też nie poszedłem prosto do Baśki. Bałem się jak sztubak. Po prostu zbliżyłem się nieśmiało do apteki w tym samym mniej więcej czasie, jak za pierwszym razem, kiedy to Baśka obejmowała swoją służbę i stanąłem pod tą samą wystawą. Teraz, oprócz brązowych pakunków z miejscowymi ziołami, były wystawione też kartoniki z pomarańczowym wzorkiem, z napisem po niemiecku, że to jakaś herbata ziołowa, prawdziwy ersatz herbaty domowej. Patrzyłem tak niewidzącymi
oczyma na wystawę, kiedy znów usłyszałem za plecami
ten sam głos. Podreptałem za nią bez słowa do apteki i, tak jak za pierwszym razem, zdjąłem płaszcz, powiesiłem na tym samym wieszaku, starannie wytarłem buty, zanim weszliśmy na zaplecze. Baśka posadziła mnie na tym samym krześle z giętym oparciem i niskimi poręczami rzeźbionymi w esy floresy. Wpiąłem się rozpaczliwie spoconymi rękama w te esy i floresy oczekując czegoś najgorszego, jak na fotelu dentystycznym. Oto widzisz dentystę skradającego się do szafki z narzędziami, widzisz jak bierze najgroźniejsze cęgi, dla niepoznanki owija szczerzące się końce ligniną i za chwilę.... Ale nic z tych rzeczy się nie stało. Baśka nie skomentowała mojej metamorfozy, doskonale udawała, że nie zauważyła moich sparciałych miastowych pantofli zastępujących niezgrabne pasterskie buciory, koszuli z niemiłosiernie pomiętym w drodze kołnierzykiem, ani przekręconego komicznie krawata. Po prostu potraktowała wszystko jako coś zwyczajnego. Zaczęła opowiadać, co się u niej dzieje. Był to najlepszy sposób, pamiętała, do skłonienia mnie do mówienia o sobie. Po opowiedzeniu, jak schorowany ojciec wrócił z łagru, jak nie rusza się z krzesła, jak czyta bez przerwy i pisze, ale nie chce powiedzieć co, jak matka poświęca się działalności charytatywnej przy kościele świętego Andrzeja, jak ona sama zdała egzamin z biologii ogólnej i botaniki systematycznej... Dopiero teraz zauważylem leżący
na stole, otwarty, obszarpany, przepuszczony przez
niezliczoną liczbę rąk, stary podręcznik Szymkiewicza
"Botaniki ogólnej". Teraz przyszła kolej na mnie, wiedziałem to, i już się nie bałem. Wprost przeciwnie, nabrałem pewności. Całe jej opowiadanie miało w sobie tyle niewymuszonej szczerości, powiedziałbym nawet, niewypowiedzianego piękna. Czułem się, jakbym przysłuchiwał się koncertowi, czy nuconej pięknej melodii w różnych wariantach. Nawet teraz, po latach, kiedy staram się znaleźć odpowiednie porównanie, za każdym razem przychodzi mi do głowy coś innego i zawsze po chwili mam wrażenie, że to nie to. Czasem wydaje mi się, że było to jak obserwowanie pszczoły na kwiecie mlecza. Siedzisz sobie na łące i nic nie robisz, tylko patrzysz, jak pszczoła przylatuje, siada na kwiatek, wtyka pyszczek w jego zakamarki i powoli nóżki z koloru ciemnego miodu przybierają barwę rozgrzanego słońcem słonecznika, ruchy stają się powolniejsze, cięższe, ale wcale nie mniej zgrabne. Stworzonko tańczy przed tobą udając, że cię nie widzi, ale ty wiesz dokładnie, że cała ta demonstracja sprawności i skrzętności jest dla ciebie i tylko dla ciebie, dla nikogo więcej. I jest ci z tym dobrze, dumny jesteś z tego, że to właśnie ty... Patrzysz bez końca, aż do bólu, bo boisz się mrugnąć powiekami, żeby nic nie stracić z rytuału. A potem wieczorem, pod przymkniętymi powiekami odtwarza się taniec, tylko pszczoła przybiera powoli wysmukły kształt Baśki, jaskrawożółte woreczki pyłkowe okazują się być slicznym haftem na skromej sukience Baśki... Albo jeszcze inaczej - młoda kózka podchodzi ci pod nogi, skubie trawę niby ciebie nie widząc, potem podnosi łebek, patrzy na ciebie szarymi figlarnymi oczami, potrząsa tym łebkiem jakby niedowierzając, że to ty, i znów skubie trawę ocierając się ledwie zarysowującymi się puklami rożków o twoją nogę. ładne z tych porównań nie oddaje istoty rzeczy, nie oddaje piękna, jakie widziałem w każdym ruchu Baśki, słyszałem w każdym jej słowie. Ale może wszystkie razem? Wreszcie i ja opowiedziałem jej
swoją historię, jak to w mojej szkiełkowej dżungli
Barczysty zaczaja się na ofiarę, jak to bezmyślne
przecineczki bakterii, nic nie przeczuwając, wpadają w
paszczę Przypłaszczonego, jak na moich oczach
Brązowawy podzielił się na dwie połowy i te połowy
natychmiast zabrały się do jedzenia. Co stało się z
ojcem (matką) zastanawiałem się wtedy, gdzie podziała
się jej (jego) osobowość? Dobrze mi tam było, ale musiałem
wracać do swojej koziej i pantofelkowej trzódki. Przed
wyjściem Baśka powiedziała: Muszę się przyznać, że nie bardzo interesowała mnie ta sprawa; nie obchodziło mnie zbytnio, co inni widzieli patrząc na ich zwierzątka czy mikroskopowe trzódki. Mnie obchodziły moje stworki. Nie prowadziłem żadnych doświadczeń czy badań nad mikroorganizmami wodnymi. Ja po prostu patrzyłem i starałem się zrozumieć, co dzieje się pod mikroskopem z moimi stworzonkami. Mnie obchodziła moja trzoda i moje Brzuchacze, Przypłaszczone, 'Tłuściochy i jeszcze jak je tam ponazywałem. Nie protestowałem jednak, przyobiecałem tylko, że wpadnę do apteki, na pewno przy okazji następnego pobytu w mieście i pożegnaliśmy się. Baśka, już kiedy byłem za
drzwiami, przykazała mi po matczynemu: Nie zareagowałem. Głupio mi było się przyznać, że sprawami politycznymi nie zajmowałem się wcale, jakoś było to poza moją wyobraźnią. Wiedziałem, że z moim kalectwem i tak niczego nie potrafię zdziałać, i tak do niczego się nie nadaję. Ale tak naprawdę, to nic mnie to wszystko nie obchodziło. Było mi dobrze, to i po co miałem podrygiwać. Wróciłem na swoją pustelnię i
do swojej trzódki. Odczuwałem bowiem pewnien niedosyt, nazywając mój narodek Brzuchaczami, Tłuściochami i tym podobnymi. W miarę jak moje zaangażowanie rosło, jak poczułem, że mam komu o swoich obserwacjach opowiadać, to intymne nazewnictwo przestało mi wystarczać. Tak jak w szkole na co dzień wystarczy wiedzieć, kto jest Szczeżuja, kto Flądra, a kto Mańka, ale jak idziesz na miasto i widzisz nazwiska na sklepach, albo rozmawiasz z ludźmi spoza szkoły, to chciałbyś wiedzieć, czy Flądra to ten od od sklepu "Fląderski i Ska", czy Szczeżuja to Szczepan Cyjankiewicz, ten od optyka, i tak dalej. To samo dotyczy - myślałem - moich stworzonek. Muszę wiedzieć jak one naprawdę się nazywają. Oczywiście najprościej byłoby je zapytać. Myśl ta długo nie dawała mi spokoju. Jak to właściwie jest ? tyle w nich duszy, tyle w nich indywidualności, a nie mogą odpowiedzieć na twoje pytania. Może wobec tego warto by wiedzieć, jak inni ludzie zajmujący się nimi nazywają je między sobą? Tak rozważając sprawę wybrałem
się do Krakowa, tym razem nie z polecenia gospodarza,
ale za jego zgodą. Spytałem go też, czy nie ma nic do
doręczenia. Tym razem nie czekałem pod sklepem, śmiało wkroczyłem do apteki rozkoszując się zapachem maści i tranu. Baśka była jak zwykle śliczna, skromnie i gustownie ubrana i od razu udało się nam nawiązać rozmowę jak starym znajomym. Na samym początku powiedziała mi też, że coś dla mnie ma. Nie nalegałem, ale domyślałem się, że zdobyła coś od jej znajomego Niemca. I rzeczywiście, wyciągnęła z szuflady cienką książeczkę niemiecką o długim tytule. Była to rozprawa o podalpejskich pantofelkach wraz z krótkim kluczem do ich oznaczania. Akurat - pomyślałem sobie - tego właśnie potrzebowałem, żeby dowiedzieć, czy mój Brzuchacz to Paramecium caudatum czy też Paramecium dorsiventralis. I zabrałem się do czytania rozprawki nie zważając, że Baśka siedzi i patrzy na mnie. Po chwili zmitygowałem się, przeprosiłem za nietakt i powiedziałem, że to już sobie pójdę. W domu przepiszę tych dwadzieścia kilka stron i książkę oddam za niedługo. Baśka powiedziała, żebym sobie nie przeszkadzał, zakręciła się koło palnika, przygotowała herbatę, nawet wyłuskała skądś parę kostek cukru dla mnie, a sobie wrzuciła pastylkę sacharyny. Powiedziała, że to dietetycznie. Wyszła też na chwilę z apteki zostawiając na drzwiach wywieszkę: "Zaraz wracam. Komme gleich". Zasunęła zasłonkę na szybie drzwiowej i zamknęła aptekę na klucz, żeby nie narażać mnie na spotkanie klientów, wytłumaczyła. Po chwili wróciła. Pomyślałem, że musi mieszkać bardzo blisko, może w tym samym domu, bo przyniosła zawiniątko z ciastem. Było to ciasto "wojenne", tak zwany kruszon. Kruszyło się czarny razowy chleb, słodziło się rozmoczoną masę cukrem, jeśli był, albo melasą czy miodem, dodawało marmolady, najczęściej buraczanej, i piekło w piecu jak ciasto. Jeśli składniki były odpowiednio dobrane, marmolada nie sfermentowana, smakowało to całkiem nieźle, znacznie lepiej niż pajda gliniastego chleba sprzedawanego w miejscowych piekarniach. Nie tak jednak jak chleb wypieczony w piekarniku gospodyni na wsi. Po tym poczęstunku, z książką schowaną pod koszulą wróciłem do swojej pustelni. (C) wyd. Philip Wilson, Warszawa |
wersję
sieciową opracował |
patrz także: |